AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Lech

fot. Pola Amber/ Teatr Chorea  

Dużo się pisze o Lechu Raczaku, dużo też mówi, dużo więcej, niż kiedy żył. On chyba lubił te swoje boczne ścieżki i ostrą amunicję. Nie bywał i się nie dogadywał. Gdy widział małość ludzkich spraw, nie chciał w nich uczestniczyć, nie wchodził w kompromisy. Jak stary wilk szukał swoich nowych tropów. Ósemki nazywano kiedyś Rolling Stonesami polskiego teatru alternatywnego. Jeżeli tak, to Mickiem Jaggerem był Raczak – nie jako frontman, ale ten, który zbierał energię i nadawał kierunek. Z gęby też zresztą trochę był jak Jagger.

Rach-ciach i Lechu w piach.

Nie mam tylu wspomnień i tylu przygód z Raczakiem, co koledzy piszący o nim na tym i innych portalach. I dlatego będę pisał nie wspominki, ale wypominki (dla nas). I w dodatku nie będzie to o jego teatrze, ale o nim, mimo że go tak naprawdę dobrze nie znałem.

Dlaczego nie o jego teatrze tylko o nim? Bo Lech Raczak, gdy się z nim gadało, nigdy nie mówił o sobie, tylko o teatrze, który robi lub miał zamiar robić. Więc ja tutaj na odwrót: o nim, a nie o teatrze. Raczak należał do nielicznych artystów na tej ziemi, którzy prawie nigdy nie mówili o sobie, ale o tym, co chcą zrobić lub aktualnie robią. Mam wyjątkową alergię na tych, którzy zaczynają każde zdanie od „ja”, którzy każą się dopieszczać, litować, zachwycać sobą, którzy muszą być lepsi i ważniejsi od innych i nie mogą długo wytrzymać jakiejkolwiek rozmowy, w której tematem nie stają się oni sami.

Dlatego po moim ostatnim spotkaniu z Raczakiem w Legnicy po premierze spektaklu Pawła Passiniego, gdy siedzieliśmy na piwie i On charczący przez chorą krtań, wykłócał się z Jackiem Głombem o jakieś detale w sprawie wznowienia swojego Czasu terroru, zastanawiałem się, jak on to robi? Nie odpuszcza, chce robić, ma w dupie przeciwności zewnętrzne i dodatkowo nie terroryzuje nikogo własną chorobą ani własną osobowością. Zastanawiałem się, czy on tak miał zawsze, czy to wypracował?  

Rach-ciach i Lechu w piach.

Na cmentarzu w jaskrawym, pierwszym od wielu dni słońcu stała piękna urna. Wielki Lech w małej urnie, to jakiś absurd. Cmentarz był pełen ludzi, szkoda, że większość po pięćdziesiątce. Jacek Hałas ze swoją lirą korbową, ze swoim dziadowskim zaśpiewem o kłótni duszy z ciałem dał mi po wszystkich kręgach. Ale nie, że łzy, tylko że nagle wszystko się zgadzało: ta pieśń dziadowska z tą urną na jakimś absurdalnym srebrnym stelażu, rudowłosa skrzypaczka, jakieś plątaniny kabli, piękna żona Lecha z wtuloną w nią córką i dziesiątki zamyślonych ludzi, z których ponad połowa na pewno w tym momencie próbowała przypomnieć sobie swoje spotkania z Lechem. A niektórzy szukali go wzrokiem pośród obecnych, bo przecież był zawsze, więc i teraz pewnie gdzieś tu stoi...

A potem na stypie sam go odruchowo wypatrywałem między jednym winem a drugim. Stwierdzenie, że się czuło, że on tam jest z nami, byłoby grafomańskim sentymentalnym wzdychaniem. A jednak kilka razy przyszło mi do głowy, że już tu powinien być i że najwyraźniej się spóźnia.

Wyjeżdżając z Poznania, miałem poczucie jasności, gorąca. Ludzie gadali ze sobą żywo i namiętnie, jak po jakiejś premierze. Może to przez odczytanie życiorysu osiemnastoletniego Lecha Raczaka, złożonego razem z innymi papierami na studia – naiwnego i pełnego żaru, kryjącego się za formalnym językiem. Tak jakby wszystko zaraz miało zacząć się od nowa, jeszcze raz. A może to tylko mi było tak jasno? Może mu po koleżeńsku zazdrościłem?

Rach-ciach i Lechu w piach.

Miało nie być o Jego teatrze, ale jednak wspomnę. Na początku miałem problem z teatrem Lecha po Ósemkach. Zadawałem sobie pytanie: czy jego nowi aktorzy grają z siebie, o sobie, czy przeciwnie – są na scenie kimś innym? Podejrzenie, że nie grają z siebie i o sobie, mocno mi przeszkadzało. Aż do momentu, kiedy zrozumiałem, że nie o to chodzi w sztuce. Założenie czy oczekiwanie robienia sztuki o sobie i z siebie daje w którymś momencie powtarzalność, rutynę i w końcu jałowość. Jest coś, czego należy szukać w sobie, ale w odniesieniu do innych wielkich tematów. Większych niż ja sam. Trzeba szukać, zmieniając kierunek, pytanie, relację, kontekst, tekst i temat. Ciągle zmieniać i ciągle szukać tego samego podstawowego sensu. Lech Raczak potrafił to robić.

Życzę nam wszystkim, Panie Artystki i Panowie Artyści, być jak Lech Raczak. I wtedy nieważne popiół czy piach, i tak będą o was pamiętać.

17-02-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2020-02-20   16:43:51
    Cytuj

    osobnyteatrosobny.blogspot.com

  • Użytkownik niezalogowany Ira
    Ira 2020-02-18   18:45:02
    Cytuj

    Katarzyna Klebba i Daria Anfelli. /rudowłosa skrzypaczka, żona Lecha/

  • Użytkownik niezalogowany Krzysztof Sielicki
    Krzysztof Sielicki 2020-02-17   22:10:09
    Cytuj

    Dziękuję Ci Tomku za to opisanie postaci Lecha Raczaka. Inaczej - a mocniej