AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O Duszyńskim i oskrobywaniu nut

Fot. Karol Budrewicz  

O muzyce jeszcze gorzej pisać niż o teatrze. Poważna muzyka może dlatego jest poważna, że nie trzeba o niej gadać, nie trzeba słów?

Może stąd jej wyjątkowość i niszowość? A przy najbardziej poważnej muzyce to nawet sama myśl zawiesza się na rzecz milczenia i słuchania. Na początku robota bywa trudna, a nawet denerwująca, że nie ma słów i pojęć, ale potem, okazuje się, może być przyjemna i dobra, kiedy niespodziewanie... zamieniasz się w słuch. Ale tak bywa tylko z bardzo poważną muzyką. Tak samo zdarza się z drzewem. Że na chwilę nim jesteś. I to też jest dobre i przyjemne.

Z drugiej strony, zależy mi na pisemnym pokwitowaniu wydarzenia, którego byłem świadkiem, uczestnikiem, słuchaczem. Powie ktoś: kumoterstwo. Zgoda. Koleguję się z Janem Duszyńskim. Zaprosił mnie do sali koncertowej Lutosławskiego. Inaczej bym nie wiedział, nie przylazł. W programie dawali jego I Symfonię.

Z trzeciej strony...

Minął już dobry miesiąc od tamtej chwili, bo to zaledwie chwila była, lecz ta chwila wciąż nie daje mi spokoju. Albo inaczej. To była chwila trwająca w nieskończoność, jak to się dawniej mówiło. Frazę „jak to się dawniej mówiło” z upodobaniem pożyczam od Becketta, który stosował ją z gorzkiej, ironicznej ostrożności i na wszelki wypadek opatrywał nią pojęcia, zdawałoby się, przebrzmiałe albo takie, które świecą tylko blaskiem próchna.

Więc ta chwila I Symfonii nie daje mi spokoju. I tutaj też przystanek. Bo ta bardzo poważna muzyka właśnie dawała spokój. Dawała przystanek.

Wszystko odbywało się bardzo cichutko. Tak cicho, że aby niczego nie uronić, należało wychylać się z fotela do nie w kij dmuchał, ale prawdziwej symfonicznej orkiestry. To cichutkie skupiało od początku tak bardzo, że słyszałem nawet złogi nikotyny chroboczące mi w płucach. Słyszałem swój ciężar. Było tak cichutko i tak przeźroczyście, że cała golizna wyłaziła. W drugiej części, jak smyczki zaczęły oddychać, a ich włosie ledwie sunęło po strunach, na granicy czystego dźwięku, to było takie wydarzenie, że normalnie, otwierał się nowy horyzont, chociaż przestrzeń, za przeproszeniem – ostateczna, wciąż pozostawała i pewnie pozostała do końca bardziej domyślana niż pomyślana.

Ale od początku, nie wszystko naraz, nie od razu z tą ostatecznością.
 
Na początku były jakieś takie ksylofony czy inne stalowe, szklane, wibrujące. Bum, bam, bim, bom. Cztery dźwięki. Ale też nie od razu. One też uwypuklały się stopniowo. Cztery gwoździki wbite w kanwę i na nich, na tych czterech dźwiękach, cała późniejsza osnowa. Cała symfonia. Dźwięki były proste, nawet do zanucenia i chyba łatwe w identyfikacji na pięciolinii. Podobno, w gruncie rzeczy, wszystko jest proste. Ale wiadomo, jak to jest z tą prostotą. Głupota z mądrością w jednym stoją domu.

A teraz zawahałem się, może to było pięć dźwięków, a nie cztery? I Duszyński jak się dowie, że piszę o czterech, a on napisał pięć, to załamie się do imentu?! Na pocieszenie mu zapisuję, że jego działalność i tak nie może liczyć na hurtowe wzięcie, więc niech się cieszy, że ktoś w detalu usłyszał przynajmniej cztery piąte. Smutne to trochę pocieszenie.

Tak czy siak, Duszyński musi pogodzić się z faktem, że pisze muzykę nie-do-ogarnięcia. Nie-do-policzenia. Że zawiesza umiejętność liczenia.

No, w każdym razie, kiedy te stalowo-szklane cymbały powoli wbijały swoją kanwę, a smyczki nie miały nic do roboty, to co jakiś czas, który wtedy jeszcze nie wydawał się taki znów bardzo nieskończony, chociaż nieskończonością od początku zalatywało, odzywały się dęciaki. Króciutko. Bez mizdrzenia się, bez sentymentalnych wybrzmień. W kontrapunkcie. Tak jak później smyczki, tak teraz skromne dęciaki, w podgrupach, dmuchały bardziej niż grały. Na granicy dźwięku. W nutach to pewnie Duszyński jakoś metrycznie napisał, dęciaki miały przecież przed sobą kartki ze ściągami, ale brzmiało tak, jakby te dziwne interwencje, te brudy oddechów, wydawane były na rypał. Odzywały się, jak już nie mogły wytrzymać. Zawsze były niespodzianką. Zawsze ciut inaczej. W dziwnych, ale jednak konsonansach. Tworzyły, przepraszam za słowo „niesamowite”, niesamowitą napinkę. Teraz wiem, że wtedy właśnie rozpoczynał się niepostrzeżony proces wychylania się z fotela. Jeszcze przed smyczkami. W dodatku te dęciaki były tak niespodziewane, że aż… dowcipne. A kiedy odezwało się dupiaste trąbiszcze, oficjalnie nazywane tubą, początkowo skromnie popierdujące, lecz gdy nagle rąbnęło niczym słoń w składzie porcelany, to wiadomo było, że sam Duszyński tylko częściowo potrafi zamienić się w drzewo, że metafizyka metafizyką, a proza domaga się swojego.

Potem rozszerzyło się o smyczki. W powolnych, ostrożnych oddechach. Długo to trwało. Wzbierało się. Mozolnie pracowało, choć do końca nie było się pewnym miarowości, równego kroku. Ale też do końca nie można było się oprzeć pochodowi. Nawet kiedy w trzeciej części cała orkiestra stanęła w szranki, to te cztery początkowe nuty pozostały jej tematem. Tak samo chybotliwym, nawet z dodatkami tej nieszczęsnej trąby, z taką samą powściągliwością nut. Ale zbierało się. Cztery nuty przetwarzały się w zdumiewających kombinacjach. Zaczynały się nawet kołysać. Daję słowo, szukałem wzrokiem chóru kobiet o chrapliwym brzmieniu Janis Joplin z Summertime, bo wydawało mi się, że je gdzieś słychać w oddali. Tutti orkiestry nadchodziło, było już w zasięgu ucha. Ale nie. Nie dla psa kiełbasa.

Duszyński nie gra słuchaczom, „co słychać”.  Ani tego, co „się mówi”. A nawet tego, co „się myśli”. To facet, który oskrobuje nuty z ich potoczności, ale nie po to, aby je wydziwaczyć. Z tubą przewieszoną przez ramię, najostrożniej, jak się da, chucha, dmucha, skrzypi i stuka w poturbowaną nieskończoność. Poza słyszenie, poza mówienie, a nawet poza myślenie. Szuka przestrzeni dla jej brzmienia. Pomaga mi wyciszać własny bałagan, abym sam sobie dośpiewał piątą nutę tej zagadki, tajemnicy – jak to się dawniej mówiło.

Na koniec Duszyński odejmował instrumenty. Według mnie za szybko. Wrzeszczałem z sali: Chwila! Moment! Janek! Daj trochę pobyć drzewem! Ale ten nie. Odjął i już. I do domu. Ech, ta dzisiejsza młodzież.
 
Camusa ostatnio w „Literaturze na świecie” czytałem. Nowe tłumaczenie Obcego. O „otwieraniu się na czułą obojętność świata”… Słyszysz i masz.

09-01-2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany KJ
    KJ 2019-01-09   11:53:34
    Cytuj

    Pan poeta, pan poeta... Dawno już nie czytałam tak ładnego tekstu o muzyce współczesnej. Myślę, że gdzieś w zaświatach p.Andrzej Chłopecki serdecznie uśmiechnął się do Autora. Gratuluję i dziękuję.