AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gardzienice

Dziennikarz „Polityki” i „Studia Opinii”.
A A A
Fot. Karol Budrewicz  

Włodzimierz Staniewski, twórca „Gardzienic”, poszukuje korzeni teatru inaczej, niż to robią biolodzy z marchewką lub archeolodzy z katakumbami. Oni pędzelkami oddzielają środowisko od istoty rzeczy. On wyrywa korzenie z ziemi i wysoko nad głową otrząsa z przyschniętych grud. 

Ifigenia to jeden z tych „korzennych” mitów kultury ludzkiej, obecny we wszystkich pierwotnych teoriach Wszechświata. Staniewski wyrwał ją z bebechami, kalecząc muzykę głosem, a podłogę nogami, które obuł w sandałki żołnierzy spartańskich. Kazał aktorowi ostrzyć noże w rytm tańca, a wcześniej wygłosił spokojnie przykazania, z których wynikało, że należy tego wszystkiego nie robić. 

O Ifigenii, by poprzestać na klasykach, pisali Eurypides, Herodot, Diodor, Owidiusz, Ptolemeusz. Pisał także Goethe. W jego dramacie Ifigenia w Aulidzie rolę Orestesa, brata Ifigenii, grał na gościnnych występach Tadeusz Łomnicki, używając do tego sceny Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, 30 kilometrów na zachód od Gardzienic, które nie wiedziały wtedy jeszcze, że po półwieczu znajdą się na teatralnej mapie świata obok La MaMa, The Bread and Puppet Theatre i Le Grand Magic Circus.

Jedna z córek Agamemnona i Klitajmestry miała zostać złożona przez ojca w ofierze. Agamemnon wzdragał się, lecz musiał ustąpić pod naciskiem Greków, w tym Odyseusza. Oszukał córkę, że zaręczy ją z Achillesem, tymczasem Kalchas, męska wyrocznia, zamierzał złożyć ją na ołtarzu Artemidy. Bogini w ostatniej chwili ulitowała się i posłała na miejsce dziewczyny łanię. Czyli kozła ofiarnego. Przepisującego tę legendę co chwilę onieśmiela kolejne imię: Agamemnon (Słowacki?), Odyseusz (Homer?), Achilles (podręczniki anatomii?), Artemida (inaczej Diana w Rzymie?). Staniewski pootrząsał te wszystkie „grudy” i skupił się na ofierze.

Na dostawnych scenach, jako „przypisy”, można by grać osobno każdą z tych narracji. Staniewskiemu marzy się taka rozbudowa Gardzienic, żeby dało się tam, zbudowawszy prawdziwy amfiteatr, grać jednocześnie i Ifigenię, i – obok – Ofiarnice Ajschylosa. Nie ma takiego teatru nigdzie na świecie, ale Gardzienic też wcześniej nie było. Był Teatr Laboratorium, w którym Grotowski namaścił Staniewskiego na swego następcę, zmieniając mu tożsamość na szamańską, ale te „oleje święte” zostały przez organizm – jak przeszczep – odrzucone.

Ofiara jest źródłem teatru. Bez symboliki nie dałoby się jej spełnić, bo bezpośredni kontakt z Bogiem, jeśli istnieje, obywa się bez widzów. Można to tylko opowiedzieć, stąd poezja, albo udać, stąd teatr. Malarzom póki co – nomen omen – nie udaje się. Ani rzeźbiarzom.

Ale budowniczym (architektury teatralnej i Pałacu w Gardzienicach) – tak.

Przedstawienie Staniewskiego zaczyna się w nowoczesnym ośrodku kultury „Szklarnia” w Lublinie. Trwa tyle, ile trwać musi refleksja nad dekalogiem. Nie ma co wydziwiać, że Mojżeszowy zbiór dobrych rad znamy pod greckim terminem, który pochodzi od liczby dziesięć. Całe Pismo Święte tłumaczone jest przede wszystkim z greki. Jedynie nowa część postała w języku aramejskim, którym mówił Chrystus.

Według Staniewskiego wszystkie drogi prowadzą do źródeł, ale najpiękniejsza wiedzie przez Ateny.

Przykazania Siedmiu Mędrców aktorzy śpiewają. Muzyka ułatwia zapamiętanie tekstu. Klasyczne dzieła literackie starożytności przekazywano drogą do ucha. Czytać, jeśli były już wtedy litery i jeśli ktoś potrafił je rozszyfrować, znaczyło czytać głośno. Mędrcy to znane postaci z VII i VI wieku p.n.e.: Tales z Miletu, Solon, reformator prawa i pratwórca demokracji, Ezop. Pozostałe imiona mówią mniej: Pittakos, Bias, Kleobulos, Periander.

W ich przykazaniach nie ma ani jednego Mojżeszowego:
Idź śladem Boga.
Jako dziecko bądź skromny.
Jako młodzieniec opanowany.
W wieku średnim sprawiedliwy.
Jako starzec rozumny.
U kresu beztroski.

Powyższy podział życia przypomina nieco cztery pory z hinduizmu: nauka, radość, odchodzenie, odludzie.

Wejrzyj w samego siebie.
Działaj szybko.
Poluj na korzyść.
Władaj kobietą.
Zwlekaj z małżeństwem.

Dosyć to nowoczesne.

Idź śladem Boga.
Wsłuchaj się we wszystko!
Szanuj błagalników.
Wysławiaj wszystko.
Módl się o to, co możliwe.
Zawierz przeznaczeniu.
Podziwiaj wyrocznie.

Autoironia Staniewskiego wzbudza zaciekawienie jako nuta nie z tego świata. Twórcy są na ogół bezkrytyczni, w Indiach stają wręcz na wysokości bogów. We wcześniejszych od literatury greckiej Brahmanach uczeni-kapłani „reżyserujący” ofiary zmuszali do wyrażania dla siebie szacunku. Greccy mędrcy robili to samo, ale dodatkowo kazali podziwiać boginie-dziewice, czego w Gardzienicach wymuszać nie trzeba. Świątynia w Delfach (od delfina) obsługiwana była przez kapłanów, którzy interpretowali bełkot Pytii (od pytona). Wdychała ona dym z prażonych konopi i jęczmienia. Żuła liście laurowe i bredziła od rzeczy. Kapłani układali z jej bredni prognozy wydarzeń. To ona wywróżyła Edypowi małżeństwo z matką. Gardzienice w spektaklu Oratorium pytyjskie dają możliwość uciekania w dygresje co chwilę. Grając tworzą furtki do ogrodów potencjalnego Teatru Wariantów. Spektakl Staniewskiego jest dzięki temu za każdym razem inny. Reżyser robi z nim, co chce. Z jednej strony żelazna dyscyplina, z drugiej – całkowita swoboda. Ofiara jest zabawą.

W pierwszej partii spektaklu słychać podobne do altówki skrzypce, które najdoskonalej jak można imitują głos ludzki. Towarzyszy im trąbka, srebrzysta jak woda ze źródła.

Raz gramy w „Szklarni”, następnego dnia w Chacie i w parku. Druga część w piwnicach i w spichrzu. W Laponii i w Nowym Jorku. I na koniec w winiarni, gdzie na skrawkach papieru pisze się recenzje, prawzór felietonu. 

Podczas spektaklu Staniewski potrafi wejść na scenę, przestawić trzy klocki i pchnąć akcję w zupełnie inną niż wyćwiczona stronę. I sam się przy tym śmieje, co w teatrach, które opuścił, STU Jasińskiego i Laboratorium Grotowskiego, byłoby nie do pomyślenia. Tam ofiara pod kierunkiem wielkiego maga dokonywała się, jak w Spadaniu czy Apocalypsis…, z wielką powagą.

Ofiara zawsze wiąże się ze śmiercią. Najpierw poświęcano człowieka. Potem – zwierzę. Na ołtarzu istotą ceremonii było umieranie. W sztucznej scenerii prawdziwa była tylko śmierć. Trzeba ją było zadać.

Od samego początku swego życia człowiek wiedział, że umrze, chociaż doświadczenie uczyło czegoś innego: że umierają inni. Całe życie, z przerwami na rezygnację, walczymy, żeby żyć. Czas to lęk przed śmiercią. Czekamy na nią, zwodzimy ją, oszukujemy, leczymy jak chorobę. Dionizja były takim oczekiwaniem, zwodzeniem, leczeniem, ucieczką przez orgię. Teatr tańczył, a tekst śpiewał.

Śpiewanie tekstu w starogreckim teatrze było sposobem komunikacji. Nie mowa. Uroczystość odbywała się w czasie procesji. Nie na stojąco. Staniewski pierwsze swoje wędrówki z dobytkiem na wózku wzorował podświadomie na starogreckim karnawale. Znaki dawane dłońmi przejął być może od teatru staroindyjskiego.

Spektakl Gardzienic podzielony jest na etapy. Idąc z Chaty przez park pachnący drzewami i kwiatami, docieramy do piwnic Pałacu. Tam z gabloty reżyser wyjmuje spinkę scytyjską, której używali być może rówieśnicy Eurypidesa, autora tekstu o poświęceniu Ifigenii. Staniewski pozwala dotknąć spinki, jak Cygan Melquíades ze Stu lat samotności, który przywiózł na jarmark bryłkę lodu, w tropiku niewidywanego, i pokazywał, jakby to był drogi kamień. Realizm magiczny przypisujemy Garcii Marquezowi, tymczasem Staniewski dopatrzył się tego w wytwórczości zdobniczej, która datowana być może na dwa i pół tysiąca lat wcześniej.

Dla Gardzienic spektakl w parku, spichrzu i w Pałacu jest uroczystością plebejską, wiejską, ludową. Nie ma nic wspólnego z miastem. Jak na ironię Eurypides, którego grają, wyprowadził dionizja w stronę teatru mieszczańskiego. Arystofanes, grecki Fredro, wstawił Eurypidesa do jednej ze swoich komedii (Tesmoforie). Termin komedia pochodzi od komos, procesja. Inni pisali tragedie – Ajschylos – grecki Norwid – czy Sofokles, grecki „Słowackiewicz”.

Mitologia grecka, jak we wszystkich innych kulturach, poprzedziła religię. Nie było w niej kościoła jako instytucji. Ale „kościoły”, czyli budynki stojące na kościach, ossoria, owszem, wznoszono, jak choćby świątynię z pytiami w Delfach. Przepowiednie towarzyszą wszelkim religiom. Bez odpowiedzi na pytanie „co będzie?” nie byłoby wiary.

Uczeni obserwujący przyrodę, a w Grecji było ich mnóstwo (Arystoteles, Euklides, Pitagoras, Archimedes), nie zaczęli na niej pasożytować, nie uwłaszczyli się na nauce, nie stali się kapłanami, a ich wiedza – religią. 

Teatr w Grecji miał do odegrania znacznie większą rolę niż teatry w innych kulturach, jeśli w ogóle zdołały się z rytuału wyodrębnić. Ale wszędzie był taniec i wszędzie były pieśni. Nie było, poza Grecją i Indiami, dramatopisarzy. Dodatkowo – w Indiach nie było katharsis. Tam rytuał oczyszczania odbywał się poza teatrem. W prawdziwym ogniu. Tego Staniewski  chyba nam nie zafunduje. W Grecji czas spędzano raczej nie w płomieniach, a na komediach, zwłaszcza że miały one charakter zawodów. Ta część teatru greckiego przeszwarcowała się po kryjomu na scenę współczesną: kto piękniejszy? Która ma lepszą figurę? W Atenach świętowano 120 dni w roku.

W Gardzienicach święto trwa okrągły rok. W jeden z ostatnich wrześniowych weekendów spektakle połączono z seminariami na temat tańca w Indiach, z sesją na temat Wandy Dynowskiej; prof. Joanna Jurewicz śpiewała Bhagawadgitę, bo Pieśń Pana jest poezją śpiewaną (nawiasem mówiąc, muzykę do Eurypidesa napisał Zygmunt Konieczny z Piwnicy pod Baranami). I grano Oratorium pytyjskie. Część w Lublinie, część w Chacie, część w Spichlerzu. Miedzy pierwszą i trzecią częścią Staniewski odbudował Pałac.

Zajęło mu to 30 lat.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: