AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dziesięć lat w sieci powiązań. neTTheater – początki i prapoczątki

Fot. Pola Amber  

neTTheater jest zjawiskiem na tyle ciekawym i jednocześnie trudnym do sklasyfikowania, że nieczęsto znajduje się w obszarze opisu krytyków i teatrologów. Paweł Passini, pracując w różnych środowiskach, łamie świadomie podział na teatr offowy i mainstreamowy, niezależny i zależny. Wciąż jednak pozostaje poza tym, co można nazwać głównym nurtem polskiego teatru współczesnego, jednocześnie zadając najbardziej palące współczesne pytania.

Dzieje się tak dlatego, że sięga po literaturę, którą inni najczęściej omijają. Stary Testament, Talmud, Psalmy, Kabała, Wyspiański, Mickiewicz, Singer, Tokarczuk… Passini otwiera w teatrze pola metafizyki, które niewielu ma odwagę otworzyć. Stawia pytania o Boga i jego konflikt z człowiekiem, a robi to nie tylko za pomocą słowa, ale wszystkimi zmysłami, całym ciałem. Często ciężar tematu rozbija lub rozjaśnia swoim komentarzem, ingerując w przebieg zdarzeń. Aktywnie współtworzy spektakle własną muzyką i śpiewem.

Nie będę tutaj jednak próbował dokonywać obiektywnej analizy czy teatrologicznej syntezy. Wręcz przeciwnie. To będą skrajnie subiektywne impresje – kogoś, kto jest uwikłany w osobiste relacje z grupą, w przyjaźnie, rozstania, długie oddalenia i ponowne wspólne przygody.

neTTheater to dziś zupełnie inne zjawisko niż przed dziecięciu laty. Dla mnie to grupa ludzi wokół Pawła Passiniego, którzy przez ten cały czas robili z nim dziesiątki spektakli, projektów i koncertów. Nikt nie jest w stanie wyliczyć, ilu twórców przewinęło się w tym tyglu, nikt na jubileuszu teatru nie był mi w stanie powiedzieć też, ile neTT zrobił projektów. I patrzyli na mnie zdziwieni, że o to w ogóle pytam.

W mojej głowie oczywiście najmocniej siedzą artyści i koordynatorzy z pierwszej formacji, którzy współtworzyli także Choreę: Kasia Tadeusz, która przez wiele lat prowadziła tę grupę od strony organizacyjnej i finansowej, Paweł Korbus, Iga Załęczna, Anna Bogdanowicz, Dominika Jarosz, Elżbieta Rojek. Ale o nich nie będę tu pisał, bo każdy z nich jest osobną księgą.

Drogi moje i Pawła Passiniego od ponad dwóch dekad plączą się, zaplatają, rozplatają i rwą, by znowu się zderzyć w dziwnych okolicznościach przyrody. Spotkaliśmy się w Gardzienicach, gdzie Paweł uczestniczył w Akademii Praktyk Teatralnych, tam działaliśmy razem w Orkiestrze Antycznej i potem razem z całą Orkiestrą zmyliśmy się stamtąd. Drugim ważnym spotkaniem był  projekt europejski „Nieznane źródła muzyki europejskiej –Antyczna Grecja”, który Paweł razem z Renatą Białoborską (później Białoborską-Rodowicz) i Maciejem Kazińskim pisali po nocach w czasie obchodów 20-lecia Gardzienic. Ja nad ranem dorzucałem swoje i biegłem na próby. Potem wspólnie z formacją Orkiestra Antyczna i Maciejem Rychłym zrealizowaliśmy ten projekt z wielkim sukcesem w różnych miejscach Polski.

Trzecim i najważniejszym dla mnie działaniem, w które wciągnął mnie Paweł, był spektakl Sczeźli na podstawie tekstów teoretycznych Tadeusza Kantora. To jedna z moich najpiękniejszych przygód teatralnych – nie tylko dlatego, że przez ponad godzinę mówiłem te niezwykle osobiste i przejmujące teksty Kantora, ale też dlatego, że pracowaliśmy w poniemieckiej świetlicy, takim gasthausie pod Srebrną Górą. Było piękne lato, cisza, brak zasięgu, a nikt z naszej czwórki – ani Iga, ani Katarzyna, ani Paweł, ani ja nie wiedzieliśmy, co nam z tego wyjdzie. Może Paweł wiedział, ale nam nie mówił. I w końcu powstało coś niezwykłego: ON, który próbuje poprzez najróżniejsze formy przywołać śmierć, zdefiniować swoje miejsce w teatrze, w sztuce i w życiu.  Stara się odnaleźć pomiędzy biegającym po scenie chłopcem (nim samym z dzieciństwa) a śmiercią  – piękną kobietą, która na niego czeka, by na końcu go zabrać. Bardzo ważną rolę grał tam mój pies Zenon. Jedyny z nas, który wszystko wiedział... Graliśmy ten spektakl kilkanaście razy, aż do chwili, gdy córka Kantora nam tego zabroniła, nie oglądając ani tego spektaklu, ani nowej wersji, zaproponowanej przez nas na rok kantorowski.

No i te niezwykłe, bardzo osobiste Psalmy zrobione przez nas w Fabryce Sztuki, w jej pękających murach jeszcze przed remontem… Wcześniej to przecież Paweł wraz z Polą Matuszewską pisał statut nowej instytucji kultury, tej właśnie Fabryki Sztuki, w której Chorea miała się znaleźć. Negocjował z radą miasta warunki naszej przyszłej egzystencji tamże. Sam jeszcze nie wiedział, że za niedługo założy neTTheatre.

Ale jeszcze raz, po raz kolejny wróćmy do początku. Do tego zapowiadanego prapoczątku. Do Srebrnej Góry po raz pierwszy zaprosił mnie Roman Motyka, który prowadził tam schronisko PTTK. Zaproszenie wyszło po obejrzeniu naszego jeszcze gardzienickiego spektaklu na festiwalu w Kłodzku. Pojechaliśmy tam razem z Maciejem Rychłym i Renatą Białoborską i z miejsca się wkręciliśmy. Tamtejsi ludzie, to schronisko, góry i wizje Romka, który chciał zakładać teatr, centrum kultury i ośrodek medytacyjny w jednym. Lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte to były lata wredne. Najciekawsi i najbardziej wrażliwi ludzie uciekali w góry i nad jeziora, prowadzili schroniska lub zakładali pasieki, żeby tylko nie zwariować. A wszyscy pozostali wrażliwcy przyjeżdżali w takie miejsca na krócej lub na dłużej, by poczuć zapach świerków i miodu, urwać się ze smyczy ubeków, szarej biedy i absurdów komuny. Takie Kleyffy, Kelusy, Blumsztajny, Stasiuki czy Kuronie tam właśnie łapały oddech i dystans. Dziś mamy całe tłumy bohaterów z tamtych czasów, ale tak naprawdę to była garstka wariatów, którzy chodząc po górach, zastanawiali się, jak załatwić komucha. Moja Srebrna Góra była oczywiście dobrych parę lat później, ale właśnie tam, w Kotlinie Kłodzkiej, jak również na Podkarpaciu, w Bieszczadach, Tatrach czy na Mazurach można było spotkać jeszcze przez wiele lat ostrych, świetnych ludzi, połamańców i nadwrażliwców, którzy szukali swojego miejsca poza miastem. W tej swojej niezgodzie musieli być twardzielami, by przetrwać w takich warunkach. I tak z obrzeży szła do centrum najlepsza energia i dla kontrkultury, i dla kontrkomuny.

Wielokrotnie zapraszani przez Romka Motykę wizytowaliśmy to niezwykłe miejsce i ludzi, robiąc warsztaty, spektakle i koncerty. Romek miał wielkie plany. Chciał w srebrnogórskiej twierdzy – gigantycznej fortecy z I wojny światowej – zrobić teatr, salę koncertową, miejsce spotkań i warsztatów. I po części mu się udało. Ale kropkę nad „i” postawił dopiero ówczesny wójt, który zaproponował Chorei stałą siedzibę w Srebrnej. Oddał nam stojący pośrodku miasteczka opuszczony kościół ewangelicki. Byliśmy wtedy bezdomni, ale mocno już pertraktowaliśmy z Miastem Łódź w sprawie stałej siedziby. Miałem jednak większy problem – po spędzeniu ponad 20 lat w podlubelskiej wsi prześladowało mnie wrażenie izolowania się od życia, a najbardziej poczucie gubienia współczesnego języka, języka młodych ludzi i współczesnej sztuki.  Rozpoczynanie wszystkiego na nowo w małym miasteczku nie było mi po drodze. Wójtowi (którego nazwiska wolę tu nie przywoływać, bo zrobił karierę polityczną) powiedziałem, że kościół ewangelicki jest świetny, ale bardziej na koncerty niż teatr. Pięciometrowe kolumny sprawiały, że nie dało się ustawić ani widowni, ani normalnej sceny. Przekonywałem go, że będziemy tu przyjeżdżać, ale osiedlić się na stałe nie możemy. Wójt potrzebował czasu na przemyślenia. Po tygodniu wezwał mnie i oznajmił, żebym nie brał go za szaleńca, ale kończył architekturę w Warszawie i ma rozwiązanie: wytnie wszystkie kolumny, a pod dachem umieści metalową konstrukcję – rodzaj więźby, która utrzyma cały dach i ściany. Wszystko z miłości do teatru i z przekonania, że w Srebrnej Górze powinno się dziać.

Na taką deklarację nie można było nie zareagować. Tym bardziej, że wójt miał opinię takiego, co zawsze realizuje to, co wymyśli. I rzeczywiście: znalazł skądś pieniądze, wyciął kolumny, położył podłogę z płyt OSB i wstawił WC! Nigdy przedtem i nigdy potem nie słyszałem, żeby ktoś dla artystów wyciął w kościele wszystkie kolumny i słupy.

Namówiłem więc moich przyjaciół z teatru Brama, żeby utworzyli w Srebrnej Górze filię swojego teatru, bo ich sytuacja w Goleniowie była wtedy bardzo niepewna. Brama podjęła wyzwanie i zrealizowała wiele świetnych projektów artystycznych i edukacyjnych, ale dojazdy ze Szczecina do Kłodzka nie były łatwe. Bez lokalnego wsparcia finansowego nie udało się im kontynuować tych działań. I wtedy przyjechał Paweł Passini, i z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem i energią zadeklarował mi, że stworzy w Srebrnej swój teatr i powoła stałą grupę, o której zawsze marzył. W tym czasie miał wielką awersję do teatru repertuarowego i wszelkich mechanizmów instytucjonalnych. Dogadał się z ludźmi z Bramy i zaczął wkrótce działać. Te początki każdego teatru są najpiękniejsze i dla wielu formacji ludzkich często najważniejsze. Tak właśnie w jakieś małej srebrnej dziurze (jak mówili o tym miejscu mieszkańcy) przecięły się drogi Chorei, Bramy i Teatru w Sieci Powiązań.  

Passini z częścią aktorów Chorei i częścią swoich zawiązał grupę i zaczął pracę nad nowym spektaklem. Odkrył, że niedawno zakończono tam projekt unijny – do wieży kościoła podciągnięto światłowody i zainstalowano serwerownię z szybkimi łączami. Postanowił ich użyć, ściągnął specjalistów z Wrocławia i Warszawy i jako pierwszy na świecie puścił spektakl on-line w Internecie. To było Odpoczywanie opowiadające o dzieciach Wyspiańskiego. Miał ponad 16 tysięcy wyświetleń! Tak powstał neTTheatre Teatr w Sieci Powiązań. Ten piękny spektakl jeździł potem po Polsce i zgarniał nagrody na wielu festiwalach, był też zaproszony do Indii i Edynburga.

Dość szybko niestety, po niespełna dwóch latach, po nieprawdopodobnej pracy włożonej w miejsce i ludzi w Srebrnej Górze i okolicach (prowadzono między innymi program edukacyjny w liceum w pobliskich Ząbkowicach Śląskich) artyści musieli się zwijać. Nowy wójt, wchodząc w konflikt z grupą, nie wiedział, jaki ma skarb, jaki potencjał i co może stracić. Nie pomogły negocjacje – ani moje, ani poprzedniego wójta. Urażona ambicja i małość kazały udowodnić artystom, kto tu rządzi. O głodzie i chłodzie wytrzymali tam dwa niepełne lata. Nie dostali prawie żadnego dofinansowania, nawet kwater. Ja doczekałem się nawet pozwu do sądu... Ta tułaczka i bezdomność pojawiała się jakimś dziwnym echem w kilku późniejszych spektaklach Passiniego. Nie wiem, kiedy i jak przetną się znowu nasze drogi. U Pawła gęstwina pomysłów i projektów, u mnie również. Ale ciągle śnią mi się Sczeźli...

04-04-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany K. Jasińska
    K. Jasińska 2018-04-05   16:04:15
    Cytuj

    Pomimo upływu wielu lat wciąż żałuję, że swoją kategoryczną decyzją córka Tadeusza Kantora unicestwiła bardzo istotny - w moim odczuciu - spektakl. Jego autorzy dokonali rzeczy wydawałoby się niemożliwej."Sczeźli" w szlachetny i pełen głębokiego zrozumienia sposób podjęli myśl teatralną Tadeusza Kantora. I nie była to żadna imitacja ani popis epigonów. To było swoiste przywrócenie do życia kantorowskich manifestów.