AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gorący kartofel

Fot. Karol Budrewicz  

Lakierowanie kartofla, tak brzmiał fantastyczny tytuł, jaki przed laty Tadeusz Nyczek nadał swojemu szkicowi o twórczości Ernesta Brylla z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Główny zarzut stawiany przeżywającemu wówczas szczyt swojej popularności „Współczesnemu Romantykowi” był taki: powtarzając w sposób wielce ogólnikowy („fata nas jakoweś gnają”) i przy użyciu dzisiejszego kostiumu cały zestaw „przeklętych pytań polskich”, stwarza całkowicie fikcyjny obraz współczesności oraz problemów, z jakimi próbuje się ona realnie uporać. Ciągnie swych czytelników i widzów do udziału w glamourowej pseudo tragedii, odwracając ich uwagę od realnych pytań, jakie w swej twórczości stawiali w tym czasie Różewicz, Wojaczek czy Marek Nowakowski.

Ten tytuł artykułu Nyczka ustawicznie przychodzi mi do głowy, gdy oglądam jakiś polski film „historyczny”. Niemal zawsze jest to „lakierowany kartofel”, grubo, odpustowo uszminkowana fikcja.

Chlubnym wyjątkiem jest pod tym względem Zimna wojna Pawła Pawlikowskiego. Fantastyczna pierwsza sekwencja, kiedy organizatorzy zespołu „Mazurek” jadą zdezelowaną ciężarówką po polskich bezdrożach od jednej rozpadającej się chałupy do drugiej. Nieruchome twarze nagrywanych przez nich śpiewaków, w których rysach jest zapisany ten trwający od pokoleń głód na przednówku, brak praw, beznadzieja. Ta długa scena, gdy zwiezione do zrujnowanej siedziby „Mazurka” młode talenty skaczą z paki Ziła wprost w błoto po kostki. Nikt się ani chwilę nie zawaha, to przecież normalnfe, błoto jest wszędzie...

Tak, to jest Polska, jaką pamiętam, Polska, w której się urodziłem.

Przez błoto trzeba było iść do mieszczącej się na bliskiej Woli fabryki braci Dalcz z powieści Dołęgi-Mostowicza. Chodnik był tylko na Wolskiej, a gdy się skręcało się do Dalczów, trzeba już było podwijać nogawki. Nowiniarska, którą Lucjan Salis chodził do swego zatłoczonego wspólnego pokoju w mieszkaniu Stukonisowej, była już wprawdzie wybrukowana kostką, ale pokryta grubą warstwą śmieci, z jakimi wedle Uniłowskiego służby porządkowe przedwojennej Warszawy zupełnie sobie nie radziły. (Wyglądając przez okno, Lucjan mówi, że widok przypomina mu jakieś miasto Orientu...) A przesławne Dolne Miasto? Czerniaków, dzielnia Grzesiuka? Przeczytajcie Boso, ale w ostrogach.

Na Placu Zamkowym, gdzie rozgrywają się pierwsze sceny serialu Sprawiedliwi nie ma ani błota, ani śmieci. (Pewnie tak było: fekalia płynęły rynsztokami dopiero sto metrów dalej, na zamieszkanym przez biedotę, nieskanalizowanym Starym Mieście). Młody, sympatyczny, świetnie ubrany inżynier zderza się przypadkiem z młodą, sympatyczną, świetnie ubraną panną. Chłopak przeprasza, przeglądał niesione pod pachą rulony: to plany warszawskiego metra. Biegnie właśnie, żeby przedstawić je do zatwierdzenia. Jest lato 1939 roku, ukończenie budowy zostało przewidziane na 1 sierpnia 1944 roku...

Cała scena jest naprawdę urocza. Między młodymi zawiązuje się lekki „paryski” flirt, który ma wdzięk i lekkość znaną z filmów Rene Claire’a. Wokół piękne zalane słońcem miasto, „Paryż Północy”...

Ówczesna Warszawa istotnie rywalizowała ostro z Bukaresztem o to zaszczytne (?) miano. Obie stolice ścigały się między sobą między innymi na ilość pokrytych asfaltem ulic. Asfalt był bowiem w latach trzydziestych synonimem nowoczesności. Był też niestety bardzo drogi. Dlatego też był bardzo pilnie strzeżony przez policję, tym bardziej, że znacząca część transportu kołowego w obrębie nadwiślańskiej metropolii odbywała się za pomocą konnych furmanek, których nie stać było na „gumy”, a metalowe obręcze kół po prostu masakrowały naszą czarną dumę.

Czy gdyby historia warszawskiego asfaltu została wcześniej opisana albo pokazana w filmie, to powstrzymałaby tych, którzy zdecydowali o zakupie Pendolino, szybkiego pociągu, o którym wiadomo było, że po naszych torach będzie jeździł wolno? A sfinansowano ten prestiżowy (też mamy swoje TGV!) zakup z likwidacji połączeń do dziesiątków Lwówków Śląskich i mazurskich Spychowów.

Przesłanie Sprawiedliwych jest jasne i dobitne: było dobrze, miało być lepiej, ale przyszli Obcy i wszystko zepsuli. Bardzo to w duchu całej naszej tradycji pisania o historii ukształtowanej przez Trylogię Sienkiewicza.

Jeśli weźmie się pod uwagę moc jej oddziaływania, nie pozostaje nic innego, jak uznanie tej tradycji za wielką. Ilu autorów przywoływało ten obrazek: koniec XIX wieku, urząd pocztowy w jakiejś mieścinie i zgromadzeni przed nim chłopi. Czekają, aż przyjdzie z Warszawy gazeta, w której jest kolejny odcinek przygód Małego Rycerza na Dzikich Polach. Potem jeden z nich odczyta głośno, z odpowiednim namaszczeniem opowieść pozostałym... Historycy pisali, jak rozkochanie się „włościan” w tej sienkiewiczowskiej mitologii kresowych stanic, tamtego rycerstwa broniącego „przedmurza Europy”, „garstki naszych walczących z obcych nawałem”, przyczyniło się do powstania w warstwie chłopskiej – nieobecnych w niej wcześniej – polskiej świadomości narodowej i polskiego patriotyzmu.

Ta nawała obcych to była u Sienkiewicza przede wszystkim stutysięczna Orda. Zjawisko bliższe naturalnej katastrofie, jakiemuś tsunami niż ludzkiej inwazji. Orda była liczna jak gwiazdy na niebie. Wzniecała obłok kurzu, który przesłaniał słońce. Zaiste, trzeba było mieć serce męża, aby nie zadrżeć, gdy Orda nadchodziła. Nic dziwnego, że to apokaliptyczne wydarzenie zapowiadane było przez dziwne znaki na niebie. Cały bowiem kosmos uczestniczył w owym starciu dobra ze złem.

Orda została wezwana na ziemie Rzeczpospolitej przez Chmielnickiego, który z prywatnej urazy podpalił wschodnie jej kresy, a ponieważ był wielką indywidualnością, jego wezwania usłuchała ukrainna czerń z samej swojej istoty zawsze rada, gdy można grabić i gwałcić.

W taki właśnie w skrócie sposób Sienkiewicz tłumaczy przyczyny wojny domowej, w wyniku której Rzeczpospolita utraciła połowę Ukrainy: dwóch panów pokłóciło się o kobitkę, wdali się Obcy i – poleciało. Prosto, jasno i dobitnie. (Podobne tłumaczenie usłyszałem od studenta historii Uniwersytetu Wrocławskiego).

W 1934 roku Olgierd Górka wydał pracę Ogniem i mieczem a rzeczywistość historyczna, dowodząc krok po kroku, jak bardzo powieść od rzeczywistości owej jest odklejona. Najbardziej podobał mi się sposób, w jaki ten wybitny historyk wojskowości (i sam – legionista Piłsudskiego) nakłuwa rozdęty balon owej „licznej jak gwiazdy na niebie” Ordy. Wychodząc od badań nad demografią Chanatu Krymskiego, Górka ustala, że jego maksymalna zdolność mobilizacyjna ledwo sięgała 20 tysięcy. Było to przy tym „wojsko” bardzo słabo uzbrojone (często po prostu w kije zakończone jakimś ostrym kamieniem) i marnej jakości. Raczej bandy rabusiów, które często pojawiający się na Krymie głód wypychał na stepy.

W tym czasie dobrze uzbrojone wojska koronne i magnackie na Ukrainie liczyły 30 tysięcy. Dlaczego więc nie uporały się z grozą tatarskiego najazdu? Bo nie chciały. Polskie królewięta kresowe bardziej były zajęte wzajemnymi wojnami i zajazdami niż walką z islamem. Często zresztą zlecano tatarskim bandom złupienie nielubianego sąsiada.

Swój sukces jako krzewiciel polskości i krzepiciel serc osiągnął Sienkiewicz za wysoką cenę prawdy. „Polakierował” polskiego XVII wiecznego, mocno już nadpsutego kartofla. Opowiedział nam awanturniczą baśń niby sam mistrz Dumas, a myśmy w nią generalnie uwierzyli.

W tym samym mniej więcej co Trylogia czasie ukazała się rozprawa Józefa Szujskiego O fałszywej historii jako mistrzyni fałszywej polityki. Wielki krakowski historyk pokazywał na licznych przykładach, jak skłamana, przypochlebna wobec polskiego czytelnika („chorego na własną niewinność”, tak pisał o nim Miłosz) opowieść historyczna stała za fatalnymi w skutkach decyzjami polskich polityków. Tyle że łatwy i miły uchu awanturniczy romans Sienkiewicza był czytany, a trudne dzieło profesora Jagiellonki – nie.

I tak pozostało do dziś.

21-11-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Kalina Zalewska
    Kalina Zalewska 2018-12-13   18:55:41
    Cytuj

    Krzysztof, choć nie zawsze się zgadzam z Twoimi felietonami, a często zupełnie się nie zgadzam, i mimo, że ostatnio teatralny.pl wsławił się niesmacznymi insynuacjami, a 10 grudnia najwyraźniej nie okazał się szczęśliwy dla ich autora - serdecznie Ci gratuluję dzisiejszej nominacji (13 grudnia). Kalina

  • Użytkownik niezalogowany przecinek
    przecinek 2018-11-21   13:04:57
    Cytuj

    A Lakierowanie kartofla to nie był przypadkiem tytuł Tadeusza Nyczka?