AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nówka sztuka

 

Trafiłem na dyskusję. Ba! O polskiej dramaturgii!

Niestety, rozmowę zdeterminowała kwestia, czy każdy tekst napisany po polsku należy traktować jako dramat – o ile został wystawiony na scenie – i dlaczego na pewno tak.

Krótko mówiąc, większość młodych i pełnych własnego światopoglądu osób uważało, że ponieważ mamy rozmaite gusta, to nie da się oddzielić tekstu, nazwijmy to, „literackiego” od jego realizacji, i w ich ocenie dramatem polskim jest wszystko, co się pokazuje na scenie w tym języku.

Zasadniczo taka definicja jest poprawna, a już na pewno nie wykluczająca.

Dawno temu wyreżyserowałem we Wrocławiu Lekcję polskiego dla zaawansowanych, która była wyborem tekstów z podręczników do nauki języka polskiego od oświecenia do roku mniej więcej 1990.

Bardzo się cieszyłem z tego żartu, który wykoncypowaliśmy wraz z Jarkiem Ostaszkiewiczem, zwłaszcza że już było po uroczych sztukach profesora Bogusława Shaeffera (znakomitych scenariuszach na określoną liczbę aktorów) i pewna wizja „tekstu otwartego” wisiała w powietrzu, podobnie jak finał dwudziestego wieku.

Lekcję polskiego dla zaawansowanych przyjęto w miarę życzliwie, ale nie były to jeszcze czasy, gdy ktokolwiek zaryzykowałby twierdzenie, że oto powstała „nówka sztuka nie śmigana”, a i przesłania (że formy języka się zmieniają – od „waćpana” przez „towarzysza” aż do „konsumenta” – a charakter narodowy pozostaje) jakoś zbyt intensywnie nie odebrano.

Nie pamiętam oczywiście, jaką umowę podpisaliśmy wtedy na tekst, ale pewnie bardzo skromną typu: „dokonają wyboru testów” albo „montaż i wybór”. Nie była to na pewno umowa na „oryginalny utwór dramatyczny”.

Oryginalność przez te lata potaniała, wszystko jest oryginalne, kreatywne i do wykorzystania.

W czasie dyskusji padło stwierdzenie, że jeśli ktoś wystawiłby książkę telefoniczną, byle po polsku, to też byłby to tekst dramatyczny.

I w zasadzie racja.

Próbowałem uczestnikom tej dyskusji dość nieudolnie przypomnieć, że niegdyś istniało coś na kształt estetyki normatywnej, która próbowała obiektywizować oceny obowiązujące badaczy literatury – przepraszam za wyrażenie – pięknej.

Roman Ingarden podzielił pracowicie dzieło literackie na rozmaite plasterki tylko po to, aby pokazać, w jakich warstwach mogą się kryć określone wartości.

Autorzy piszący dramaty – Iwaszkiewicz, Mrożek, Gombrowicz – uważali się, jak sądzę, za twórców dzieł literackich, a ewentualne wystawienia lub brak tych (zwłaszcza kolejnych) przedstawień traktowali jako sprawdzian przydatności scenicznej, ale nie jedyną miarę sukcesu i właściwej wartości swojej pracy.

Dramaty Słowackiego i Mickiewicza czekały ponad pół wieku na swoje wersje sceniczne, ale wiara w faktyczne wartości tych utworów raczej tylko onieśmielała potencjalnych inscenizatorów.

Czyli że coś się zmieniło?

Koniec dramatu jako gatunku literackiego?

No nie wiem. Dorota Masłowska, Paweł Demirski, Michał Walczak, Tadeusz Słobodzianek. To ich sztuki są grane w rozmaitych teatrach przez różne zespoły. Również za granicą.

Dlaczego akurat te utwory?

Wyrafinowany język, przemyślana konstrukcja, głęboka analiza rzeczywistości.

Reżyserzy, którzy zauważyli, że mogą żyć bez wybitnej literatury i tylko potęgą talentu tworzyć udane zdarzenia teatralne, mogą w pewnym momencie przeżyć rozczarowanie.

Bo tak jak z jednej strony bardzo dobrzy muzycy mogą grać ciekawe koncerty bez gotowych partytur, tak z drugiej – tęsknota za znakomitą, wyrafinowaną partyturą wykonaną w zgodzie z najgłębszymi intencjami kompozytora towarzyszy przynajmniej części odbiorców.

Smutek ogarnia mnie wtedy, kiedy znów ktoś próbuje zagrać kołysankę na bębnie i być mądrzejszym od Szekspira, Dostojewskiego, Czechowa. Kiedy wiara w wielość gustów i upodobań zmienia się w przekonanie, że nie ma szansy na uczciwe i obiektywne kryteria w ocenie dzieła literackiego.

Tak twierdząc, już pracujemy dla ciemnej strony mocy.

I nie ma to nic wspólnego z konserwatywnym stanowiskiem estetycznym, tylko z prostym przekonaniem, że bez wytrwałego poszukiwania wartości trudno te wartości dostrzec kiedykolwiek.

Sztuka czytania sztuk jest osobną sztuką.

I niestety przy gotowości do traktowania wszystkiego, co napisane po polsku, jako literaturę, może zaniknąć. Nie wszystko jest sztuką – niestety, drogi, wrażliwy Poeto, Edwardzie Stachuro.

Bez edukacji wartościującej i poszukującej kryteriów nie docenimy dobrego nowego i zapomnimy o dobrym starym.

I dlatego tak dużo mówiłem o konkursach z „godłem”. Jakoś zawsze, oprócz popiołów, zostają po tych konkursach diamenty albo chociaż diamenciki.

Czasem można obejrzeć w telewizji konkursy „pływania na byle czym”. Zabawne to jest i pocieszne, ale nieco odbiegające od normalnych regat.

08-11-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany ciekawska
    ciekawska 2017-11-11   10:01:14
    Cytuj

    Mój Boże, wyrzucili komentarze jkz. To po co ja teraz będę wchodziła na teatralny.pl jak nie będzie się z kogo pośmiać. Jacuś wróć!

  • Użytkownik niezalogowany uczestniczka
    uczestniczka 2017-11-09   14:44:09
    Cytuj

    Trafił swój na swego.

  • Użytkownik niezalogowany
    2017-11-08   14:03:10
    Cytuj

    przepraszam, ale profesjonalizm właśnie wymaga bym poprawił, że myślałem: Peter Stein, a napisało mi się o "chlebie" bez jednego "n"