AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kochana Gdyńska Nagrodo Dramaturgiczna!

 

Od lat nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak się bronisz przed nadsyłaniem sztuk na konkurs według prostej zasady: „z godłem”. Naprawdę wierzysz w całkowity obiektywizm osób czytających?

Ile wspaniałych nazwisk pojawiło się na rynku dramatopisarzy dzięki organizowanym wspólnie przez Polskie Radio i ZAiKS konkursom na słuchowisko?

Ile nowych osób objawiło się wśród autorów sztuk dla dzieci na konkursach organizowanych przez Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu?

Te konkursy są „z godłem”.

Oczywiście czasem jurorzy domyślają się, kto napisał dany utwór. Jednak domyślać się to coś zupełnie innego niż wiedzieć.

Dawno, dawno temu, kiedy do konkursów otwartych lub zamkniętych (ale zawsze z godłem!) startowali Tadeusz Słobodzianek, Janusz Głowacki, Wojciech Młynarski, Ernest Bryl, Stanisław Grochowiak, nikt jakoś nie odrzucał tego prostego pomysłu wypracowanego na początku zeszłego stulecia.

Dykcja poetycka każdego z tych autorów jest radykalnie odmienna, ale na przykład o Chłopców można było podejrzewać Andrzeja Mularczyka, a Mrożka pomylić z Henrykiem Bardijewskim. Nie było pewności. 

Czytałem list Michała Bałuckiego (z lat końcowych dziewiętnastego wieku) wściekłego na to, że mu przyznano trzecią, a nie pierwszą nagrodę, a wyższe pozycje zajęły sztuki „nie do wystawienia”, historyczne, z ogromną ilością postaci, bo już wtedy drogi teatru i literatury mocno się rozchodziły, a jury tamtego konkursu „filologi obsiadły” i „na co to komu”. Tym niemniej konkurs był z godłami.

Nie twierdzę, że konkurs z godłem będzie w pełni sprawiedliwy, ale wierzę, że sprawiedliwszy.

Stałaś się, Droga Nagrodo, ważna, twoje wybory zachęcają ludzi teatru do czytania wyróżnianych tekstów i myślę, że najwyższa pora powrócić do tego systemu.

A jeśli odrzucisz tę propozycję i oświadczysz, że Ty i tak zawsze rozpoznasz, kto stoi za napisanym tekstem, to powiem Ci, że wszyscy jurorzy dali ongi drugą nagrodę mojej Krainie kłamczuchów, bo byli przekonani, że to napisała „jakaś pani”.

Przyznali się na wręczeniu nagród.

Pierwszą nagrodę dostał Tadeusz Słobodzianek, ponieważ mu się należała. Sztuka była bardzo, bardzo dobra, a Tadeusza nie wszyscy wtedy w jury bardzo, bardzo kochali.

Gdyby wiedzieli, że to on – mogli się nie wznieść ponad swoje emocje i uprzedzenia.

A zatem niby dlaczego się upierać?

Przykład z innej beczki: zawrotna kariera Krzysztofa Pendereckiego zaczęła się od tego, że jego dwie partytury nadesłane na konkurs królowej holenderskiej zajęły pierwsze i drugie miejsce!

W sytuacji, gdy jurorzy znają nazwisko autora, praktycznie jest to niemożliwe.

Namawiam więc Cię, Nagrodo, abyś się zastanowiła i zmieniła tę jedną, ale jakże ważną zasadę.

Może nie warto używać wielkiego słowa „będzie moralniej”, ale „przyzwoiciej” już chyba pasuje.

Oczywiście jurorom nie będzie lekko, ale anonimowość decyzji zdejmie też z nich potem ciężar – żaden kolega lub koleżanka nie będą mieli prawa im powiedzieć: „No co, kochana, przecież wiedziałaś, że to ja, i nic?”.

A namawiam Cię do tego rozwiązania tym szczerzej, iż mam pewność, że tak czy inaczej do konkursu nie stanę.

Chyba, że mi się napisze coś zmyłkowego…

25-10-2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Grzegorz Walczak
    Grzegorz Walczak 2019-11-27   02:37:57
    Cytuj

    Absolutnie zgadzam się z panem Maciejem, który argumenty swoje wyłożył prosto a przekonująco. Autorzy mniej popularni lub genialnie początkujący nie mieliby zbytnich szans w zestawianiu ze "znaczącymi nazwiskami". I nie ma co udawać, że u nas zawsze wygrywa sztuka, a nie nazwiska sztukmistrzów. Wiedza (o czymś, o kimś) jest często zbyt obciążająca. Autorytety są potrzebne, ale nie przy ważeniu wartości sztuk, między którymi zaplątało się Nazwisko potężne obok nazwiska skromnego, Nazwisko z zasady mające rację, obok nazwiska, które bezwzględnie racji mieć nie może, bo jest z przeciwnej opcji, nazwisko Patrioty wobec moralnie ułomnego. A w sztuce to tak prosto nie idzie. Czasem potwory miały lepsze pióro lub inne narzędzie artyzmu od swoich godnych wychowawców. A konkurs to nie cenzurka z dobrego zachowania tylko z umiejętności stylu, z rozpędu, z oryginalnej wolnej myśli, z chaosu w dyscyplinie formy. Do tego potrzebne są sądy niezależne, niezależne również od uznanej hierarchii nazwisk. Zatem "z godłem"! Oczywiście są to rozważania ogólnej natury, które nie odnoszą się szczególnie do Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej.

  • Użytkownik niezalogowany x y z
    x y z 2019-11-03   10:36:30
    Cytuj

    Myślę, że godło jest tarczą, która chroni tekst przed wszystkim, co niepotrzebne. Zmiana regulaminu nagrody na obecną wersję jest dobrem mniejszym, niż to, które wraz ze zmianą zniknęło. Właśnie najuczciwszy juror, mając świadomość nieuniknionego wpływu wiedzy/ braku wiedzy o autorze, domagać się będzie nadsyłania prac z godłem.

  • Użytkownik niezalogowany Maciej Wojtyszko
    Maciej Wojtyszko 2019-11-01   00:10:59
    Cytuj

    Szanowny Redaktorze, nie przekonuje mnie ta argumentacja,bo są inne nagrody np. na wystawienie polskiej sztuki współczesnej, które tym którzy są wystawiani powinny wystarczać. Zmiana regulaminu jest jak sądzę pomyłką, która odbiera wiarygodność ocenom i psuje krew ocenianym. Cóż, jak to pisał Fredro: "alboż to jedno zło na tym świecie?" Skoro w tej sprawie tylko Pan i ja mamy odmienne zdania , a nikt inny ani nas nie potępia , ani nie atakuje to pewnie problem jest marginalny. Pozdrawiam Maciej Wojtyszko

  • Użytkownik niezalogowany Jacek Sieradzki
    Jacek Sieradzki 2019-10-30   23:05:25
    Cytuj

    Czcigodny Autorze! Jako urzędowy (z ramienia Festiwalu R@Port) opiekun Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej czuję się w obowiązku podać parę wyjaśnień w sprawie rezygnacji z regulaminowego obowiązku nadsyłania sztuk na konkurs GND „pod godłem”, czyli bez ujawniania nazwiska autora. Na samym początku godła obowiązywały. Rezygnacja z nich nastąpiła po paru latach funkcjonowania Nagrody i była pochodną innej, fundamentalnej decyzji. Zniesiono regulaminowy wymóg, żeby nadesłane sztuki nie były wcześniej publikowane lub grane. Dlaczego tak się stało? Dlatego, że organizatorzy i członkowie Kapituły Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej chcieli mieć jak najpełniejszą reprezentację twórczości dramatopisarskiej powstałej w danym roku. Nie chcieli dopuścić sytuacji, w której utwory wystawione, czyli chętnie „kupione” przez teatry, będą tym samym automatycznie eliminowane z konkursu, a autorzy staną przed alternatywą: dać tekst w próby (a cóż ważniejszego dla dramatopisarza?) czy trzymać go w szufladzie w tajemnicy aż do rozstrzygnięcia GND. Oczywiście nie było sensu utrzymywania obowiązku anonimowości w sytuacji, gdy niektóre zgłoszenia były i tak znane z afisza, czy z druku. Czy ta decyzja była korzystna? Tylko w dwóch przypadkach Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna przypadła tekstom mającym już na koncie próbę sceny. W innych przypadkach nagradzano dramaty przed ich premierami, albo takie, które później – ku rozgoryczeniu jurorów – na scenę nie trafiły w ogóle. Laureatami zostawali zarówno uznani autorzy, jak i pisarze całkowicie nieznani, jeszcze przed debiutem, tacy, których droga przez teatr dopiero się zaczynała. Rzecz jasna, z każdym werdyktem można się nie zgadzać, czasem sami jurorzy czują niepokój, czy nie popełnili błędu. To oczywiste. Niemniej nie wydaje mi się, aby zestaw dwanaściorga dotychczasowych triumfatorów GND, autorów skrajnie różniących się stylem, estetyką, dorobkiem, pozwalał formułować zarzut, że Kapituła nagradza po nazwiskach, a dopiero utajnienie tych nazwisk miałoby być kwestią „przyzwoitości”. Sądzę raczej, że obie formuły, i ta z godłem, i ta pozwalająca nie ukrywać autorstwa, mają swoje plusy i minusy, o których można dyskutować. Kłaniam się nisko. Jacek Sieradzki