AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Niektoś

Fot. Karol Budrewicz  

- O majtkach?
- Tak.
- No cóż, twoje kolorowe majtki…
- Nie o moich. O twoich.
- Moje są szare i nie ma…
- O, przepraszam. Nie zawsze byłyśmy szare – odezwały się nagle poruszone majtki.
- Nie pamiętam.
- Bo jesteś dorosły. I byłeś dorosły, kiedy my byłyśmy młode.
- Ale co to zmienia?
- Masz wypraną pamięć.
- Akurat pamięć mam jeszcze dobrą.
- To co pamiętasz ze swojego dzieciństwa?
- Że było piękne. I kolorowe.
- No widzisz. My też urodziłyśmy się kolorowe – mówiły majtki. – Byłyśmy całe w bananach i zielonej trawie. Aż trafiłyśmy do pralki ze słoniami i żyrafami. Słonie zjadły i podeptały trawę, a żyrafy długimi szyjami sięgnęły po banany. No widzisz. No i co teraz powiesz?
- Powiem, że każdy ma prawo marzyć. Zanim się przetrze.

Bardzo dużo czasu zajęło mi uświadomienie sobie, że inni mogą i zazwyczaj myślą inaczej niż ja. Jeszcze więcej czasu zajęło mi zrozumienie, że każdy ma prawo do innego myślenia i że w sumie to normalna rzecz. Na swoje usprawiedliwienie, że tak długo to trwało, mogę tylko powiedzieć, że jestem trochę uparty. Ale się uczę. Pochylam się nad różnymi konstrukcjami myślowymi, staram się zrozumieć. I wyciągać wnioski.

Ostatnio bardzo zafrapowało mnie domaganie się „prawa do bycia niekimś”. Tak, powtórzę, bo może to być dla niektórych zaskakująca konstrukcja, ale zaręczam, że istnieje naprawdę, bo właśnie o niej przeczytałem: prawo do bycia niekimś.

Oczywiście autor chce być niekimś konkretnym, ale podawanie, kim chce nie być konkretnie, zawęziłoby pole eksploatacji tego marzenia. A więc marzmy i mażmy i my.

Jak powszechnie wiadomo, Maria Konopnicka napisała bajkę O krasnoludkach i sierotce Marysi. Opowiastka ta, pisana częściowo prozą, częściowo wierszem, idealnie nadawała się do przedszkolnego teatrzyku. Tak przynajmniej zdecydowały Panie, które się nami opiekowały.

Byłem wtedy przedszkolakiem i nie pamiętam, czy chciałem być nieprzedszkolakiem. Wtedy to nie miało jeszcze dla mnie większego znaczenia… A skoro byłem przedszkolakiem, to zostałem obsadzony. 

Nasza inscenizacja fragmentu bajki O krasnoludkach i sierotce Marysi opowiadała o krasnoludkach i sierotce Marysi. Wspominam o tym, bo było to w tych zamierzchłych czasach, kiedy użycie tytułu dzieła i nazwiska autora do czegoś jednak zobowiązywało.

Jak powszechnie nie wiadomo, zagrałem Koszałka-Opałka. Z naszych występów najbardziej wryły się w moją pamięć dwa obrazy. Pierwszy to kolega grający Lisa. Przy każdej kwestii bujał się wdzięcznie, przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i odwrotnie, podkreślając w ten sposób wagę swoich wypowiedzi. Tęsknię, żeby to kiedyś jeszcze zobaczyć na scenie: takie piękne, dosłowne bujanie. Drugi obraz, za którym jednak nie tęsknię, to ja sam w tym samym przedstawieniu. Kostiumograf (moja mama) kazał mi założyć czerwone rajtuzy, a pod te rajtuzy założył mi kolorowe majtki. Dopiero na scenie, w blasku reflektorów, zorientowałem się, że przez cienki splot rajtuzów wszystkie te kolory wyłażą na zewnątrz, wysuwają się na pierwszy plan, przykrywają moją rolę. Było mi wstyd. 

To był mój pierwszy występ, który zapamiętałem. W dzisiejszym teatrze problem majtek na szczęście nie istnieje. Majtek nie ma, to i wstydzić się nie ma czego.

Ostatni zapamiętany przeze mnie występ osobisty, już na profesjonalnej scenie, to był popis niezręczności i zręczności zarazem. Minus i plus, co w sumie dało zero. Zadanie było z tych najwdzięczniejszych: niepostrzeżenie przebrać się na scenie. A potem zaśpiewać. Jedną marynarkę zamienić na inną, zdjąć kapelusz… Ledwo co zacząłem rozpinać marynarkę, palce zahaczyły o mikroport przypięty do koszuli: spinka poleciała w jedną stronę, mikrofon w drugą, a kabelek smętnie zawisł na wysokości pasa.

Nie pamiętam, jak zebrałem to wszystko do kupy w ciągu kilku sekund, ale zebrałem. I zaśpiewałem.

Tedy śpiewająco, zbierając raz jeszcze wszystko do kupy, twierdzę stanowczo w podsumowaniu powyższego, że zważywszy na przytoczone powyżej fakty, mam pełne prawo do bycia nieaktorem. Nie chcąc być egoistą, uważam, że prawo do bycia nieaktorem należy się każdemu aktorowi, tak jak każdemu scenografowi należy się prawo do bycia niescenografem, każdemu kompozytorowi – niekompozytorem, a wreszcie każdemu reżyserowi – niereżyserem. Powinniśmy, bracia i siostry w niedoli, stanowczo egzekwować swoje prawo: prawo do bycia niekimś. Zwłaszcza kiedy jesteśmy zmuszani do bycia kimś przez okrutny los, okoliczności czy wreszcie przez innych ludzi, na przykład przez dyrektorów teatrów, w szczególności przez tych, którzy chcieliby być niedyrektorami.

W drodze do pełnej szczęśliwości jedno tylko mnie niepokoi, nie za bardzo, ale jednak: że taki na przykład widz, kiedy się zorientuje, będzie chciał też skorzystać z przysługującego mu przecież, udowodnionego tu prawa i będzie chciał być niewidzem.

Sądząc po raporcie z frekwencji w polskim teatrze, już się orientuje. 

Dziękuję za bardzo.

4-03-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: