AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dół

Fot. Karol Budrewicz  

- To teatrzyk o ścianie czy o kubku?
- A nie może być o tym i o tym?
- Ale jak chcesz to połączyć?
- No, że był porzucony.
- Czy to znaczy, że wcześniej ściana i kubek się kochali?
- Nie. Porzucony tak, że się mógł rozbić.
- A, rozumiem. Chodzi ci o rzucanie. Bo widzisz, jest różnica między porzucić a rzucić. Chociaż z drugiej strony jeśli dotyczy to kogoś, to raczej niewielka. Czy ktoś kogoś rzuca, czy porzuca, to chyba jednakowo boli.
- Nie chcę, żeby bolało.
- Nie wiem, czy się uda, bo jednak porzucić, wyrzucić, narzucić, odrzucić, przerzucić, zarzucić czy podrzucić pochodzą od jednego rzucić, co właśnie narzuca skojarzenie, że…
- A możesz już zacząć opowiadać?
- No dobrze, spróbuję zebrać w całość te wszystkie rozrzucone rzeczy. Jak skorupy rozbitego kubka.
- Opowiadaj.

Był sobie kubek, który był rzucony. Ale nie przez ścianę, tylko o ścianę. Kto go rzucił i dlaczego, nie jest w tej chwili aż takie ważne. Ważne jest, że rzucony kubek bardzo łatwo mógł się rozbić na setki kawałków. A gdyby tak się stało, zostałby z pewnością wyrzucony do śmieci. I tak by się stało, gdyby nie ściana, od dawna kubkiem zauroczona, co było dosyć zrozumiałe, bo zazwyczaj kubek stał na półce, przytulony do ściany uchem, i ona miała wrażenie, że zawsze gotów jest jej wysłuchać. 

- Uwaaaaagaaaaa leeeeeceeeeeeeeeę – krzyknął kubek. I pac… I nic. Cały i zdrowy osunął się na ziemię.
- Dlaczego?
- Bo ściana stała się na chwilę miękka dla niego.

- Ale ty jesteś miękka – powiedział kubek.
- Jestem twarda – odpowiedziała ściana. – A miękka stałam się tylko na chwilę. Dla ciebie, ty kubku.

Uśmiechu. Potrzebuję uśmiechu, ciepła, akceptacji. Jak każdy.

Grałem Gilberta w Ani z Zielonego Wzgórza: chłopca zakochanego w głównej bohaterce. Przedstawienie cieszyło się dużą popularnością, więc przez dłuższy czas prawie codziennie, a nieraz dwa razy dziennie chodziłem po Zielonym Wzgórzu. I to dosłownie. Na scenie został zbudowany niewielki pagórek: pojawiałem się na jego szczycie i schodziłem, schodziłem, schodziłem… Niestety nie mogłem obserwować reakcji publiczności na moje zejście, bo nie dość, że światło świeciło w oczy, to jeszcze pagórek pokryty był mocnymi linkami udającymi trawę i trzeba było bardzo uważać, żeby nie polecieć na twarz.

Z reakcją publiczności zetknąłem się za to w sklepie. Robiłem zakupy, gdy podszedł do mnie mały chłopiec i oświadczył:
- A ja pana znam. Pan grał Gilberta w Ani z Zielonego Wzgórza.  
Powiedział to w sposób prosty, a zarazem pełen uznania. Tak to odebrałem. Poczułem się doceniony i spełniony, bo jednak osobista pochwała to dużo więcej niż brawa po przedstawieniu.
- To ja – potwierdziłem, chociaż chłopiec nie miał przecież wątpliwości.
- No. To czy może mi pan kupić cukierki?…

Prawdziwy dół jest wtedy, kiedy nie ma żadnego powodu, żeby był. Jeśli by spojrzeć zdroworozsądkowo, to okazałoby się, że wcale nie jest tak źle i tak naprawdę nie ma się czym zamartwiać. A dodatkowo „jest świeci słońce” jak mówi Jaśminowa Panienka, a przecież mogłoby być „jest pada deszcz”… Ale kto patrzy zdroworozsądkowo, będąc w dole.

Kiedy Smok Wawelski wpadł do dołu, po prostu usiadł w nim i zaczekał do nocy. Kiedy nadeszła i pojawiły się gwiazdy, Smok Wawelski zarzucił swój ogon na dyszel Wielkiego Wozu, podciągnął się i tak się z dołu wydostał.

Niby proste. No tak. Ale jak doczekał nocy? Nie wiadomo. Nie tak łatwo pogrążyć się w dole i przeczekać. Dół się pogłębia… Zasnąć? Śnić może? Przecież nie można zasnąć, tkwiąc w dole z dołem. No chyba, że jest się smokiem.

A jeśli się nie jest? Pozostaje tylko zabijanie czasu. Bez żadnej gwarancji wydostania się na powierzchnię.

Umiejętne zabijanie czasu polega na tym, żeby przy okazji dokonywania tej zbrodniczej czynności samemu się nie pokaleczyć. Czyli nie dać się wciągnąć w otchłań zdołowanej żelaznej logiki i konsekwencji, które zawsze w tym przypadku wszystko sprowadzają na koniec do poczucia, że się nic nie wie, nic nie umie i że się w tym względzie nic nigdy nie zmieni.

Trzeba się więc skupić na tym, co było. Na rzeczach dobrych. Na niczym nieskażonych, utrwalonych w pamięci i w emocjach chwilach radości czy choćby tylko uśmiechu. Odtwarzać przed sobą i w sobie najjaśniejsze sceny. Tak. Tworzyć teatr. To nie jest proste. To znaczy nie samo tworzenie takiego teatru, ale to żeby był jasny, radosny, optymistyczny… Choć właściwie dotyczy to zarówno tego własnego, prywatnego, jak i publicznego.

Nie chodzi mi tu o wywoływanie dyskusji pod tytułem „kształt teatru”. Chodzi jedynie o zwrócenie uwagi na potrzebę istnienia takich opowieści, które ratują przed dołem albo nawet z niego wyciągają. I chronią przed rozbiciem. 

Idziemy sobie z Jaśminową Panienką do przedszkola. Jest wiosenny poranek.
- Tato. Jak to jest, że złe rzeczy to się szybko zapomina, a dobre rzeczy to tak są i są?

Jakże jej zazdroszczę takiego spojrzenia.

Dziękuję za bardzo.

8-05-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany anna
    anna 2016-05-09   00:29:42
    Cytuj

    Lubię Mariusza B. pisanie