AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Inne historie: Podróż do Augustowa, czyli opowieść o mojej małej ojczyźnie z wyboru

 

Augustów to jest nasz drugi dom. Mój mąż Janusz Michałowski pochodzi z Augustowa, urodził się i wychował w domu na ulicy Kościuszki.

Pewnego dnia zawiózł mnie tam, poznałam jego babcię Elżbietkę Malinowską, brata Jurka i mamę Olimpię. Zakochałam się w tych ludziach, w mieście i okolicy. Od 1969 roku wracamy tutaj rok w rok. Janusz nie wytrzymałby bez tych powrotów. Kiedy pytają nas znajomi, gdzie mamy letni domek, to mówimy , że w centrum powiatowego miasteczka, bo jak na razie to Augustów mimo swego położenia ciągle nie jest jeszcze kurortem.

Gdy już odkryłam to miejsce dla siebie, stopniowo, dzień po dniu, rok po roku, przemieniałam je w swoją drugą małą ojczyznę. Inną niż Kamień Lubelski, w którym się wychowałam, bo przecież podpowiedzianą mi przez osobę najbliższą, a przez to po latach także bardzo moją. W Augustowie mam swój azyl.

Wcześniej niż Suwalszczyznę znałam Mazury. Pierwszy raz byłam tam w 1953 roku. Przepłynęłam kajakiem i przejechałam autostopem całą tę ziemię wzdłuż i wszerz. Było pięknie, ale… jakoś obco. Jakby to była wycieczka za granicę. Zamiast słomianych czerwone dachy, równo obok siebie poustawiane domki, piękne, kręte, powysadzane drzewami drogi. Wszystkie wyasfaltowane. Wszędzie czysto. Jak nie Polska. Wtedy Mazury nie zdążyły jeszcze spolszczeć.

Inaczej było na Suwalszczyźnie, naszym substytucie Kresów… Do Augustowa przyjechałam pierwszy raz dopiero w roku 1967, dwa lata przed poznaniem Janusza, zachwyciłam się Kanałem Augustowskim, Puszczą Augustowską, jeziorami i ludźmi. Poznawałam wszystko powoli i, jak się okazało, z różnych stron. To profesor Jan Świderski namówił mnie i mojego ówczesnego męża Jerzego Adamskiego, żebyśmy z nim przyjechali tu, gdzie jego zdaniem nie wolno było nie być. W przeszłości Niemcy mijali się tu z Sowietami niemalże w drzwiach, żeby odwracać polski los, a przy okazji zadręczać nieustannymi wywózkami lub mordować okoliczną ludność. Tutaj się o tym nadal pamięta.

Profesor właśnie kupił motor firmy Johnson i obiecywał wielkie połowy ryb. Silnik był malutki, łódź ogromna i przeciekająca, pożyczona od śluzowego z Przewięzi, u którego Świderski zwykle się zatrzymywał. Z Jurkiem Adamskim i kotem Mucziną, który się do nas przed wyjazdem z Warszawy przytulił, rozbiliśmy namioty gdzieś niedaleko Przewięzi, na wysokim brzegu Jeziora Studzienniczego. Wtedy było tam jeszcze pusto. Dla kota rozciągnęliśmy sznur pomiędzy dwoma ogromnymi starymi drzewami, żeby pomiędzy nimi biegał jak pies i pilnował namiotu, a my wędrowaliśmy po okolicy i pływaliśmy dziurawą łodzią. Świderski czasem złowił ryby, ale na co dzień żywiliśmy się w miejscowej restauracji, gdzie, jak dziś pamiętam, był chyba tylko schabowy i kapusta. Byłam niedawno w „Myśliwskiej”. Oparła się ona wszelkim zmianom na lepsze i jeszcze dziś przypomina tamte lata.

Któregoś dnia postanowiliśmy wybrać się do Augustowa po „powiatowe czapeczki”, jako że słońce prażyło niemiłosiernie, a poza tym profesor zachęcał nas do wyjazdu, zachwalając urodę, szyk i elegancję tubylców. Na dowód tego opowiedział o swojej „powiatowej przygodzie”, która zdarzyła mu się w barze… no, może spelunce, zwanej przez mieszkańców „mordownią”, obok której dziś mieści się wytworny sklep z alkoholami z całego świata. Otóż poprzedniego dnia, gdy wstąpił tam na wódeczkę, podszedł do niego bardzo pijany i bardzo brudny, ale też bardzo uprzejmy facet i skłoniwszy się nisko, niezwykle uprzejmie zapytał: „Czy łaskawy pan pozwoli?”, po czym, nie czekając na odpowiedź, pochylił się nad profesorem, w dwa brudne palce wziął szczyptę soli z solniczki i chwiejnym krokiem udał się do swego stolika.

Nie musiał nas profesor dłużej namawiać.

W sklepiku na Rynku Zygmunta Augusta, obok dzisiejszego dworca autobusowego, gdzie obecnie znajduje się kwiaciarnia, kupiliśmy wszyscy „powiatowe czapeczki” dla ochrony czoła przed słońcem i rozbawieni, niby to udając rdzennych augustowiaków, udaliśmy się do baru, my warszawiacy! Świderski w pewnym momencie opuścił nas, zapowiadając, że idzie do „Jagody”, sklepu na rynku, żeby zrobić zakupy na kolację u zaprzyjaźnionej z nim, niezwykle uprzejmej ekspedientki. Mówił, że jest z nią w komitywie i czasami udaje mu się dostać coś spod lady. A te szczególne względy dla profesora stąd, że syn jej jest aktorem.

Zdarzali się jeszcze wtedy ludzie, którym ta mała ojczyzna wystarczała za cały wielki świat. Pamiętam naszą wyprawę do Bargłowa Kościelnego, do kolegi Janusza. Był bogaty, miał młyn. Duże było moje zdziwienie, gdy po pół litrze bardzo słodkiej wiśniówki z miejscowego GS-u rozwiązały nam się języki i Tadzio powiedział, że nigdy nigdzie poza Bargłów i Augustów nie wyjeżdżał. Tylko tutaj jest jego świat. Nasza rozmowa dotyczyła przyszłości Polski. I świata. W końcu stary Rulewski, ojciec Tadeusza, wyciągnął z szuflady jakieś wiekowe papiery. To był zbiór przepowiedni Sybilli. Ręcznie wielokrotnie przepisywanych, traktowanych jak najświętsze relikwie. Dyskusja tym samym była skończona, bo argumenty nie były po naszej stronie.

Któregoś dnia w domu na ulicy Kościuszki zjawił się Jan Świderski. Urządziliśmy dla niego przyjęcie w ogródku, czyli w tak zwanych „ogórkach”. Stół ustawiliśmy pomiędzy grządkami. Pamiętam – była to niezła popijawa, aż Mama przyszła interweniować. Mówiła, że za głośno, że sąsiedzi… Kiedy Jan Świderski zobaczył moją teściową, wrzasnął: „Pani Olu kochana!!!”. Okazało się, że ukochana przez niego ekspedientka to właśnie ona, Olimpia Michałowska, a ten syn aktor to Janusz, którego znał ze szkoły. Wtedy skojarzyłam opowieść Janka sprzed paru lat i… tak to wszystko się zapętliło.

Redakcja: Łukasz Drewniak

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: