AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nasi okupanci

Fot. Karol Budrewicz  

Przyznam się: impulsem, który pchnął mnie do wycieczek w Dwudziestolecie, jakie rozpocząłem w poprzednim felietonie, nie była wcale wielka defilada Błaszczaka, ale głośny pozew komorniczy, jaki proboszcz białostockiej parafii wystosował do niepełnosprawnej emerytki, żądając uiszczenia 400 złotych tytułem zaległych opłat kolędowych.

I samo żądanie, i język, w jakim zostało sformułowane, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Wiele bowiem razy, spierając się o dzisiejszą Polskę, krytykowałem tych, co twierdzili, że czerwoną zastąpiła czarna okupacja i że Kościół Katolicki wskutek zakulisowych machinacji oraz permanentnego szantażu przedwyborczego zaczął odgrywać w III Rzeczpospolitej rolę identyczną do tej, jaką miał w II RP. Głosicielom takich tez zarzucałem ahistoryczność ich myślenia (nigdy się przecież nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki...), a jako koronny dowód cytowałem za Boyem z Naszych okupantów osławione Szarlejskie Wiadomości Parafialne: „W środę uroczystość Trzech Króli... W tym dniu jest kolekta na misje pogańskie... Po rannym nabożeństwie absolucja generalna dla tercjarzy... Po południu przyniosą zelatorzy (zelatorki) ze Stowarzyszenia św. Dziecięctwa Pana Jezusa składkę za styczeń do kancelarii. Niech każde dziecko zdobędzie nowych członków do naszego stowarzyszenia. Jest jeszcze wiele dzieci w Piekarach, które nie należą, a mogą należeć od urodzenia (!) aż do 16 roku przynajmniej. Dzieci, które jeszcze nie mają nowej listy składkowej, niech przyjdą po nią do kancelarii...
Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej Druh kasjer prosi, żeby druhowie zapłacili na składkach zaległości za stary rok i za I kwartał nowego roku.
Nikt nie ma prawa siedzieć w ławce kościelnej, jeżeli należytości za miejsce nie zapłacił; przy rewizji kościelnej taki może się narazić, że go się z ławki wyprosi...”

I w końcu osławiona kolęda!

„W każdym razie ogłaszamy, że w razie pogrzebu – co Pan Bóg nie da – do tej rodziny kapłan po zwłoki nie pójdzie, gdzie mu przy kolędzie wstępu wzbroniono...”

Boy komentuje: „Bilans, jaki mi jeden z przygodnych korespondentów z sum wyciskanych tymi drogami w przybliżeniu przesyła, jest przerażający. Kontrast bogactwa kleru z nędzą jego podatników – również. A życie duchowe, umysłowe w tej atmosferze fałszu, ucisku, ciemnoty, szpiegostwa, denuncjacji? Ci którzy nie są doszczętnie ogłupieni, dławią się po prostu od wściekłości i nienawiści. Obawiam się, że żaden Moskal ani Prusak nie budził takiej reakcji wewnętrznego buntu, jak ta  o k u p a c j a, głębiej wdzierająca się w dusze, w życie prywatne i w kieszenie niż jakakolwiek inna. Toteż ślepota i sobkostwo naszych okupantów są wprost groźne: od iskry, która by padła na te prochy, mógłby spłonąć cały kraj!”.

Nasi okupanci, podobnie jak inne głośne cykle publicystyczne Boya – Piekło kobiet i Dziewice konsystorskie, powstawały na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, kiedy prace działającej od przeszło dekady Komisji Kodyfikacyjnej wchodziły w swoją fazę finałową. Boy nie ukrywał, że swymi kampaniami prasowymi chce na efekty owych prac wpływać.
 
Najwięcej kontrowersji wywoływały propozycje tych regulacji prawnych, które bezpośrednio dotykały codziennego życia obywatela – małżeństwa, rozwodu, regulacji urodzin, prawa do opieki nad dziećmi. Tu przecież tradycyjnie niesprawne państwo polskie mogło pokazać swoją siłę, pozwolić albo nie pozwolić, a tego który odważył się prawny zakaz złamać, ścigać całą mocą swego aparatu represji.

Powołana przez Sejm Ustawodawczy Komisja Kodyfikacyjna miała odpowiedzieć, jakie owo nowe państwo, II RP, miało mieć oblicze. Z projektów kodyfikowanych praw, jakie zaczęto ogłaszać pod koniec lat dwudziestych, wyłaniało się oblicze państwa w umiarkowany sposób liberalnego – w zakresie ślubów cywilnych powracano do zniesionego przez carskiego zaborcę kodeksu napoleońskiego, przewidywano też bardzo ograniczone prawo do aborcji.

„Zamierzone prawo jest sprzeczne z prawem bożym. Zamierzone prawo jest posiewem bolszewizmu u nas w rodzinie. Zamierzone prawo grozi ojczyźnie śmiertelną zarazą duchową i ostateczną klęską. Obcy zalewają ziemie nasze!” – taką anatemę cisnęli na Komisję biskupi zgromadzeni na Jasnej Górze. O bolszewizmie (ówczesna wersja dzisiejszego lewactwa) napomknął też w swoim liście pasterskim prymas Hlond i to wystarczyło, żeby wieloletnie wysiłki grona prawników poszły do kosza. Przestraszone dyktatem Kościoła państwo polskie porzuciło ambicje posiadania własnych kodeksów i w wielu sferach życia sądziło wedle tych, jakie pozostawili zaborcy.

