AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ciekawy przypadek Waltera Benjamina

Fot. Karol Budrewicz  

W 1929 roku ukazały się: Na Zachodzie bez zmian i Pożegnanie z bronią; w 1930 zaczęły powstawać: trylogia Dos Passosa USA i Musilowski Człowiek bez właściwości; 31 – Nocny lot Saint-Exupéry’ego; płodny 1932 – Światłość w sierpniu Faulknera, Podróż do kresu nocy Céline’a, Droga tytoniowa Caldwella, a rok później – Dola człowiecza André Malraux.

W tym samym 1933 roku ukazuje się także esej Waltera Benjamina Doświadczenie i ubóstwo. Znakomity autor konstatuje w nim mający właśnie miejsce – kres opowieści. Kończą się opowieści, ponieważ kończą się „przeżycia” i „doświadczenia”, a więc – nie ma już o czym opowiadać.

Kiedyś było oczywiście inaczej i lepiej: Każdy wiedział dokładnie, czym było doświadczenie: starsi ludzie przekazywali je młodszym synom. Było ono przekazywane w zwięzłej formie synom i wnukom, na mocy autorytetu starszeństwa, w przysłowiach; w sposób obrazowy i elokwentny w opowieściach, niekiedy w historiach z obcych krajów, opowiadanych przy kominku. Co się z nimi wszystkimi stało? Kto spotyka jeszcze ludzi, którzy potrafią opowiadać historie?

Rok później Henry Miller wydaje Zwrotnik Raka, w roku 1935 Elias Cannetti Auto da fé; w następnym roku ukazują się Absalomie, Absalomie! Faulknera i Mefisto Klausa Manna; 1936 – Heinrich Mann zaczyna swoją sagę o Henryku IV, ma miejsce debiut Henry’ego de Montherlanta, a Yasunari Kawabata pracuje nad Krainą śniegu, w której mistrzowsko przeniósł rdzennie europejski gatunek powieści do literatury japońskiej. W tym samym 1936 roku Benjamin publikuje Narratora. Rozważania o twórczości Mikołaja Leskowa, gdzie stawia raz jeszcze pytanie: dlaczego opowiadanie historii chyli się dziś ku upadkowi?

Główną przyczyną jest radykalna zmiana społeczna, jaka się dokonała. Ludzie, którzy się nie nudzą, nie mogą opowiadać historii. Lecz w naszym życiu nie ma już miejsca na nudę. Wymierają czynności, które były z nią skrycie i wewnętrznie związane. Zatem drugi powód upadku umiejętności opowiadania to fakt, że nie przędzie się już i nie tka, nie majstruje się i nie skrobie, słuchając historii. Krótko mówiąc, aby istniały opowieści, konieczna jest praca, porządek i podległość.

Benjamin dodaje jeszcze: Innym powodem, dla którego nie słyszy się opowieści, jest to, że rzeczy nie trwają już tak, jak powinny.

A jak trwać powinny? Otóż powinny być otoczone swoistą „aurą” – osobliwą pajęczyną z przestrzeni i czasu: niepowtarzalnym zjawiskiem pewnej dali, choćby była najbliżej.

Tylko rzecz spowita ową aurą „odwzajemni” nasze spojrzenie, jest Rzeczą „niosącą sens”, a nie tylko mechanicznym wypełnieniem obojętnej przestrzeni.

O ile zdołałem zrozumieć Benjamina, tę aurę wytwarzały dawne (i dziś już z wyłuszczonych powyżej przyczyn – niemożliwe) narracje, które obecnie – w latach 30-tych – zastąpione zostały przez ściśle techniczne, obojętne na aksjologię i wyprane z dawnej mądrości – informacje.

O co mi tu chodzi? Dlaczego tak usilnie akcentuję ślepotę „przenikliwego obserwatora współczesności” na podstawowe fakty – fantastyczny rozwój XX-wiecznej powieści? Czy chcę się ponabijać z intelektualistów jako takich? Twórców wymownych syntez, udowadniających, że nie istnieje to, co wszyscy widzą? Czy chcę sadystycznie i antybrązowniczo poużywać sobie na czcigodnych zwłokach Waltera B.?

Bynajmniej.

Niewiele miałem w życiu lektur tak płodnych w podniety intelektualne, jak eseje Benjamina. Jego genialne Pasaże, przenikliwe uwagi o fotografii, fascynujące wspomnienia berlińskie i moskiewskie zaskarbiły autorowi moją dozgonną czytelniczą wdzięczność. Jego niepowtarzalny styl, odwaga i maestria w sięganiu pod powierzchnię zjawisk, w wyjaśnianiu ich głębokich i ukrytych przyczyn są niezrównane, a brały się stąd, że właśnie myślenie, próba zrozumienia otaczającego go świata były dla Benjamina najdosłowniej sprawą życia i śmierci. Co też potwierdził, wybierając sobie swój koniec.

Tym podstawowym motywem w pisarstwie Benjamina jest szukanie odpowiedzi na pytanie, jak uciec z „odczarowanego świata”, w którym nie ma już ani opowieści, ani Rzeczy, ani Doświadczeń. Trzeba przyznać, że w swych poszukiwaniach bynajmniej nie przebierał wśród przewodników i towarzyszy drogi. Mógł być to zarówno antysemita Ludwig Klages, który w Kosmogonicznym Erosie wieścił (tak wyczekiwany przez Benjamina) powrót dawnej magii i skutecznie zainteresował go grafologią i astrologią; mogli być to staliniści obiecujący szybkie zniszczenie tego sprawiającego ból, wyalienowanego, burżuazyjnego świata. To z ich właśnie inspiracji Benjamin opiewał „boską przemoc” strajku generalnego i wzywał do „zaprowadzenia prawdziwego stanu wyjątkowego” (niedościgłym ideałem są oczywiście pod tym względem Sowiety Stalina) jako jedynego skutecznego antidotum na faszyzm.

Ta predylekcja do popadania lubianego autora w ewidentnie złe towarzystwo była dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia i dopiero ostatnio wielokrotnie odkładana wakacyjna lektura Pieśni doświadczenia Martina Jaya pozwoliła mi tych dwóch Benjaminów – superprzenikliwego obserwatora i ewidentnego ślepca – złożyć w jedno.

Jay cytuje list, jaki 7 maja 1940 roku Benjamin napisał do Theodora Adorno: Nie ma powodu, by kryć przed tobą fakt, że korzenie mojej „teorii doświadczenia” sięgają pamięci dzieciństwa. Rodzice chodzili z nami na spacery, całkiem naturalnie, gdziekolwiek spędzaliśmy letnie miesiące. Zawsze było nas razem dwoje lub troje dzieci. Ale myślę tu o moim bracie. Kiedy odwiedzaliśmy jedno czy drugie z obowiązkowych miejsc w Freudenstadt, Wengen albo Schreiberhau, mój brat mówił zwykle: teraz możemy powiedzieć, że tu byliśmy. Zdanie to zapisało się w sposób niezapomniany w moim umyśle.

To był ten prototyp prawdziwego Doświadczenia, spotkania z otoczoną magiczną aurą Rzeczą.

Wbrew temu, czego dowodził później Benjamin przez całe swe niedługie życie, Doświadczenie owo wcale nie zniknęło ze świata. Było (i będzie) przeżywane przez miliony cztero- i sześciolatków idących po raz pierwszy na wycieczkę do jakiegoś Lubomierza czy Miasta Radości, tak jak Benjamin pielgrzymował do swego czarodziejskiego Freudenstadt.

W 12 tygodni po napisaniu listu do Adorna Walter Benjamin popełnił samobójstwo w pirenejskiej mieścinie Portbou. Hiszpańska straż graniczna zatrzymała grupę uchodźców, w skład której wchodził autor Pasaży. Nocą w hoteliku Fonda Frana Benjamin przyjął śmiertelną dawkę morfiny. Następnego dnia Hiszpanie przepuścili przez granicę całą grupę uciekinierów, a jeszcze w kilka miesięcy później tą samą drogą uciekła via Lisbona do Stanów Hannah Arendt.

Trudno spekulować na temat bezpośredniej przyczyny decyzji, którą Benjamin podjął 27 września 1940 roku. Załamanie nerwowe? Atak paniki? Znużenie wywołane wielomiesięczną depresją? Czy powodująca tę depresję świadomość, że nigdy już nie powróci do Freudenstadt, a gdyby nawet zdołał to zrobić, nie będzie ono już owym magicznym Miastem Radości, jakie zobaczyły oczy dziecka podczas letniej wędrówki.

Przypadek Waltera Benjamina wymownie poucza, że nasze światopoglądy i dokonywane przez nas elementarne wybory (szklanka w połowie pełna czy pusta?) wznoszone bywają często na jednym dziecięcym przeżyciu lub wspomnieniu. W wypadku Benjamina była to narastająca tęsknota za bezpowrotnie utraconą intensywnością pierwszych, dziecinnych doznań.

Myśl Waltera Benjamina stała się jednym z fundamentów późniejszej Szkoły Frankfurckiej i całej XX-wiecznej Nowej Lewicy. Gdy czytam jej kolejne dzieła wydawane w bibliotece Krytyki Politycznej, to przy całym mnóstwie trafnych diagnoz i spostrzeżeń uderza mnie ten przemożny, pełen resentymentu i przesadnej urazy wobec świata ton.

I dokładnie taka sama nieznośna tonacja dziecięcego żalu do życia, które nie spełnia oczekiwań, panuje powszechnie w naszej dramaturgii współczesnej.

13-08-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Mariusz Pilawski
    Mariusz Pilawski 2014-08-18   08:53:08
    Cytuj

    To cudwonie, Krzysztofie, że unosisz się ponad ziemią lekko , że to potrafisz,że inspiracje nadchodzą po przeczytaniu tony stron zapisanych różną ręką - zwłaszcza w tym nienajgorszym XX wieku (pomimo przeistotonych hekatomb unicestwiających humanizm lub ludzkość jak wolisz) - i zaazdroszczę Ci w gruncie rzeczy,że te wszystkie lektury, które wymieniasz przepuściłeś przez siebie by dojśc do tego samego co ja, mimo zaniechania... że natura nie wymysliła nic ponad prostą, banalną doktrynę,że "życie jest piekne" . Zgadzam się w pełni z tezą tego tekstu, a własciwe jego istotą... Pytanie brzmi na końcu: czy między twoim esejem a moim wtrąceniem odbyła się historia.. Sądzę,że tak bo mnie zainspirowałeś,że przypadkiem uczyniłeś mi tak jak tobie uczynił Walter Benjamin... Pozdrawiam. x