AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nasennik teatralny: Nie trzeba powtarzać

Dziennikarz „Polityki” i „Studia Opinii”.
A A A
Nina Andrycz w roli Marii Stuart w Teatrze Polskim, 1958 r.  

Nina Andrycz zabrała ze sobą teatr, do którego od półwiecza nikt już nie chodził. Nie było spektakli ogromnych Leona Schillera, przedwojennego bogacza, który jako człowiek lewicy był po wojnie za mało lewicowy dla stalinistów, dlatego wyrzucili go ze stanowiska dyrektora Teatru Polskiego, w którym zawsze, jeszcze za Szyfmana, grała Nina Andrycz.

Schiller, który w swoim luksusowym mieszkaniu gościł redakcję „Miesięcznika Literackiego” Aleksandra Wata, przyjmował bezpartyjnego Broniewskiego, grał na fortepianie Pastorałkę, przyszedł któregoś dnia do gmachu na Karasia, a tam cieć w drzwiach zapytał „Wy do kogo?”. Schiller powiedział: „Znacjonalizowaliśmy przemysł, to co z niego zostało. Przeprowadziliśmy reformę rolną, a teraz doszliśmy do wniosku, że ja się nie nadaję na dyrektora teatru!”.

Nina Andrycz mówiła o nim bez ubocznych myśli, że to artysta i reformator na skalę światową. Nie musiała zabiegać o względy twórcy słynnych Dziadów, bo była już żoną prezesa Rady Ministrów, Józefa Cyrankiewicza. Odtwarzając nagrania archiwalne prezenter Programu Drugiego Polskiego Radia wysyczał, że była żoną komunistycznego premiera PRL. Otóż Józef Cyrankiewicz nie był komunistycznym premierem, a socjalistycznym z nadania swojej partii szefem rządu. Poza nim członkami PPS byli także długie lata ministrowie kultury i sztuki. Ponadto komunizmu w PRL nie było, proszę księży, był natomiast stalinizm, a to jest a different story altogether. W kraju, w którym działa Kościół potężniejszy niż dziś oraz w którym osiemdziesiąt procent ziemi należy do chłopów jako ich własność prywatna, system różni się, także nazwą, od czechosłowackiego, rumuńskiego i bułgarskiego, nie mówiąc już o NRD i ZSSR.

Uczył Ninę Andrycz wielki Zelwer, Aleksander Zelwerowicz, który jeździł po świecie i podpatrywał metody stosowane od studia Lee Strasberga po szkoły Stanisławskiego. Aleksander Węgierko przekazał jej taką wiedzę, jaką przekazywali studentom PWST im. Zelwerowicza profesorowie Jana Kreczmara: aktora poznaje się po tym, jak wchodzi na scenę, jak z niej schodzi i jak słucha partnerów. Nauczył jej jeszcze pauzy. Tej chwili ciszy na scenie, która znaczy więcej od grzmotu i trzęsienia ziemi.

Nina Andrycz przez pół wieku, drugą część swego życia, była na scenie nieobecna. Ale ciągle pozostawała gwiazdą najpierwszej wielkości, co jest sztuką niewiarygodną w teatrze okresu filmu i telewizji. Dziś wystarczy, że wyjeżdżasz na weekend i nie masz już do czego wracać. Nina Andrycz wyjechała na pięćdziesiąt lat, a mimo to istniała ciągle w pamięci ludzi teatru – a także widzów, czyli jeszcze ważniejszych ludzi teatru. 

W tekście własnym Nina Andrycz wyraziła myśl godną pisarki na miarę Marii Dąbrowskiej: jedyne, co człowiek posiada na własność i będzie miał zawsze – to życiorys.Potrafiła mówić własnym tekstem. Jest to w teatrze rzadkość niespotykana. Aktor mający coś do powiedzenia od siebie, co nie jest wyuczonym cytatem, przestał istnieć, jak teatr Niny Andrycz. Jeszcze jej młodsi koledzy, Leszek Herdegen i Tadeusz Łomnicki, pisali i wydawali wiersze, podobnie zresztą jak ona sama. (Wysłał ją do „Czytelnika” z rękopisami Jarosław Iwaszkiewicz). Zaczęła je pisać w czasach zajęć z Fredry, którego nienawidziła. Jeszcze jej rówieśnik, David Niven, potrafił napisać subtelną prozę. Jeszcze wielkim poetą był Włodzimierz Wysocki, który Hamleta grał tuż przed śmiercią na scenie warszawskiej Romy w inscenizacji Teatru Na Tagance. Wspaniale brzmią Pamiętniki Ludwika Solskiego. Dziś jednak książek aktorów lepiej do ręki nie brać.

Dykcja była w szkole Zelwera przedmiotem uniwersyteckim. Nina Andrycz wymawiała „ł” przedniojęzykowo-zębowe jak ludzie ze Wschodu, lecz przede wszystkim jak ludzie teatru. Dziś może przesadna artykulacja budziłaby zdziwienie, gdyby gdziekolwiek przetrwała. Niestety – dykcja przestała istnieć nie tylko na scenie, ale przede wszystkim w filmie. Jeśli oglądamy jakiś obraz z tekstem mówionym, którego nie można zrozumieć, bo go w części nie słychać, możemy mieć pewność, że oglądamy film polski.

W tekście własnym Nina Andrycz wyraziła myśl godną pisarki na miarę Marii Dąbrowskiej: jedyne, co człowiek posiada na własność i będzie miał zawsze – to życiorys. Ona sama straciła majątek na Wschodzie i dom, ale – podobnie jak Wańkowicz w podobnych okolicznościach – nie straciła rozumu. Podczas wojny przepadło jej mieszkanie i oszczędności z honorariów wypłacanych – przecież nie lekką ręką – przez dyrektora Szyfmana. Owszem, odkuła się przy Cyrankiewiczu. Miała nawet futro od Stalina, które wyliniało, bo go nie znosiła. Ale też bała się udzielać co odważniejszych wywiadów, bo „Józef spowoduje, że ograniczą mi dostawy wędlin”.   

Mediów nie rozumiała. Przygotowywała się do każdego wywiadu ze starannością aktorki, która dostała pierwszoplanową rolę. Ona wywiadu uczyła się na pamięć i występowała z jego tekstem, jak gdyby na scenie.

Boguś Kaczyński, niezrównany gawędziarz i facecjonista, opowiadał na posiedzeniu kapituły Wiktorów kilka miesięcy przed śmiercią artystki, że zachowuje ona nadzwyczajną przejrzystość umysłu i świetną formę. „Złożyłem jej wizytę – i od progu komplementuję wygląd. Rzeczywiście – figurę miała dziewczęcą, poruszała się z gracją. Mówię do niej: »Nina, jak ty ślicznie wyglądasz. Jaką masz fantastyczną kreację. Nie dałbym ci więcej…« – mówi Kaczyński wiedząc już, że wpakował się na minę. Bo cóż ma teraz powiedzieć, że ile lat odpowiadałoby oczekiwaniom rozmówczyni? »Nie dałbym ci…« – brnie dalej i wie, że cokolwiek powie, będzie katastrofą. »Nie dałbym ci więcej jak sześćdziesiąt…«

 »Niedobry komplement, Bogusiu« – uśmiechnęła się. »Nie trzeba powtarzać!«”

 7-02-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: