AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O moich drzewach

Fot. Karol Budrewicz  

Do wniosku, że… wszystkie drzewa są moje, doszedłem stosunkowo późno, jakieś dziesięć lat temu, a więc grubo po czterdziestce. I to raczej dla uproszenia sobie życia, dla wygody, niż z jakichś górnolotnych powodów.

Wzięło się to stąd, że jeszcze wcześniej, koło czterdziestki, siedziałem na balkonie, paliłem papierosy i piłem piwo. Taki sposób opisu okoliczności wydarzeń też wynika z wygody, bo jak wracam do jakiejś ważnej chwili, która początkowała przełomowe życiowe pomysły, to bankowo mogę zlokalizować początki: na balkonie albo na ławeczce, albo w „Marcinku” właśnie wtedy, kiedy paliłem papierosy i piłem piwo. No więc właśnie wtedy, koło czterdziestki, na moim balkonie nie piłem i nie paliłem tak po prostu, jak najczęściej słusznie ocenia to żona. Ja piłem i paliłem z niewygody! Mianowicie uwierała mnie myśl, że ja… tak chodzę i chodzę… chodzę i chodzę, i… nic.


* * *
A pod zajezdnią metra drzewa sadzili. Chwytali te drzewka i sadzili. Chwytali i sadzili. Więc na tym balkonie pomyślałem sobie, a były wakacje i słońce na balkonie, że jakbym tak sobie kupił jakąś kompetentną i rzeczową książkę, a potem przeczytał od deski do deski, to może bym się wreszcie z tym nic bardziej oswoił, wypełnił jakoś, czegoś konkretnego chwycił. Więc nie z ulotności picia i palenia wzięła się ta myśl, ale z trwałości, okej, powiedzmy – z przewidywanej większej trwałości tych sadzonych drzewek pod metrem, co wyrosną w drzewa i będą trwalsze ode mnie i od mojego nic; oraz, przyznaję, z prostej ciekawości, jakie to drzewa sadzą, i jak w ogóle, do licha, jak w ogóle się nazywają te drzewa, kiedy je mijam już rosnące, jak tak chodzę i chodzę, i nic. Może stąd się to wzięło. Z chęci poznania nazwisk obecnych na własnym pogrzebie.

* * *
Swoją drogą to cholera wie, skąd się w człowieku różne rzeczy biorą. I nawet Jung rozkłada ręce… Jakie są powody uczynków ludzkich? ich źródła? Co sprawia, że człowiek kawał życia, a czasem całe życie później poświęci, że całą kasę wyda, że narobi się sakramencko, pot i łzy wyleje, żeby coś koniecznie tak albo żeby coś absolutnie nie?

Bo ktoś miał poglądy? Bo miał balkon? Bo mu ojciec powiedział? Bo akurat pod metrem sadzili? Bo mu się przyśniło w dzieciństwie?

Jaka to struna i kiedy zostaje napięta?

* * *
A więc wtedy, po czterdziestce, kupiłem najgrubszą i najbardziej kompetentną Dendrologię Senety. Cegła, drobny maczek oraz schematyczne rysuneczki. Mordęga. Seneta to był podręcznik akademicki, esencja seminarium duchownego oraz lewicowego dziennikarstwa teatralnego. Świat musi się zgadzać, a takie pojęcia jak: „bladoróżowy”, „rozwichrzony pokrój”, „najpiękniejszy z wiciokrzewów”, „pożytek dla pszczół”, „zapach piernika”, „jesienne przebarwienie starego złota”, „bursztynowa kora” – takie pojęcia rozpraszają, system staje się nieszczelny, a autorytet myśli ulega zachwianiu, bo stąd prosta droga na manowce wzruszenia albo zachwytu, albo, co najbardziej karkołomne – ryzyko bezbronnej obecności wobec piękna. Wyobrażacie sobie bezradność, połączoną z chrząkaniem, wykładowcy w seminarium albo lewicowego publicysty teatralnego, któremu miałyby przejeść przez gardło albo przez klawisze laptopa podobne wyrażenia? Towarzysząca temu lękliwa myśl, że słowo nie w pełni obejmuje myśl?

* * *
To było wiele lat temu. Dzięki szkole Senety po miesiącu seminaryjno-lewicowej dyscypliny, zidentyfikowałem wokół swojego domu kilkadziesiąt gatunków drzew i krzewów.

Potem nastąpiła epoka Drzew i krzewów Bugały. Wypas z czarno-białymi zdjęciami, które zacząłem uzupełniać kolorowymi wycinkami z „Działkowca”. Wtedy zaczęło się też partyzanckie sadzenie drzew na miejskich trawnikach. Partyzantka to szybka akcja. Raz, dwa i po krzyku. Ale miejskie trawniki często mają to do siebie, że są tylko kożuchem trawy, który pokrywa zwartą skorupę budowlanego gruzu i należałoby mieć kilof, łom, taczkę do wywozu betoniszczy, transport, doprowadzenie wody… A partyzant tylko w szpadelek był uzbrojony, więc niewiele się ostało z tych uczynków.

* * *
Jak teraz patrzę z okna samochodu na trawnik rozdzielający sześć pasm Alei Witosa w Warszawie, to oko bieleje! Jaka partyzantka?! Kopareczka, potem rurki z nawodnieniem, potem równiutko, w odpowiednich odległościach szeregi lip „Pallida” na zmianę z grupami robinii Małgorzaty (co zdumiewa, bo u mnie wymarzła), potem paliki i odciągi, pnie u podstawy owinięte jutą, żeby nie okaleczyć przy transporcie i żeby później zbyt nisko nie wypuszczały bocznych pędów. Wokół posadzonych drzew podsypka z kory sosnowej dla wszystkich powodów, słowem: nie partyzantka, ale kompetencja i serce rośnie. Lipy wszystkie odpaliły. Robinie – akacje kwitnące na różowo-czerwono, zwlekają. Ale daję im czas, bo to przecież nie olszyna. Jeśli dodać do tego setki krzewów irg i berberysów oraz dostojny szereg dębów czerwonych, to wychodzi na przekonującą manifestację polityczną. Tak, to jest władza tej przeklinanej warszawskiej H.G.W.

* * *
Partyzantkę odpuściłem z powodu teścia. Pozwolił mi sadzić drzewa w obrębie swojego sadu czereśniowego. Początkowo wpisywałem się w puste miejsca w rzędach i lekko naruszałem symetrię, tak jednak, aby traktor nadal mógł przejeżdżać. Posadziłem korkowca amurskiego, kilka dębów wyprowadzonych z żołędzi zebranych wcześniej w Arboretum Kórnickim, brzostownicę japońską, morwę czarną i białą, platana, którego posadziłem bez sensu pod drutami, daglezje, ambrowca, dziwactwa różne i nierodzime, tulipanowca, sosnę Watereri, świerk Brewera, dużo posadziłem i ekstrawagancko, i bez pojęcia. Zacząłem się panoszyć, a linie rzędów sadu czereśniowego zaczęły być coraz bardziej secesyjne. Teść coraz bardziej nie mógł przejechać traktorem i pewnego dnia powiedział: „Daję ci to”.

Normalnie jak święty Augustyn powiedział. „Kochaj i rób co chcesz”. Dostałem w posiadanie kawałek Ziemi. Półtora hektara, które widać z kosmosu Googli. Wciśnięty kawałek terenu między szosę a brzeg Wisły, między chemiczne fabryki jabłek. Stoję na dupiastej równinie mazowieckiej równiny. To moja Ziemia.

* * *
Oczywiście, że to jest ekstrawagancja. Odlot miastowego. Oczywiście. Od późnej czterdziestki planuję, zakładam, chwytam i sadzę. Na początku wyobrażałem sobie, że powtórzę gest Linneusza ze szwedzkiej Uppsali, który na małym prostokącie ziemi w pobliżu miejskiej katedry posadził drzewa i opisał przyrodę. W rzeczy samej Linneusz setki lat temu skodyfikował i nadał drzewom łacińskie nazwy. Linneusz jest Kopernikiem, tablicą Mendelejewa. Stworzył podstawę porozumiewania się ludzi w sprawach botaniki. W Uppsali, w jego ogrodzie, nie ma już żadnego drzewa, które posadził własną ręką. A powierzchnia jego ogrodu jest ledwie połową mojego.

* * *
Założyłem ogród botaniczny. Nie pytajcie, co myślę o ministrze Szyszko. Co więcej, nie pytajcie, co myślę o duchu tego myślenia, które, niestety, jest szersze niż PiS. Hasło „Ludzie! Wycinajta Obcego!” zaiste trafia na podatny grunt. To małostkowość ludzi, po prostu, a święty Augustyn przewraca się w Niebie.

Na półtora hektara zakładam ogród botaniczny. Sadzę drzewa i krzewy. Brakuje mi miejsca. Dawno odpuściłem ambicję kolekcjonerską, staram się tylko, aby pszczoły miały pożytek wiosną i latem, a ptaki pokarm zimą. Odnajduję i rozpoznaję sens swojej obecności, własnego pożytku i własnej nietrwałości. Chodzę i chodzę, i coś bardziej od nic.

Piękna porażka, piękne nienasycenie – oto moje ogrodnicze zawołanie. Chwasty zarastają, trawa buja, jakieś paskudztwo zaczernia liście róż. Drzewa kołyszą gałęziami. Bujam się.

* * *
Więc z wygodnictwa, z egoizmu wzięło mi się pod pięćdziesiątkę, żeby uznać, że wszystkie drzewa są moje. Bo jak mijam drzewa nie moje, na przykład jak mijam sierpniowym popołudniem w Poznaniu wielopniową lipę japońską z lat trzydziestych ubiegłego wieku, to dech mi zapiera. Dech mi zapiera tym bardziej, że moja-moja lipa japońska własnoręcznie posadzona przed rokiem ledwie przewyższa trawę i od tej poznańskiej dowiaduję się natychmiastowo, że w życiu nie dożyję u siebie takiego widoku… I wtedy stosuję prosty trik. Ja po prostu rozszerzam własny ogród o poznańską lipę. I nie chodzę z tym do geodety.

* * *
W ten sposób nieźle mi się rozszerzyło. Prawdę mówiąc, tak bardzo się rozszerzyło, że gdzie się nie ruszę, to pstryk i już jestem u siebie. Nawet jak nie rozpoznam drzewa po imieniu i nazwisku i nie mogę popławić się w łacinie Linneusza oraz mniej lub bardziej szlachetnych rodowodach. Od tej wiosny nawet Aleję Witosa w Warszawie uczyniłem wewnętrzną arterią.

Linneusz nie mógł mieć pojęcia o witosowej odmianie lipy „Pallida”, ale nadał nazwę gatunkowi – tilia. Tilia cordata – tak nazywały się lipy, które w okolicy mojej czterdziestki sadzili faceci pod zajezdnią metra. Wbrew klasykowi, który doradza, żeby „nie dociskać pedału liryzmu”, wyjaśniam: drzewo o magicznej nazwie tilia cordata i jeszcze bardziej magicznym zapachu latem, to to samo drzewo, które mówiło czterysta lat temu „gościu, siądź pod mym liściem” i jest po polsku najzwyklejszą lipą drobnolistną, ale ponieważ ma serduszkowate liście, łacińska nazwa cordata zawiera w sobie „serce”. Spałem kiedyś w Czechach pod taką lipą w… lipcu. Musiała mieć ze sto lat. Obudził mnie dźwięk z soundtracka filmu grozy. Coś jak pomruk transformatora elektrowni atomowej przed wybuchem. To były one. Brzęczały.

Pszczoły weszły do mojego rozszerzonego ogrodu na równi z ptakami. Kilkaset krzewów tarniny, które posadziłem na obrzeżach własnego poletka, zaczęło po kilku latach obficie owocować granatowymi śliweczkami kwaśnymi jak cholera. Cukrują się na mrozie. Kiedy teraz w lutym inspektorowałem posiadłość, doczekałem się przyjemności, której nie waham się nazwać – błogością. Otóż te różnej maści ptaszydła wyżarły wszystko co do jednej śliweczki. Błogością był widok balangi, resztek piór na cierniach, nieobjedzonych pestek, granatowych kup. Wszystko świadczyło o tym, że nie było nudy. Głogi i jarzębiny w dziesiątkach odmian – wszystko ogołocone. Z wyjątkiem jednej jarzębiny, mojej dendrologicznej dumy, która rodzi białe owocki. Początkowo byłem rozczarowany, ale potem pomyślałem: czy ja miałbym ochotę na zielony chleb albo czerwoną sałatę? A teraz jednak się rozczulam nad moim drzewem albinosem, bo zmarzło na kość i słaba nadzieja, że urodzi białe, niejadalne jarzębinowe owocki.

Więc z wygodnictwa, z egoizmu wzięło mi się pod pięćdziesiątkę oraz dla uproszczenia niepotrzebnych procedur, że to wszystko jest moje.

31-05-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Tańcząca w chmurach
    Tańcząca w chmurach 2017-06-05   02:40:03
    Cytuj

    Niesamowita prawdziwość słowa :) a zapach puka do mojego okna :)

  • Użytkownik niezalogowany Lila
    Lila 2017-06-04   09:51:45
    Cytuj

    Kłaniam się nisko i cieszę niezmiernie, że jest Ktoś, kogo cieszy pszczoła i ptactwo.

  • Użytkownik niezalogowany Preferencja
    Preferencja 2017-06-02   22:00:45
    Cytuj

    bardzo milusi i mądry tekst. Czy tak nie powinno być, tak czyli normalnie.

  • Użytkownik niezalogowany JL
    JL 2017-06-02   10:20:57
    Cytuj

    To jedna z piękniejszych rzeczy, jaką ostatnio przeczytałam

  • Użytkownik niezalogowany Kamila
    Kamila 2017-06-01   21:39:33
    Cytuj

    Dziękuję