AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nabzdyczenie

 

W znakomitej książce  Jacka Wasilewskiego Opowieści o Polsce. Retoryka narracji autor niezwykle ciekawie opisuje i wyjaśnia mechanizmy rodzenia się narracji tworzących tkankę naszej historii, narracji zazwyczaj bardzo odległych od suchych faktów, czyli tzw. rzeczywistości. (Na wszelki wypadek piszę „tzw.”, bo przecie żadnej rzeczywistości nie ma, nie było i nie będzie przynajmniej do czasu, kiedy się nie ogłosi w miarodajnych periodykach humanistycznych, że takowa się odnalazła).

Autor odsłania w swojej książce kulisy rodzenia się rozmaitych dawnych i nowych polskich mitów. Odsłania je, zmierzając do obiektywizmu, więc czeka go zapewne albo całkowite przemilczenie albo furia tych wszystkich, którym metanarracja Wasilewskiego nie będzie pasowała do ich narracji.

Czytając tę fascynująca książkę, ciągle wracałem myślą do teatralnych oraz literackich legend i mitów, często bardzo ale to bardzo odległych od faktów, na bazie których powstały.

Jak rodzi się mit?

Najbardziej skomplikowane emocje budził we mnie Grotowski. Ze spektaklu Książę Niezłomny wyszedłem zażenowany. Młody byłem, eksperymentu niezwyczajny, a tu Cieślak pruł się do ostateczności, prawie na mnie napluł, nieśmiertelnej poezji używał mało elegancko, sapał i się pocił. Nie tylko we mnie, ale i wśród innych widzów wielkiego entuzjazmu wówczas nie wzbudził. Późniejsze lektury tekstów Grotowskiego też do mnie jakoś nie przemawiały, słuszne zapewne, ale i odrobinę dogmatyczne, wobec wielkiej literatury jakby trochę pogardliwe. Nie moja bajka.

A w dwadzieścia lat później w mieście Nowosybirsk wstał na widowni pewien młodzieniec i zadał mi pytanie: jak to się stało (moim zdaniem), że polski teatr tak twórczo i genialnie dzięki Grotowskiemu rozwija myśl Stanisławskiego, a w Związku Radzieckim ta myśl murszeje. W odpowiedzi bredziłem. Z patriotycznego obowiązku obłudnie mówiłem o „przekraczaniu granic w sobie”, o tym, że my Polacy zawsze traktujemy sztukę jako  próbę odsłonięcia wielkich pytań metafizycznych, więc pewnie dlatego jesteśmy tacy wspaniali. Byłem bratem, popularyzatorem i wyznawcą Grotowskiego.

Zaraz potem było mi wstyd, ale Jerzy Hoffman, któremu wtedy towarzyszyłem, uspokajał: Europę im trzeba pokazać, możliwość buntu przeciw temu, co jest, a to, że Grotowski jest wielki, to oni i tak tylko z książek będą wiedzieć. W każdym razie tam, w Nowosybirsku w roku 1986, nie odważyłem się powiedzieć publicznie jak Wałkiewicz w Ferdydurke, że mnie myśl i dzieło Grotowskiego nie przewierca. Kłamałem. Kłamałem sam zadziwiony swoją gotowością do kłamstwa. I wspomagałem rośnięcie mitu, którego w innych warunkach raczej bym nie wspomagał.

I tu się pojawia problem tytułowego nabzdyczenia.

Dziwne słowo. Niby oznacza gniew, ale i jest w nim jakaś lękliwość o utratę godności, jakieś przekonanie, że „my nie gorsi”, że obraza, nadęcie jest właściwą reakcją na wyrządzoną nam krzywdę. Nabzdycza się ktoś, komu sytuacja, w jakiej się znalazł, nie bardzo pasuje, a innego wyjścia niż nabzdyczenie znaleźć nie potrafi. Uważny czytelnik zapewne już się zorientował, do czego zmierzam. Nabzdyczenie jako jedno z istotnych źródeł mitu. 

My plemiona tak mamy. Wy nas wprawdzie macie w garści i wykorzystujecie jak chcecie, ale za to na naszej Jasnej Górze jest obraz, który powstał na blacie stołu zrobionego przez świętego Józefa, a malował go sam święty Łukasz. A nasz Grotowski to waszego Stanisławskiego tak rozwinął, że możecie się schować.

Głupio jakoś.

30-12-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: