AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Eseneś

Fot. Karol Budrewicz  

Co to jest ENESEŚ? Sam wymyśliłem tę nazwę i skrót moim zdaniem bardzo ładnie brzmi, ale z jego rozwinięciem mam kłopot. Skromnie czy nieskromnie? Pierwsza litera, „N”, to Najmniejsza czy Największa? Chodzi o scenę. Umieścić ją tam, gdzie jest w rzeczywistości, czy tam, gdzie jest naprawdę? Największa Scena Świata czy Najmniejsza Scena Świata?

ENESEŚ to teatr, do którego chodzimy z Jaśminową Panienką. Chodzimy do niego z własnej nieprzymuszonej woli, ale jednak trochę pod przymusem. Ale takim wewnętrznym. Ale bardziej fizycznym niż psychicznym. Ale jednak. Ale jest nam z tym dobrze. Ale po seansie jeszcze lepiej.

W ogóle kwestia, czy po przedstawieniu ma być lepiej czy gorzej i komu, to chyba główny front walki w naszym teatrze publicznym. Jedni stoją na stanowisku, że gorzej, zwłaszcza widzowi. Ma się poczuć niekomfortowo, a nawet źle. W końcu zapłacił za bilet, więc należy go wychłostać, wytarzać w smole i obsypać pierzem. Wyjdzie z przedstawienia jak ptak. Tyle że nielot, jak nie przymierzając pingwin albo bardziej ciepło i owocowo – kiwi. To już mamy. Granica przesuwa się zatem w stronę aktora. Jemu, a jak mówią niektórzy – „mu”, też powinno być źle. Bo jak wszystkim jest źle, to wtedy jest dobrze. Wyciąga się wszystko, co aktor miał do tej pory ukryte w głowie i w bieliźnie, a widzowi proponuje się, żeby sobie pomacał; myślowo, a jak ma ochotę, to nawet fizycznie. Wstydzą się później oboje, ale aktor chyba bardziej, bo nierzadko pomacać nie ma czego.

To jedna strona. A z drugiej strony stanowisko, które mówi (proszę nie skreślać – mówiące stanowisko to mój wkład twórczy; tak więc stanowisko, które mówi), że ma być lepiej. Głównie widzowi. Tyle tylko, że nieraz jest mu tak dobrze, już w trakcie przedstawienia, że spokojnie zasypia. Jego prawo, kupił bilet, niech śpi, byle nie chrapał. Potem i tak będzie opowiadał znajomym, że przedstawienie było wspaniałe i dużo wniosło do jego życia, nie tylko duchowego. A aktor? Aktor w takim przedstawieniu ma wyraźnie zakreślone granice. I często to widać, bo rzeczywiście, kiedy się patrzy i słucha, wydaje się, jakby był on za granicą. Nierzadko na wczasach.

Gdzie zatem leży złoty środek? Otóż złoty środek leży. I pewnie długo się nie podniesie.

Zostawiam zatem teatr publiczny i wracam do naszego, prywatnego. Mojego i Jaśminowej Panienki. Bardziej Jaśminowej, bo to ona zawsze wybiera, nieraz temat, innym razem obsadę.

Nie chciałem zdradzać, gdzie ten nasz teatr wystawia swoje sztuki, ale i tak pewnie z łatwością będzie można się domyślić. W każdym razie to miejsce dosyć intymne, z jednym miejscem na widowni. To w rzeczywistości, a tak naprawdę to teatr w Kokardenii. Mam nadzieję, że Jaśminowa nie będzie miała kiedyś żalu, że zaprosiłem do niego wszystkich.  

Sztuki w naszym teatrze są krótkie i jednorazowe, w sensie niepowtarzalne. Powstają błyskawicznie, z jednego przedmiotu, gestu. Opisy i dialogi rodzą się tu i teraz…

Teraz Jaśminowa zasiada na widowni i prosi:
- Opowiedz teatrzyk.
- Jak to opowiedzieć teatrzyk?
- Normalnie. Opowiedz.
- Ale kto miałby w nim wystąpić?
Zastanowiła się…
- Niech wystąpią spinki do włosów.    

ENESEŚ
Były dwie spinki do włosów. Jedna była spięta, a druga nie. Jedna była ozdobiona kwiatkiem, a druga kotkiem. Kwiatek nie miał łodygi, a kotek miał tylko głowę, ale to przecież wystarczy, żeby powiedzieć „miau”.
- Dlaczego nie jesteście we włosach na mojej głowie? – zapytała Jaśminowa Panienka. Ale zaraz pomyślała: „Dlaczego wszystko musi być na mojej głowie?”.

Spinki usłyszały pytanie, ale nie usłyszały myśli, bo rzadko kto, a nawet chyba nikt nie słyszy czyichś myśli. I dobrze, bo często myśli są takie nieprzemyślane. 
- Bo nas wsadziłaś do kieszeni. I gdyby nie twój tata, który nas zauważył, siedziałybyśmy tam pewnie aż do prania – powiedziała druga. – A koleżanka to się tak zdenerwowała, że aż się spięła i dlatego nie może mówić, bo ma wszystko spięte. Czy mogłabyś jej pomóc?
- Ale jak pomaga się spiętej spince?
- Trzeba ją rozpiąć. My spinki nie mamy rąk i dlatego potrzebujemy ludzi.
- To kto spiął twoją koleżankę?
- Spiąć to się każdy potrafi sam. Życie jest pełne stresów. A już życie spinek w szczególności.
- Aha – powiedziała Jaśminowa Panienka i rozpięła spiętą spinkę.
A rozpięta spięta spinka usadowiła się we włosach dziewczynki i znowu się spięła. Ale teraz było jej z tym dobrze.

Muszę przyznać, że coraz częściej chęć przebywania z moim dzieckiem bierze górę nad chęcią wyjścia do „prawdziwego” teatru. Wolę zajrzeć do Kokardenii na Najmniejszą Scenę Świata. Czego wszystkim również życzę.

Ale żeby nie było, że czepiam się aktorów albo że zastępuję ich przedmiotami. Nie. Dla mnie aktorstwo to sztuka przetwarzania. Nie udawania ani tym bardziej wyciągania na wierzch, obnażania swojej prywatności. Aktorstwo to dla mnie rodzaj świadomego balansu między tym co osobiste a tym co ogólne. Fizyczna, a zwłaszcza emocjonalna wiarygodność nie musi opierać się na obnażeniu. Boli mnie manipulacja aktorem – a właściwie powinienem powiedzieć człowiekiem – w celu osiągnięcia efektu scenicznego. Nie umiem i nie chcę się z tym pogodzić. A to widać.

Opowiadam się za współpracą. Spotkanie, rozmowa, próby rozumiane jako wspólne odnajdywanie drogi mogą być twórcze i korzystne nie tylko dla aktora i reżysera, lecz przede wszystkim dla sztuki, a co za tym idzie dla widza. Aktor to człowiek, niepowtarzalny, jedyny, jak każdy człowiek zresztą. Ale w teatrze czy filmie sprawa jest wyjątkowa. Zaproponowanie aktorowi jakiejś konkretnej roli to wyjście mu naprzeciw. Naprzeciw jego wrażliwości, jego odmienności w postrzeganiu świata. W miarę prób aktor staje się mądrzejszy od reżysera w myśleniu o postaci, ale podstawą jest to początkowe porozumienie, które jak twierdzę jest do uchwycenia, kiedy ogląda się końcowy efekt – przedstawienie. Dotyczy to tak naprawdę wszystkich współtwórców spektaklu, a na aktorze się skupiło, bo przecież wszystko skupia się na aktorze. 

Oczywiście opisałem tu mój ideał. Choć mam nadzieję, że nie tylko mój. Bo z drugiej strony… Znowu ta druga strona. Ale trudno. Bo z drugiej strony aktor… Znowu aktor. Ale niech mu już będzie, w końcu to on pojawia się na scenie. Bo z drugiej strony dobry aktor poradzi sobie sam. Tyle tylko i aż, że kiedy ma równie dobrych partnerów, jest w stanie wspiąć się na wyżyny. W teatrze. W filmie.

A jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć aktora prywatnie, nadarza się oto niepowtarzalna okazja. Można za odpowiednią opłatą spotkać się z aktorem Pacino. Na żywo. Nawet podobno będzie mu można zadać pytanie. Piszę o tym, nie mając nic przeciwko; jeśli ktoś ma ochotę na takie spotkanie… Tyle tylko, że czytam w komentarzach, że za drogo. Dużo więcej niż za bilet do kina czy wypożyczenie lub zakup płyty z filmem, w którym gra główną rolę. Ja tam wolę obejrzeć jak gra. Taniej i bez rozczarowania. 

Może jestem uprzedzony. Przypomniało mi się „prywatne” spotkanie z jednym z naszych wielkich aktorów. Byłem wtedy w drugiej czy trzeciej klasie szkoły podstawowej, a aktor ów zajechał był do naszego Domu Kultury. Kazano nam, powtarzam, kazano zapłacić po ileś tam złotych, no ale w związku z tym byliśmy zwolnieni z lekcji…

Ze spotkania ze znanym aktorem pamiętam tylko jedno. Pamiętam, bo powtórzył to po wielokroć. Otóż mówił: „A ja myślałem, że przyjdą starsi”.

                        Dziękuję za bardzo.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-09-17   07:12:21
    Cytuj

    tak!