AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Naszość albo śmierć

fot. Pola Amber/ Teatr Chorea  

Olga Tokarczuk w swoim niezwykłym wystąpieniu we Wrocławiu, pierwszym po informacji o przyznaniu nagrody Nobla, nie mówiła prawie nic o swoim pisarstwie, ale o rzeczach dużo ważniejszych: o końcu świata i o beztrosce ludzi. O tym, że jesteśmy częścią Kosmosu i że możemy go zniszczyć albo uratować, i od nas zależy, czy zdążymy. Gościłem ją tylko raz, ponad dwadzieścia lat temu w swoim drewnianym, rozpadającym się domku w podlubelskiej wsi, i teraz słuchałem, nie mogąc wyjść ze zdumienia, jak pięknie ma przepracowane ego.

Tysiące ludzi słuchało, a ona zamiast mówić o sobie, o tym jaka jest szczęśliwa, że polska literatura... i że dziękuje... i że jest bardzo wzruszona... mówiła, że jedyną naszą szansą jest zrozumienie, że nie jesteśmy władcami tej planety. Że jesteśmy częścią czegoś dużo większego, żywego i bardzo wrażliwego. Że zwierzęta są naszymi braćmi i chce dożyć czasów, kiedy mięso będzie można dostać tylko na melinach lub w nielegalnych podziemnych knajpach. Specjalnie nie używam jej sformułowań i jej języka – nie dlatego, że nie mam Nobla, ale dlatego, że słuchałem przemówienia, jadąc przez Polskę samochodem i co chwila mi przerywało. Czego nie dosłyszałem, to sobie dopowiadałem…

Czujemy wszyscy jakiś rodzaj strachu, lęku przed nieznanym, ale nieuniknionym końcem, o którym od jakiegoś czasu głośno mówią naukowcy, a od niedawna też artyści. Tylko politycy nie widzą problemu, a raczej nie chcą widzieć. Ale też się boją, po cichu. Ten strach – świadomy i podświadomy – każe nam wszystkim się zdefiniować i określić wobec innych. Odkryć różnice i znaleźć to lub tego, czego lub kogo trzeba się bać. Oddzielić naszych od nie naszych. Wyznaczyć tych, na których można zrzucić winę (albo przynajmniej jej część) za ten cały bałagan.

Zawężamy pola definicji do coraz mniejszych kręgów – żeby „naszość” precyzyjnie się określiła, była rozpoznawalna i niedwuznaczna. Musi mieć wyraźne granice i być bezkompromisowa. Wtedy dopiero dowiemy się, kim jesteśmy. A to można określić, patrząc wyłącznie za siebie, oglądając się w tył. Nie przed siebie – bo tu jest mgła i niepewność. Pewność może nam dać tylko przeszłość, bo już była. Tylko trzeba ją zredefiniować i wybrać te elementy, które mogą być drogowskazem w chaosie. Więc póki co patrzymy za siebie lub w dół. Patrzymy tylko, jak postawić następne trzy kroki, albo jak nie wejść w gówno i się nie poślizgnąć. Ale nie wiemy jeszcze, że jeżeli nie będziemy patrzeć po horyzont, daleko, na kilka dekad do przodu, to walniemy łbem w mur i zamiast muru – runiemy my.

Ogłośmy kadencję każdej ekipy rządzącej na dziesięć lat – żeby musieli patrzeć dalej niż na czubki własnych butów. I wziąć odpowiedzialność za zdrowie, za to co będzie w głowach naszych dzieci, za węgiel, za smród, za wojnę i pokój, za drzewa i wodę, za zwierzęta i słońce. W dziesięć lat wszystko da się naprawić i wszystko da się zepsuć – ale przynajmniej trzeba patrzeć dalej niż pod własne buty.

Ta nasza krótkowzroczność bierze się także z fizjologii, z globalnej osteopatii. Z dewiacji kostnej naszych czasów – większość z nas patrzy pod nogi, bo nie może patrzeć do góry ani przed siebie. Kiedyś opuszczona głowa była znakiem pokory, wyrazem szacunku lub winy. Zawsze można było ją – gdy nikt nie widzi lub gdy ceremonie się skończyły – unieść do góry. Dziś już się nie da. Głowę mamy na stale pochyloną – od sprawdzania notowań, wysyłania powiadomień, intrygowania czy czatowania w oczekiwaniu na cud Dobrej Wiadomości (Nowiny?). Naszą osobowość przenosimy pod kciuk, co pomaga nam w oderwaniu się od szarej, bezkształtnej rzeczywistości, i zamiast być tu i teraz, pozwala na zatopienie się w cudownym „tam” i „kiedykolwiek”. Przymykam oczy w metrze i widzę cały wagon medytujących, pochylonych nad swoim losem ludzi, pokornych wobec przeznaczenia, które nad nimi wisi. Tylko to trupiobladoniebieskie światło na ich twarzach nie do końca pasuje mi do tego obrazu... Pojawia się coraz więcej schorzeń kręgosłupa z powodu stałego zwisu nad ekranem.

Patrząc wyłącznie pod własne nogi lub na ekran, można myśleć najwyżej o swoich najbliższych kilku chwilach, a w polityce wyłącznie o najbliższych czterech latach. Ale żeby iść do przodu, trzeba patrzeć trochę dalej przed siebie. Dlatego chciałbym zaproponować przyjęcie hasła „Naszość albo śmierć”, ale w wersji zainspirowanej przemową Tokarczuk – rozszerzmy zakres semantyczny „naszości” z jednego narodu na całą ludzkość, odgwiżdżmy koniec wszystkich meczów, zobaczmy, że jest tylko jedna bramka, ale bardzo wąska – i zrozumiemy wtedy, że trzeba natychmiast brać się do roboty!

Nie zawsze będzie to łatwe. Po przepięknym przemówieniu naszej noblistki w Sztokholmie, otwierającym szeroko nasze głowy, przemówieniu pełnym mądrości, optymizmu i ciepła – zobaczyłem komentarz, napisany przez jakiegoś fascynata, miłośnika portali i mediów społecznościowych. Brzmiał: „antypolska kurew”. I tu mam kłopot z wpisaniem tego miłośnika literatury w swój kod człowieczeństwa. A przecież według Olgi powinienem – jest między nami tylko różnica struktur układu atomów w tym ożywionym świecie, w tej Sieci Życia (jak to nazywa Jason W. Moore). I ten fascynat wymaga szacunku, jak każdy atom wszechświata. (Mistrz Stachura, spotykając w swoich włóczęgach takich kolesi, mówił: „bogata jest w formy natura, a i w treści niebiedna”.)

Najważniejszą częścią mowy noblowskiej Tokarczuk było dla mnie wskazanie największego problemu (grzechu) literatury i sztuki XX i XXI wieku. Narracja prowadzona w pierwszej osobie liczby pojedynczej. To ona doprowadziła do zrywania połączeń, izolowania się, tracenia odpowiedzialności za innych. Przemówienie Olgi było skierowane do ludzi myślących, wrażliwych, czułych. Nie wiem, ilu jest takich ludzi w Polsce i na świecie – dwóch, trzech, pięciu? Większość ludzi chce jakoś przeżyć – to znaczy albo jakoś przetrwać, albo jakoś zarobić i się zabawić, i spędzić miło czas po pracy. Publiczna telewizja konfrontuje ostatnio noblistkę z Zenonem Martyniukiem, wskazując jednoznacznie (oglądalność, ilość imprez i statystyki), że twórczość tego artysty dziesięciokrotnie przebija zapotrzebowania duchowe naszego narodu wobec dokonań noblistki. Ale część ludzi, bagatelizując te potrzeby – chce jednak czynu.

Jeżeli nie połączymy tych, którzy myślą, z tymi, którzy chcą działać, to nic się nie zrobi, nic się nie zmieni. Będziemy tylko dalej kopać rowy między sobą. A te rowy – jednych albo drugich – są jak rowy do wrzucania ciał po bijatyce. Więc może jednak szukajmy czegoś, co by nas połączyło?

I ja mam taki praktyczny pomysł: zbierzmy narodowców – tych najbardziej godnych i najbardziej rządnych czynu – w jakiejś dużej stodole (w kujawsko-pomorskim są takie stodoły, naprawdę duże, prowadziłem w paru takich miejscach warsztaty). Zbierzmy ich wszystkich, wyściskajmy bardzo mocno, serdecznie i zamknijmy się z nimi w tej stodole – na kłódkę, na jakiś czas, na jedną, dwie noce. Nie podpalajmy jednak tej stodoły, możemy najwyżej puścić dymy wokół. Potem otwórzmy stodołę i wyściskajmy ich znowu.

To taka „robota” performatywna i trochę ryzykowna. Ale być może w ten sposób coś byśmy wszyscy zrozumieli? Że naprawdę jesteśmy tacy sami, tylko boimy się nieznanych wcześniej rzeczy? I że „Naszość albo śmierć” oznacza, że trzeba czyścić z brudów i smrodu tę naszą ojczyznę – ale ojczyznę, która nazywa się Ziemia. Że musimy próbować zatrzymać nie tylko wzajemne zabijanie siebie, ale też niszczenie planety. Że musimy krzyknąć „Naszość albo śmierć!” pod kolorowym hasłem (i żeby tam było dużo więcej kolorów niż tylko biało-czerwone). Że musimy uświadomić wszystkim tym „chłopakom” i sobie, że tak naprawdę zostało nam tylko trzydzieści lat, żeby coś z tym zrobić. Potem nie będzie już „naszości”. Będzie tylko obcość i śmierć. I wtedy nic nie pomogą ani flagi biało-czerwone, ani niebiesko-żółte, ani kolorowe, ani żadne tęczowe. Wtedy będziemy gryźli własne paznokcie – z głodu i strachu, i powoli zagrzebywali się w skażonej ziemi.

Więc wszyscy razem: Olga, ja, parę bliskich mi osób i ci, którzy chcieliby za te kilkadziesiąt lat nie umrzeć, nie sczeznąć, nie zmarnieć, nie skarleć – do roboty! Rozmawiać, ściskać się, przytulać, rozmawiać, tłumaczyć i myśleć.

03-01-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Eljot
    Eljot 2020-01-06   05:27:18
    Cytuj

    Tak. Tylko tak. Panie Tomaszu.

  • Użytkownik niezalogowany Tak -przeczytaj to uważnie.
    Tak -przeczytaj to uważnie. 2020-01-06   00:26:59
    Cytuj

    "Czujemy wszyscy jakiś rodzaj strachu, lęku przed nieznanym, ale nieuniknionym końcem, o którym od jakiegoś czasu głośno mówią naukowcy, a od niedawna też artyści. Tylko politycy nie widzą problemu, a raczej nie chcą widzieć. Ale też się boją, po cichu. Ten strach – świadomy i podświadomy – każe nam wszystkim się zdefiniować i określić wobec innych. Odkryć różnice i znaleźć to lub tego, czego lub kogo trzeba się bać. Oddzielić naszych od nie naszych. Wyznaczyć tych, na których można zrzucić winę (albo przynajmniej jej część) za ten cały bałagan."