AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Do Kolegów rewolucjonistów (teatralnych)

Fot. Karol Budrewicz  

Nie tak dawno ogólnopolska akcja czytania zakazanej przez biskupa Gądeckiego Golgoty Picnic połączyła wszystkich ludzi teatru (poza aktorem Cichuckim z Łodzi): postdramatyczni i opowieściowcy, brutaliści i pastelowi, feministki i męscy szowiniści – wszyscy czytali tekst Rodrigo Garcii, niezależnie od tego, co o samej sztuce sądzili.

Okazało się, że wszystkich nas (poza Cichuckim), tak przecież różnych i tak chętnie się za sobą spierających, łączy jedno – niezgoda na wprowadzenie cenzury w teatrze.

Czy jest coś jeszcze, co moglibyśmy uznać za wartość wspólnie podzielaną?

To jest pytanie bardzo dla mnie ważne, bo choć wiem, że myślenie w oparciu o analogie historyczne bywa zawodne, sytuacja w dzisiejszej Polsce (i – siłą rzeczy – w polskim teatrze) coraz bardziej przypomina mi opowieść Tony’ego Judta o Francji przed II wojną światową, o której pisze on mniej więcej tak: Francja (jako społeczeństwo, wspólne państwo, wspólny projekt) już nie istniała. Istniała już tylko nienawiść Francuzów do Francuzów.

Judt starał się odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że potężniejsza i liczniejsza armia francuska tak łatwo i bezapelacyjnie uległa latem 1940 roku Niemcom? Czego zabrakło? Przecież nie czołgów i samolotów, których Francuzi mieli więcej?

Streszczając Judta: zabrakło zespołowości w grze. Dowódcy niemieccy mieli swobodę podejmowania szybkich, samodzielnych decyzji i – współdziałali. Francuzi czekali na rozkazy sztabu generalnego i – rywalizowali.

Judt analizuje rozstrzygający moment niemieckiego blitzkriegu: dywizje pancerne Wehrmachtu przerywają front i rwą naprzód bez żadnego wsparcia. Francuski generał prosi dowódcę sąsiedniego odcinka o zbombardowanie Niemców. „Kolega” generał odmawia: kilkaset samolotów, które ma do dyspozycji, pozostaje na lotniskach i bezczynnie czeka tam przez dwa dni, aż zostanie zniszczone przez Luftwaffe.

Teza Tony’ego Judta jest jasna: klęska Francji została przygotowana w latach 30-tych, gdy zwycięstwo Frontu Ludowego w wyborach zrodziło tak głębokie podziały w społeczeństwie, że się ono mentalnie i duchowo rozpadło i pozostała już tylko owa nienawiść Francuzów do Francuzów.

Pomyślałem o eseju Judta oglądając niedoszły mecz na Basenie Narodowym, gdy szefowie trzech instytucji nie mogli dojść do porozumienia, czy rozłożyć dach nad stadionem czy też nie. Widać było, że każdy z nich myśli nie o tym, jak rozwiązać problem, ale jak usprawiedliwić swoją bezczynność, tak żeby wina za wszystko spadła na kolegę. To stan umysłu i ducha, który owocuje klęską w Szampanii.

Wspominam Judta i jego rozważania o kampanii we Francji, gdyż nie mam wątpliwości, że dziś właśnie znajdujemy się w stanie wojny.

Jest to wojna inna niż te znane z historii, wojna, jak nazywają ją specjaliści, „hybrydowo-ekonomiczno-medialno-ideowa”, ale jest i im szybciej sobie ten smutny fakt uświadomimy, tym lepiej. Nie naśladujmy więc tych zachodnich polityków, którym brak naszywek na rękawach mundurów nie pozwalał w żołnierzach wylatujących z Rostowa nad Donem i lądujących w krymskim Symferopolu rozpoznać Rosjan.

Wojna trwa. I nie jest to tylko wojna z Rosją, choć to Rosja właśnie pozostaje liderem wrogiego nam obozu. Moim zdaniem jest to kolejna wojna „społeczeństwa otwartego z jego wrogami”.

Tu w jednym szeregu z Putinem staje jego polski wielbiciel Korwin-Mikke, faszyści z polskiej Falangi czy greckiego Złotego Świtu, fundamentalistyczny kler i wszyscy ci reakcjoniści, którzy kilka miesięcy temu na finansowanej przez Kreml konferencji czcili w stolicy Austrii dwusetną rocznicę rozpoczęcia Kongresu Wiedeńskiego.

Kongres ustanowił Święte Przymierze, które miało „zamrozić” Europę, nie dopuszczając do liberalnych przemian i potęgą rosyjskiej przede wszystkim armii tłumiąc rewolucje wolnościowe, gdziekolwiek na Starym Kontynencie by one nie wybuchały.

Uczestnicy współczesnego Kongresu Wiedeńskiego, konserwatyści i eurosceptycy z całej Europy, marzą o restytucji Świętego Przymierza, które pod przywództwem prezydenta Putina powstałoby na gruzach rządzonej przez lewaków i maoistę Barroso Unii.

To naprawdę tak wygląda i nikt czytający prasę rosyjską nie może mieć tu wątpliwości: przed nami wieloletni, dogłębny i wieloaspektowy konflikt zderzających się cywilizacji: moskiewskiego Trzeciego Rzymu – ostoi i obrońcy wartości fundamentalnych – oraz bezbożnej, dekadenckiej Europy, która zachwyca się Conchitą Wurst.

Nie ma co do tego wątpliwości wielka pisarka, Ludmiła Ulicka, która odbierając pod koniec lipca w Salzburgu Europejską wygłosiła przejmującą mowę „Żegnaj, Europo”:

Mieszkam w Rosji. Jestem rosyjską pisarką żydowskiego pochodzenia wychowaną po chrześcijańsku. Mój kraj wypowiedział dziś wojnę kulturze, wypowiedział wojnę wartościom humanizmu, idei wolności jednostki, idei praw człowieka, wszystkiemu temu, co cywilizacja tworzyła w ciągu całej swej historii. Mój kraj choruje na agresję, nacjonalizm i manię imperialną. Wstydzę się za nasz parlament, brutalny i przepełniony agresją, za rząd, agresywny i niekompetentny, za przywódców kraju, zabawkowych supermenów, wielbicieli siły i chytrości, wstyd mi za nas wszystkich, za naród, który utracił moralne drogowskazy.
Kultura poniosła w Rosji straszną klęskę i my, ludzie kultury, nie jesteśmy w stanie zmienić samobójczej polityki naszego rządu. Wśród naszych intelektualistów nastąpił rozłam i znów, jak na początku XX wieku, przeciw wojnie występuje mniejszość. A mój kraj każdego dnia zbliża świat do nowej wojny, nasz militaryzm ostrzył już swe pazury w Czeczenii i Gruzji, a teraz trenuje na Krymie i na Ukrainie. Żegnaj, Europo; boję się, że nigdy nie uda się nam wejść do europejskiej rodziny narodów.

W chwili obecnej przeciw Ulickiej prokuratura rosyjska prowadzi dwa dochodzenia, których powodem wcale nie jest to, co powiedziała w Salzburgu. Idzie o to, że oprócz pisania Ludmiła Ulicka zajmuje się także działalnością społeczną. Stworzyła i od lat prowadzi projekt „Inny, inni, o innych”, którego adresatem są dzieci i młodzież, którzy mają poznawać różnorodność kultur i uczyć się dla nich tolerancji.

W lutym tego roku Ulicka została wezwana do Komitetu Śledczego Rosji. Powodem była książka Rodzina u nas i u innych (wydana w ramach projektu), w której znalazło się stwierdzenie, że oprócz rodzin tradycyjnych istnieją też rodziny homoseksualne, co uznano za „propagandę homoseksualizmu”, która jest w Rosji prawnie zakazana i z urzędu ścigana.

W trzy miesiące później w mieście Orzeł miejscowa prokuratura rozpoczęła sprawdzanie książek Ludmiły Ulickiej pod kątem obecności w nich propagandy „nietradycyjnej orientacji seksualnej”. Postępowanie rozpoczęto na skutek donosów klerykalnych organizacji miasta, zaniepokojonych planami stworzenia przy bibliotece miejskiej „Centrum Tolerancji”.

To, że propagowanie tolerancji budzi furię klerykałów, jest zrozumiałe. Jak tu bowiem tolerować „cywilizację śmierci”? To, że niewinne dzieciątka zarażane są tym strasznym genderem? Tolerancja jest w tym wypadku oczywistym grzechem, niebezpieczną „oschłością serca”, zatrważającym brakiem miłości bliźniego, którego trzeba przecież za wszelką cenę ratować przed ogniami piekielnymi.

Ale co o tej banalnej, nudnej, mieszczańsko-liberalnej, burżuazyjnej tolerancji sądzą koledzy rewolucjoniści? Czy może być ona dla nas wspólną wartością? Pytam, bo przecież jeśli poważnie traktuje się wywody Slavoja Žižka – to chyba raczej nie… Hasło „tolerancja” jest przecież niczym innym jak kłamliwą ideologiczną machinacją elit, których celem jest utrzymanie status quo.

No więc jak z tą tolerancją? Nie tylko tą wobec gejów, lesbijek i kolorowych? Także tą wobec – „normaliów”, konserwatystów, członków kółek różańcowych? Tolerancją, która nie jest wcale pastelowym obrazkiem; która nie wyklucza sprzeciwu, zniecierpliwienia, oporu, obrony wszelkim sposobami swoich racji, ale też – nie chce odbierać nikomu jego przestrzeni życiowej. Nie chce nikogo przerabiać na swój obraz i podobieństwo. Która co najwyżej może powiedzieć temu „obcemu”: popatrz, ja żyję w ten sposób, dzięki temu tu mam luzik, a tu, być może, przechlapane? Co ty na to? Podoba ci się?

Czy tak rozumiana tolerancja może być naszą wspólną wartością? Taką, której warto bronić przed Trzecim Rzymem?

Ułożenie listy wartości „fundamentalistycznych” jest dosyć proste: w końcu w Europie są to ciągłe wariacje wokół Dekalogu i na tej szerokiej podstawie 50 tysięcy wiernych, których przyjazdem do Poznania biskup Gądecki skutecznie nastraszył p. Merczyńskiego, znajdzie łatwe porozumienie z Kozakami, którzy nahajkami „leczą” gejów w Moskwie.

A lista wartości „społeczeństwa otwartego”? Na co my, jego zwolennicy, możemy jeszcze przystać, a na co już zupełnie nie? Załatwianie wszystkiego za pomocą pojęcia „wolności negatywnej”, wolności od – cenzury, przemocy, przymusowej indoktrynacji itp., jest dobre w czasach pokoju, a nie wojny. Jeśli zaś chodzi o „kanon” liberalnych wartości pozytywnych, to w tym względzie panuje ogromne zamieszanie i niejasność, i to one właśnie są odpowiedzialne za niemożność określenia przez nas „czerwonej linii”, na której przekroczenie nie możemy pozwolić.

To jest rzeczywisty problem i niech nas nie uspokaja zdecydowanie UE w ogłoszeniu sankcji po zestrzeleniu przez Rosjan boeinga. Jak napisała jedna z holenderskich gazet, chodziło przecież o „śmierć Europejczyków, którzy zginęli w nieeuropejskiej wojnie”. A więc, przy całej czci dla niewinnych ofiar i współczuciu dla ich bliskich, o śmierć Naszych! Odruch oburzenia w tej sytuacji nie wydaje się specyficznie liberalny. Jest raczej plemienny czy – jak by napisał Popper – „trybalny”.

Więc gdzie jest ta nasza „cienka czerwona linia”?

Spróbuję się zastanowić nad tym w następnym felietonie.

3-09-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Heja
    Heja 2015-12-26   17:54:14
    Cytuj

    Fajne masz ksiązki !!

  • Użytkownik niezalogowany docent
    docent 2015-01-11   21:24:24
    Cytuj

    pozdrawiam Krzychu - docent 663035429

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-09-07   13:45:16
    Cytuj

    Dobrze, Krzysiu, opisujesz rzeczywistość, ale wyciągasz fatalne wnioski. Z tego, że moskiewski "Trzeci Rzym" jest groźny wcale nie wynika, że Kongres Wiedeński nie miał swoich racji. Jest intelektualnym nadużyciem traktowanie zapewnień Putina o obronie wartości poważnie. To zwykłe kagebowskie kłamstwo! Orwell zdefiniował je, jako powtarzanie, że wojna to pokój, czyli nowomowę mającą robić wodę z mózgu pożytecznym idiotom. I to jest skuteczne. Porównywanie tego z działaniami tzw prawicy jest przejawem inteligenckiej (w znaczeniu "zdrady klerków") fobii i ulegania propagandzie. A tolerancja? OK. Ale trzeba widzieć dzisiejsze stosowanie pojęcia dla wykluczenia... Dla politycznie poprawnej przemocy symbolicznej zmierzającej w procesie inżynierii społecznej (bez pytania społeczeństw o zgodę) do kreowania " nowego człowieka", czyli powtórkę z bolszewizmu, ot co. Pozdrawiam

  • Użytkownik niezalogowany marta
    marta 2014-09-04   16:44:28
    Cytuj

    Ten aktor zwolniony po tym jak odmówił czytania w ramach spontana tekstu Garcii nazywa się CichUcki, nie CichOcki.

  • Użytkownik niezalogowany przecinek
    przecinek 2014-09-03   21:27:49
    Cytuj

    Chapeau bas! Bardzo mądry tekst. Obawiam się jednak, że w obecnym stanie wojny, takie słowa mogą jedynie podtrzymywać subtelny trybalizm między zwolennikami społeczeństwa otwartego, pozwalają przekonać się, że nie jest się psycholem, widząc takie same zagrożenia. Niemniej bardzo dobrze, że napisał pan ten tekst.