AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kartagina

Fot. Karol Budrewicz  

„Akces” (pismo NZS UWr), nr 2, wiosna 1988, Wrocław

Przestrzeń sali podzielona skośnie ustawioną Ścianą. Trwałość i siłę grubej, ciężkiej i agresywnej linii wydobywa słabe, zimne światło. W zupełnej ciszy pojawia się kilku ludzi. Nerwowy szept. Nie można rozróżnić słów, ale w zduszonych głosach, w skulonych ciałach, w gwałtownych, lecz małych ruchach wyraźnie widać tajone, pulsujące zniecierpliwienie. Nieuchronnie zbliżają się do Ściany. Ściana to granica, do której można dojść w fizycznej i psychicznej pokorze. W zderzeniu z nią musi nastąpić wybuch.

Ludzie zderzają się z trwałą pochyłością Ściany. Pękają kokony skulenia, wypływają ukryte pragnienia, ambicje, leki, cierpienia. Bunt. Walczą wszyscy, także ci, którzy dopiero teraz weszli na scenę. Ściana nie ustępuje. Osuwa się tylko w dół, odbierając buntownikom przestrzeń, powietrze.

I widać już bezskuteczność, beznadziejność, przegraną. Niektórzy jeszcze próbują, nie rezygnują, inni przystosowują swoje ciała do pochyłości Ściany. Gasną światła.

Ożywa druga strona podzielonej przestrzeni. Dynamiczna muzyka Brygady Kryzys. I oto Ściana staje się „górą karier”. Z głośników płyną życiorysy Polaków: ten zaczął podle, potem przeżył katharsis; tamten najpierw walczył, później stracił twarz. Wszystkie kombinacje nonkonformizmu z oportunizmem. Ktoś na „górze karier” ustawia tabliczki z numerami i po chwili wnosi nowe, zmienia położenie poprzednich. Ciągły ruch, w górę i w dół. Numery spadają, inne trzymają się mocno śliskiego stoku góry.

A oto ci, którym się wiedzie. Wychodzą w błyszczących marynarkach, bogatych toaletach. To ci, których Ściana pieści, karci i znów pieści.

Ale co z tymi upokorzonymi i przegranymi?

Ściana zmienia położenie. Teraz to zimny, czysty mur. Kobieta o charakterystycznych, ostrych rysach twarzy, w brudnym ortalionowym płaszczu. Nasłuchuje. Stukot, odgłosy za muru. Muru więziennego? Może wszystko wokół wydaje się jej wielkim, paranoicznym więzieniem? Kobieta kreśli na białej płaszczyźnie jakieś słowo, ale natychmiast je zamazuje. Pisze kolejne i znowu zamazuje. Potem już mechanicznie powtarza te same czynności. Kolejne zamazane słowa w jakiś sposób potęgują tragizm. Czy jej działanie jest zaklinaniem strachu i bólu? Zaklinaniem czyjejś obecności, tam, z drugiej strony?

Lecz upadająca nagle Ściana odziera myśl ze złudzeń.

Mężczyzna leżący wśród traw określa wszystkie swoje aktywne, pasywne i neutralne miejsca. Ta aseptyczna, beznamiętna akupunktura, usypiająca samokontrola, to obraz współczesnego poddaństwa.

Teraz nadszedł czas nowomowy, nowej kultury, kultury komiksu. Czerwień, biel, czerń, płaskie papierowe informacje, kolejne informacje, wodospad informacji, czerwono-czarno-biała papka. I już tylko obrazkowe hasła: koło, meczet, rewolucja,ryba, karabin, wolność, dolar, nieustanna wirówka, coraz szybciej, coraz częściej.

Zagłada. Nie fizyczna, ale psychiczna. Ściana zwisa w próżni, na niej ludzie i dopalająca się współczesna Kartagina. Nie ma tu gruzów świetnych budowli, nie ma okruchów arcydzieł. Jest tylko dopalający się papier – komiks, szablon, schemat.

Kartagina została zniszczona. Nawet kamień nie pozostał po wielkim mieście. „To miała być nauka” – mówi jeden aktorów, kończąc tym zdaniem sceniczne studium, studium kryzysu wartości, kryzysu świadomości, Kartaginę Akademii Ruchu.

***

Napisałem tę recenzję za namową kolegów z Niezależnego Zrzeszenia Studentów wrocławskiego uniwersytetu. Po Kartaginie przez kilka dni mówiłem tylko o tym spektaklu. Kartagina wydała mi się wtedy opowieścią o tym, jacy jesteśmy i gdzie jesteśmy. Zarazem w jakiś bolesny sposób dyskutowała z naszymi marzeniami.

W pudełku, w którym przechowuję pracę magisterską, indeks, dyplom uniwersytecki i ocenzurowany scenariusz mojego pierwszego własnego spektaklu jest jeszcze odbity na powielaczu numer „Akcesu” z tą moją recenzją. Tylko to ocalało z czyszczenia śladów po latach 80. Potem zaczęło się życie, które z tamtą dekadą upodlenia nie chciało mieć nic wspólnego.

Kartagina była z innego świata. Forma tego spektaklu, sposób narracji i brutalność intelektualnego przekazu były porażające. To był „polski” spektakl, ale zrobiony tak, jakby jego twórcy nie byli w tę „polskość” uwikłani.

Przez lata, przy rozmaitych okazjach, wspominałem Kartaginę. Każdy z nas ma kilka takich przedstawień, które uwiodły, które zostają w pamięci na zawsze, które odciskają piętno, w pewnym sensie wyznaczają kierunek.

Kiedy w sobotnie popołudnie przeczytałem wiadomość o śmierci pana Wojciecha Krukowskiego, wyjąłem z pudełka odbity na powielaczu, pożółkły numer „Akcesu”. I po raz kolejny poczułem tamte emocje, to swoiste uniesienie, które łączyło w sobie ból refleksji i zachwyt spektaklem. Znowu byłem tym młodym chłopakiem, który miał szczęście zobaczyć Kartaginę Akademii Ruchu.

24-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: