AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nikt

Fot. Karol Budrewicz  

Nie wiem, ile mogłem mieć lat, kiedy to zostałem zahipnotyzowany Odyseją. Może siedem? Może osiem? Dziewięć? Przypomnieć sobie nie mogę…

Ale proszę się nie bać! To nie było tak, że na półce moich rodziców stał Homer i czekał na ledwo co ukształtowane paluszki i nadzwyczaj rozwinięty mózg. Wręcz przeciwnie. Tu chodzi o Odyseję w telewizorze.

Próbuję dogrzebać się do informacji, w którym roku pokazywano ten włoski serial o przygodach herosa, ale nigdzie śladu nie ma. Rozmawiam z ludźmi urodzonymi po drugiej wojnie światowej, ale nikt nie pamięta. A przecież to pewne, że nie przyśniła mi się ta serialowa Odyseja, że nie tylko ja to oglądałem. Innym przeszło to obok nosa, a ja zostałem zahipnotyzowany?

Rzecz nakręcono w 1968 roku (google.com bezproblemowo udziela takiej wiedzy) i zdaje się, że było to dzieło jak na owe czasy całkiem nowatorskie. Brudne à la Pasolini. Zakładam zatem, że filmowej hipnozie uległem w czasach miłościwie panującego Edwarda Gierka, partyjnego króla polskiego, pod którego chwilowo radosnymi rządami szynka była w sklepach i kubańskie pomarańcze na święta, a telewizor otworzył się na świat, czyli na Felliniego, Brigitte Bardot i tym podobne dewiacje. W pierwszych latach panowania Króla Edwarda, pod jego ojcowskim i wszechobecnym spojrzeniem, poszedłem do szkoły podstawowej i trenowałem tam siłę pięści na kolegach, bo byłem wtedy duży i lubiłem boks, i honorowo do pierwszej krwi się naparzałem w plemiennym kręgu szkolnych towarzyszy niczym barbarzyńscy herosi Grecji i Troi.

Wszystko w dobie edwardowo-podstawówkowej było wysoce heroiczne. W telewizorze. Nasi gonili Niemców od Wołgi do Berlina, kowboje rozstrzeliwali złych Indian, średniowieczni rycerze kładli się trupem w turniejach na piki, a Robin Hood grabił możnych tego świata. Nie pozostawało nic innego, jak zostać mentalnym czołgistą, rewolwerowcem, rycerzem czy też radosnym facetem w rajtuzach. Traf chciał, że nagle, znienacka wskoczył na szkło Odyseusz.

Do dzisiaj zastanawiam się i nie mogę znaleźć odpowiedzi, jak to się stało, że w epoce herosów zwizualizowanych to właśnie Odyseusz mnie zahipnotyzował. Jaką to socjotechnikę zastosowano przy realizacji tego serialowego eposu, że chłonny mózg podstawówkowego boksera uległ zauroczeniu? Oczywiście przyczyny nie dojdę (choć mógłbym chlapnąć, że musiałem tę Odyseję, niczym Biblię, mieć zawczasu w sobie), ale skutek był taki, że Odyseusz wygrał w boju o moją duszę z wszystkimi innymi heroicznymi figurami. Zahipnotyzował, wygrał i zawłaszczył.

A zaczęło się od pomysłu z koniem i rzezią Troi, potem czarodziejka Kirke zamieniająca kompanów Odyseusza w świnie. A dalej jeszcze lepiej: zawoskowane uszy załogi statku i Odyseusz w ekstazie i obłędzie pod wpływem śpiewu syren; Penelopa czekająca z robótką ręczną w otoczeniu byle jakich zalotników; Odyseusz i Nimfa Kalipso (przysłaniałem ręką oczy, bo chyba się całowali!); Odyseusz na statku wśród wzburzonych mórz; Odyseusz bez statku obmywany przez fale na brzegu wiecznie wzburzonego morza; kraina umarłych; strzała przelatująca przez ucha dwunastu toporów i krwawa jatka w na Itace…

I pewnie te wszystkie przygody byłyby psu na budę, tzn. zaległyby gdzieś pomiędzy Zbyszkiem z Bogdańca a Kapitanem Klosem, gdyby nie historia z Cyklopem, potworem, który miał jedno oko i wyjadał po kolei towarzyszy Odyseusza, mimo że miał całe stado owiec i chyba głodny nie chodził. I pożarłby Cyklop wszystkich w tej grocie swojej, łącznie z Odyseuszem, gdyby ten nie zakradł się nocą i nie wbił w to pojedyncze, cyklopowe oko kołka.

A co się dalej dzieje? Cyklop wrzeszczy z bólu i zadaje pytanie:
- Kto to zrobił? Kto mnie oślepił?
A co na to Odyseusz? Zamiast napiąć antycznie umięśnioną grecką klatę, zamiast wyrecytować dumnie: „Jam Odyseusz, król Itaki, heros nad herosy”, zamiast odśpiewać hymn pochwalny na swoją własną cześć, mówi:
- Nazywam się Nikt.

Nazywam się Nikt.

Nazywam się Nikt.

I to „Nikt” zahipnotyzowało mnie, wbiło się w duszę i tkwi w niej, i wraca do mnie, i brzmi to „Nazywam się Nikt” jak, nie przymierzając, przykazanie jakieś, ale nie boskie, tylko homeryckie, od którego się odwracam i do którego wracam. To homeryckie przykazanie robi ze mnie grzesznika od dnia, kiedy w wieku podstawówkowym oglądałem włoski serial w telewizorze do dzisiaj, kiedy jestem podejrzanie, nazbyt dojrzałym, teatralnym tatusiem. Bo przecież tak trudno powiedzieć: „Nazywam się Nikt”.

Dochodząc wreszcie do sedna. To odyseuszowe „nie nazwanie się” jest sprawą teatralną czy też artystyczną w ogóle i przyznaję, że jestem w tym przekonaniu sfiksowany tak samo bezgranicznie, jak i beznadziejnie. To odyseuszowe „nie nazwanie się” jest  strategią artystyczną, która pozwala płynąć po morzach, od wyspy do wyspy, do przodu i do tyłu, ale mimo wszystko stale do Itaki.

Wszyscy herosi homeryckiego teatru nieśli swoje nazwiska przed sobą. I Agamemnon, i Hektor, i Achilles, i Parys. Każdego z herosów wyprzedzało jego nazwisko. Jacyś pieśniarze przedhomeryccy musieli zawczasu napompować ich teatralny heroizm. Młodzi byli, a już bardzo napompowani. I wszyscy jakoś marnie skończyli. A Odyseusz? Dziesięć lat był niewidoczny, trochę jakby w cieniu, aż tu nagle wymyślił kod dostępu do Troi – drewnianego konia. U Cyklopa Polifema wpadł na pomysł, że jest Nikim. Potem, jako ów Nikt, przybierał rozmaite formy ludzkie: raz był urodziwym samcem, a już za chwilę stetryczałem dziadem. Przeżył uniesienie estetyczne najwyższego rzędu (śpiew syren) i doznał absurdu istnienia (kraina cieni). U Kirke od „wiecznego świństwa” uchronił towarzyszy swoich, spełniając jej zachcianki, a i sam uświnił się, popadając w seksualny marazm w ramionach nimfy Kalipso. Przepłynął pomiędzy Scyllą a Charybdą (w wąskim przesmyku oddzielającym teatralnego potwora kontrrewolucyjnego konserwatyzmu i teatralnego potwora sztuki lewackiej), na przyjęciu u Feaków zapłakał szczerze nad marnością swojego dzieła (rzeź Troi)… I tak dalej, i tak dalej… Ale stale nieuchwytny, zmienny, niedookreślony. Nikt.

Ale ta strategia byłaby nieludzka, gdyby nie miała swojego banalnego finału.

Wszystko byłoby dobrze i pewnie dalej szczęśliwie (z przygodami) podróżowałby po morzach, ale zachciało mu się ostatecznie wrócić na Itakę. Och! Gdyby był cierpliwy i jeszcze trochę popływał, to może udałoby mu się trafić na nieznaną greckim bogom wyspę, na której żyłaby niedotknięta przez tychże bogów nimfa, która potrafi wysyłać w przyszłość. I wtedy pewnie miałby szansę spotkać się z Wyspiańskim i porozmawiać o sobie samym i, za Wyspiańskiego namową, uciec z Itaki. W niekończącą się opowieść.

Ale Odyseusz nie był cierpliwy. Wrócił. Znowu za starca się przebrał. A potem wystrzelił z łuku ze sto strzał i położył trupem wszystkich byle jakich konkurentów-zalotników, i rozsiadł się na tronie jako ten ostatecznie niezmienny Odyseusz, król Itaki. I jak to bywa z tymi, którzy mają nazwisko, doczekał się… ojcobójcy. Przybył na Itakę Telegonos, syn jego zrodzony z Kirke. Oczywiście trochę niechcący, trochę chcący, trochę przez przypadek syn zabił ojca.

Jak się ma nazwisko, to się za to nazwisko ponosi karę.

I na tym zakończmy mitologiczne dywagacje. Za jakiś czas sam sobie opowiem tę historię raz jeszcze. Post factum.

* Historia „homerycka” opisana powyżej mija się odrobinę z literą Odysei Homera. Historia „homerycka” oparta jest na pamięci dziecka, które oglądało serialowy apokryf, i któremu coś tam się zapamiętało, a co ważniejsze, wbrew wszelkim późniejszym studiom, to zapamiętane nie uległo weryfikacji. Przekonanie, które jest efektem hipnozy, jest niepodważalne i nieodwracalne…

18-12-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Melchior Torchała
    2014-02-04   07:28:00
    Cytuj

    A ja pamiętam, kiedy mówiłeś, że pięć lat. ;]