AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Inne historie: Rosja (2), czyli Bułat i wieczność

 

Wiosna 1989 roku. Znów wracam pamięcią do tych beztroskich chwil na Syberii. To był maj, pachniała syberyjska kępa…

Podczas mojego pierwszego pobytu w Omsku pewnego dnia dyrektor teatru Borys Michajłowicz Niezdricz i główny reżyser Sława Kokorin zabrali mnie na daczę w Krasnojarce. Niezwykłe, jakby namalowane na krajobrazie chatki za rozwalonymi płotami i berbeluchą na drodze. W środku izby jasne, czyste, wybielone. Zrozumiałam, że u nich tak jak i u nas: im coś bliżej serca – to zadbane, bo własne. Im dalej, im bardziej wspólne, niczyje – tym bardziej szare i brudne.

Moi gospodarze wytargali z auta wiadra, koszyki, pudełka, kartony z mięsem, serem, ciastem… Było tego na cały tydzień. Postawili na stole za chatą, zapalili w „pieczce”, zwanej tu „burżujką” i zaczęliśmy zakąszać. Zobaczyłam, że z dala od miasta, wyjęci z urzędniczego kontekstu Borys, Sława i ich przyjaciele bawili się jak dzieci, serdeczni dla siebie, weseli. U nas już tak nie umiemy. Poszłam do sąsiadów, prawdziwych sybirskich „krestian”, zobaczyć, jak żyją. Starowinka w białej zawijce, jak babcia mojego Janusza, Elżbietka, od razu zaczęła częstować mnie mlekiem prosto od krowy. Na podwórku koty grzały się w słońcu na płocie. Na sztachety powtykano garnki do suszenia.

Krajobraz nad Irtyszem: same wierzby i płasko, ale dalej bezkresne gaje i bieriozki: jak słońce świeci, złotem prześwietlone i zielenią, a jak słońce zgaśnie – czarno-białe. Gdzie nie stąpniesz: czarna ziemia. I śnieg jeszcze w rowach leżał wokół rozwalonej szosy. Jechaliśmy z powrotem długo przez jakieś ogromne zakłady, chyba kauczuku. Wzdłuż drogi całe kilometry rur, baniek, konstrukcji, a wokół śmietnik. Nieskończone budowle, „rozwalucha” i pustka. Jakby ludzi nie było. Tylko dym i ogień z wysokich kominów.

I właśnie patrząc na tę ponurą industrialną dekorację zasłaniającą prawdziwy syberyjski krajobraz przypomniałam sobie te koty wygrzewające się w majowym słońcu w wiejskiej chatce postawionej obok teatralnej daczy. Koty leniwe, koty rozkoszne, koty senne, zawsze wolne od pośpiechu i złości. Czy im nigdy nie tykają „białe minuty”? Czyli takie, jakie prześladowały mnie przez całe życie. Bo „białe minuty” są wtedy, kiedy życie, czas przecieka między palcami, kiedy nic nie robię, nic się nie zdarza, nie tworzę, nie działam, niczego nie poznaję, z nikim się nie kłócę o sztukę, życie i politykę, kiedy nikogo nie kocham…

Wtedy w Omsku, w tej rosyjskiej idylli życia i teatru, byłam gotowa pierwszy raz zatopić się w nieskończonej jasności trwania, chciałam odmienić sens moich „białych minut”, być jak rosyjski kot z daczy i ze słońca i nie bać się ich, ale sycić się nimi. Może one też są ważne? Może też ich potrzebujemy? Zatopić się w jasnej, słonecznej, ciepłej bieli…

To pragnienie pojawiło się na chwilę i zaraz znikło.

Ale od tamtego czasu koty, które są wokół mnie, mają mi przypominać o tej odkrytej w Rosji na podomskiej daczy – rozkoszy.

Wszystkie koty i psy mojego życia! Rodzice chyba nigdy nie pogodzili się ze stratą naszego zwierzyńca z przedwojennego Kamienia. Kiedy wyjeżdżaliśmy z naszego majątku, bo zbliżał się front, trzeba było je wszystkie zostawić. Potem, już po wojnie w naszym domu w Szczecinie nie było już żadnych zwierzaków… Ale odkąd tylko poszłam na swoje, zawsze byłam nimi otoczona: Miczina, Petronelka, Kajko… Kochałam je, przyjaźniłam się z nimi, jakby były czymś więcej niż naszymi domownikami.
 
Nasz aktualny kot nazywa się Bułat III. Dlaczego trzeci? Bo i sybirak, i norweski leśny, i te, które były u nas przed nim i z urody maincoonowate, nazywały się Bułatami. Pierwszy dostał imię po Bułacie Okudżawie, bo pojawił się u nas w domu mniej więcej w okolicy daty śmierci wielkiego rosyjskiego barda. Kajko już nie żył, nie było w domu żadnego zwierzaka. Rozmawialiśmy z Januszem o kocie. Zadzwoniliśmy do Tadeusza Konwickiego, wielkiego znawcy tych upartych stworzeń. Poradził, żeby wziąć sybiraka. Przekonał nas i któregoś dnia pojechaliśmy po takiego maleńkiego kotka na Pragę. To był nasz pierwszy Bułat.

Okudżawa, jak śpiewał te swoje rozdzierające serce pieśni, też był cały taki koci, mrużył oczy dokładnie jak nasz Sybirak, kiedy było mu dobrze, kiedy nas uwodził. Potem były następne Bułaty, drugi i trzeci. Ten ostatni to już prawdziwy maine coon.

Dusza u naszych kotów jest przechodnią formą istnienia. Wierzę, że wędruje od kota do kota. Nasz Bułat jako trzeci tego imienia ma niezwykłą, bo potrójną osobowość. Zdaje się pamiętać doświadczenia swoich poprzedników. I jakoś tak się dziwnie dzieje, że odziedziczył po nich same dobre cechy. Jest niezwykle inteligentny, przytulasty i śpiący. Jeśli zawoła się pieszczotliwym głosem: „Bułat, Bułcia, Bułeczka, chodź tu, maleńki!”, po chwili przychodzi wielki, rozczochrany, trzynastokilowy kot z wielkim obwisłym brzuchem i przytula się jak koci ogryzek, jakby go prawie nie było, taki jest maleńki… Bułat ma dwa futra, letnie i zimowe. Przejściowe, jesienne, też zresztą ma. To kosztuje nas sto złotych. Na Mokotowie jest taka pani doktor, która prowadzi „secesyjny” gabinet strzyżenia i tam przerabia się kocie futra z zimowych na letnie. Zimowe zostawia u niej w postaci stosu sierści, a może włosów (licho wie, jak Bułat chciałby, żeby nazywano jego futro-fryzurę), a letnie piękne, szare, delikatne, takie jakieś aksamitne bierze Bułat ze sobą i chodzi w nim aż do późnej jesieni. Futro z czasem staje się coraz dłuższe, jakby w zależności od temperatury na dworze.

W lecie wyjeżdżamy z Bułatem do Augustowa. Mieszka tam z nami na parterze, w zielonym pokoju, dawnej pracowni szewskiej dziadka Janusza. Po południu drzemie wtulony w Michałowskiego, wieczorem we mnie. Bułat zastępuje nam dziecko, którego nie mamy. I w ten sposób można wszystko wytłumaczyć. I naszą nadmierną troskliwość i czułość wobec niego.

Bułat jest największy ze wszystkich naszych kotów. Ale nie jest sam. Ma dwie przyszywane siostry. Najmłodsza z całej trójki to Obama, najstarsza – Skarpeta. Bułat nie jest już do końca mężczyzną, one obie też już nie bardzo kobiety, ale dziewczyńskiego wdzięku mają wystarczająco dużo. Nauczył się żyć z nimi, tak jak i zaakceptował, a może nawet pokochał nas. Jest w swoich uczuciach sprawiedliwy, więc bardzo kocha też Nastusię, która, co tu ukrywać, jest prawowitą właścicielką obu kocich dziewczynek, a że mieszka razem z nami na Piwnej, tyle że na piętrze, więc Obama i Skarpeta śpią u niej. Bułatowi nie robi to różnicy, bo traktuje Nastusię jako drugą po mnie „mamę”. Szczęśliwy musi być kot o dwóch matkach… Trochę to wszystko „patchworkowe”, skomplikowane, ale dla naszych kotów okazuje się proste.

Ucieszyłam się, kiedy w Babie Chanel Nikołaja Kolady, którą reżyserowałam parę lat temu u Krysi Jandy w Teatrze Polonia, znalazłam fragment o kotach. W moim spektaklu w Teatrze Polonia był jednym z dwóch momentów, w które w pewnym sensie wpisałam siebie, jakąś część swoich emocji. Posłuchajcie:

NINA: Wczoraj pochowałam moją kotkę.
TAMARA: Co?
NINA: Kotkę. Nazywała się Bidula. Przygarnęłam ją kiedyś. Miała 14 lat. Zawiozłam ją na działkę za miasto, pochowałam tam, pod brzózką. Siadłam potem w domu, zasłony zasunięte, ciemno, cicho. Siedziałam z pół godziny, milczałam. I myślałam: wiem, jaki będzie mój wieczny sen, mój wiekuisty raj. Tam, na tamtym świecie, kiedy umrę, będę żyć w tym moim wiejskim domku. Zawsze będzie lato. Wszystkie koty, które w życiu były ze mną, będą ze mną też tam. Bidula też będzie. Będziemy siedzieć na podwórku, chodzić po ogródku, wieczorem wszystkie położą się wokół mnie i uśniemy. Myślałam, czy nie umieścić w tym raju ludzi, ale zdecydowałam – że nikogo tam nie będzie. Nie chcę z nikim rozmawiać, tylko z kotami. Tylko ja i koty, więcej nikogo nie trzeba.

Koty wiedzą, jak powinno wyglądać dobre życie i co to wieczność. Żyją i kochają tak, jakby tam już kiedyś, w tej wieczności, były. Nie wierzę w tamten świat, Bóg, z którym wiele lat się spierałam, szukałam go, żyje u mnie tylko w języku (ileż ja razy użyłam w tych moich wspomnieniach – w Dziewczynie z Kamienia i teraz w Innych historiach – tego zwrotu: „Dzięki Bogu”?!). Ale ta wizja kociej wieczności bardzo, ale to bardzo mi odpowiada.

Do bezkresnej Rosji, którą poznałam, i do wszystkich kotów, które znam i kocham, bardzo pasuje to słowo: wieczność.

Ciąg dalszy nastąpi…

Redakcja: Łukasz Drewniak

16-09-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany JKZ
    JKZ 2015-09-16   21:34:37
    Cytuj

    Nie da się tego inaczej nazwać, jak KRADZIEŻ! Ty trollu bez gustu i szkoły, złodzieju bez sumienia. Sam swoje inicjały wymyśl, ale nie podszywasz się pod cudzą karierę. Jakbyś reżyserował w Amsterdamie i Wilnie, to miałbyś prawo do bycia cząstką mnie. Naucz się wpierw pisać dobrze tzn. wnikliwie, nie powierzchownie, b e z e f e k c i a r s t w a !

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-09-16   19:57:58
    Cytuj

    Dlaczego ten portal pisze o kocie Izabelli Cywińskiej, a nie pisze o moim kocie, które nie mam, o którego przecież mógłbym mieć? Bo ja mogę wszystko. To znaczy mógłbym, GDYBY NIE ludzka zawiść!