„Prawo boże” zastosowane do problemów macierzyństwa stworzyło owo „piekło kobiet”, którego wstrząsające obrazy Boy jako praktykujący lekarz w swych felietonach opisywał.

W jednym z nich wspomina pracę w szpitalu dziecięcym: dużym, z wieloma oddziałami, między innymi zakaźnym, leczącym przede wszystkim chorych na bardzo wówczas groźną szkarlatynę. Zdając sobie doskonale sprawę z niebezpieczeństwa, dyrekcja wprowadziła rygorystyczne środki: personel zakaźnego nie stykał się z innymi pracownikami, przy wejściu na oddział obowiązywała dezynfekcja itd. Mimo to przypadki szkarlatyny ustawicznie zdarzały się na innych oddziałach. Dziecko, które trafiało do szpitala z przeziębieniem albo zwichniętą nogą, oddawano rodzicom zmarłe – na szkarlatynę. Po każdym takim wypadku dyrektor wzywał do siebie personel, pieklił się, wzywał do większej uwagi, ale prawdziwego ataku wściekłości dostawał dopiero wówczas, gdy któryś z nowych lekarzy pytał, dlaczego na tym zebraniu nie ma sióstr zakonnych działających w szpitalu? Przecież wiadomo wszystkim, że szkarlatynę roznoszą one. Nie obowiązuje ich zakaz spotykania się międzyoddziałowego, gdyż (zgodnie z regułą) spotykają się na wspólnych modłach w szpitalnej kaplicy. Nie noszą odzieży ochronnej (reguła zabrania). Co więcej – zgodnie z regułą – wymieniają się między sobą swoimi habitami.

Boy walczył o wprowadzenie w II RP rozdziału między prawem ludzkim i „prawem bożym”. Walkę tę przegrał. Podobnie jak przegrali ją ci bardziej liberalni prawnicy z Komisji Kodyfikacyjnej. „Ustawa nie może być bardziej postępowa niż obywatele, nie może więcej dawać, niż od niej żądają” – pisali, uzasadniając swoją zgodę na odrzucenie ich wieloletnich prac.

Mieli wiele racji: podczas Boyowych utarczek tak zwana opinia publiczna milczała. Milczały też kobiety. Boy cytuje tygodnik „Kobieta współczesna”: „Milczą jak zawsze, gdy mężczyźni rozstrzygają ich sprawy; milczą wstydliwie w niewoli niewidzialnej, choć istniejącej zmowy mężczyzn”.

Boy wyciąga wnioski ze swojej klęski: kończy z polemikami prasowymi i zaczyna działać pozytywistycznie – organizuje pierwszą w Polsce Poradnię Świadomego Macierzyństwa. W 30 lat później, po Październiku '56 i zniesieniu rygorystycznego, stalinowskiego ustawodawstwa antyaborcyjnego, poradnie takie zostają zorganizowane w całej Polsce. Ale znów: nie można obywatelom więcej dawać, niż żądają... W 1957 roku „w Łodzi, mieście kobiet, poradnie świadomego macierzyństwa odwiedza przeciętnie jedna kobieta dziennie”.
 
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Boy pisał o „piekle kobiet”, Melchior Wańkowicz zachwycał się wydanymi właśnie Pamiętnikami lekarzy. Uważał je za fantastyczne reportaże, pokazujące prawdziwe oblicze Polski przełomu lat dwudziestych i trzydziestych. Z jego obszernej i kraszonej obficie cytatami recenzji zapamiętałem historię pacjentki, matki pięciorga dzieci, która przyszła do „dochtórki, bo ją coś wzdęło”. Tym czymś była szósta, mocno już zaawansowana ciąża. Zdumiona w pierwszej chwili diagnozą pacjentka szybko sobie ponoć przypomniała: rzeczywiście, onegdaj przeszła „nad wodą”, a to, jak wiadomo, (na równi z „zapatrzeniem”) jest przecież główną przyczyną ciąży.

Nie rozstrzygniemy dziś, czy ta kobieta naprawdę w to wierzyła, czy też przyłapana na rzeczy tak wstydliwej, jak ciąża, użyła przyzwoitego wytłumaczenia.

W każdym bądź razie tamta baba mogła być matką łódzkiej włókniarki, która wstydziła się pójść do Poradni Świadomego Macierzyństwa i ze swymi problemami seksualnymi radziła sobie tak, jak mama uczyła.

Ta bidna baba mogła być też moją prababką. W końcu większość z nas ma w swej historii rodzinnej kurną chatę, a nie biały dworek...

Rozpoczynając swoją walkę z „piekłem kobiet”, Boy pisał: „postaramy się uświadomić kobiety co do sposobu, w jaki traktują ich najboleśniejsze sprawy panowie prawodawcy. Poprowadzimy, jeżeli będzie trzeba, przed sąd trzydzieści tysięcy kobiet”.

Jeśli nawet kobiety zostały uświadomione, to, jak wiemy, milczały. Trzydziestotysięczne manifestacje kobiet udało się zorganizować dopiero ostatnio, przy okazji Czarnego Protestu. W dziewięćdziesiąt lat po pogróżkach Boya. Tyle czasu zajęła nam jako społeczeństwu droga od kurnych chat do zaczątków społeczeństwa obywatelskiego. Ale odbyliśmy ją! I dlatego choć „nasi okupanci” brzmią niekiedy identycznie jak ci z Dwudziestolecia, wciąż uważam, że porównywanie tamtej sytuacji z naszą jest nieuprawnione.

19-09-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: