AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O otwartym liście miłosnym do Olgi Tokarczuk

Fot. Karol Budrewicz  

Cud! Strona tytułowa książki mówi o tym, o czym będzie w środku, i to tam jest!

Księgi Jakubowe albo Wielka Podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez Autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka.
Mądrym dla memoryału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki.

To żaden cud. Raczej dość marginalny skutek cudu prawdziwego, jakim jest praktykowanie przez autorkę chybotliwej wiary w słowa na początku XXI wieku. Jednocześnie takie przytoczenie tytułu daje mi pretekst, aby zwolnić się z powinności opisu treści Ksiąg Jakubowych; po myśli mi to z powodu braku narzędzi krytycznych oraz nadmiaru uprzykrzonego bałaganiarstwa.

Wolę pisać o cudzie. Mecyje! Skoro taka babka siada i pisze grubiastą książkę, to chyba musi wierzyć w słowa, nie!? Skoro inna babka robi, dajmy na to, spektakl teatralny, no to chyba raczej wierzy w teatr, nie?!

Nie. Wydaje się, że wiele uczynków artystycznych przenika niewiara w słowa, w gest i znaczenie. Autorka Ksiąg Jakubowych na ostatnich stronach też wspomina o „ciemności” świata. O takim świecie, w którym słów, gestów i znaczeń nie sposób rozpoznać.

Opisywanie drogi Jakuba Franka i jego wyznawców to opis błądzących poszukiwaczy światła. Olga Tokarczuk wpisuje się w ten pochód. A ja samowolnie podczepiam się, mimo że wiem, iż entuzjaści są gorsi od sceptyków.

Tokarczuk wierzy w słowa, bo wygląda na to, że wierzy w istnienie opisywanego świata. Często jest jego gospodynią i przewodniczką, ale równie często znika, zatopiona w powodzi wypadków, które opisuje, poddaje się ich nurtowi w zdziwieniu i bezradności. Doprawdy wymaga to wiary. Zwłaszcza że w obrębie dopuszczonego do głosu świata przemawiają umarli, ich historie, listy, sny, materialne detale lub ich fizyczny niebyt. Gubię się, bo świat Tokarczuk jest dla zaawansowanych. Należą do niego jaskinie w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej i na równych, przepraszam za słowo, ontologicznych prawach opowieść o jaskiniach.

Ktoś powie, że taka wiara jest luksusem, błądzeniem pięknoducha. Może tak. Tokarczuk wspiera jednak ten luksus himalajskim wysiłkiem, cierpliwym mozołem. Wygląda na to, że zatrudniła w sobie samej cały wieżowiec researcherów. Gdyby na tym się skończyło, gdyby skończyło się na himalajskim mozole, to wciąż mogłoby gmerać w tyle głowy podejrzenie, że Księgi Jakubowe pozostają literacką cegłą, zrzędliwością ciotki od kultury. Ale nie. Tokarczuk nie zrzędzi. Ma w sobie cierpliwość długodystansowca, temperowany temperament polemistki codziennej prasy, surowość dobrej nauczycielki, wzruszenie dziecka i jakieś cholernie skowyczące dziecka nieprzytulenie. Wreszcie – i to koronuje jej wiarę w słowa – Tokarczuk ma poczucie humoru, a kiedy trzeba – dystans… do wiary w słowa, do poczucia humoru oraz… własnego bajdurzenia.

Do tej piętrzącej się piramidy zachwytów dodałbym jeszcze jeden poziom. Najniższy. Taki, na którym trzyma się cała budowla. Współczucie. Nie w sensie „sorry”. W sensie najpoważniejszym, gdzie współ-czucie oznacza wspólne oddychanie ze światem w jego żywiole, w kłębieniu się, w istocie, gdzie sprawy logiki oraz jej braku, dobrego i złego, przeszłości i przyszłości, męskości i żeńskości, plusa i minusa, nie nabrały jeszcze wyraźnych konturów i nic nie jest przesądzone.

***

Z herezji dowiesz się, w co wierzysz.

Nie jest to precyzyjny cytat. Szukajcie gdzieś między stroną 700 a 500. Nawet w numeracji stron zawiera się żartobliwa, wstępna lekcja gimnastyki umysłu.

Tokarczuk pisze o sprawach poważnych, dla których większość ludzi, większość mężczyzn i kobiet, z oczywistych powodów nie ma głowy. Normalnie i zwyczajnie nie ma czasu na kopanie się z dziewięciuset stronami, a tym bardziej z herezją.

Tokarczuk chyba się nie obraża na brak czasu czytelnika, chyba ma to w nosie. Świadomie brnie dalej, w niebyt debaty teologicznej w języku polskim. Ech, Miłosz, gdyby żył, to by… był. Ten Miłosz, jedyny, który we współczesnej polszczyźnie mógłby podać rękę Tokarczuk, powiada, że połowę kosmosu, przynajmniej połowę kosmosu zajmuje byt o wdzięcznym imieniu Sofia – Mądrość. 

Kiedyś wydawało mi się, że Miłosza Traktat teologiczny nawet za dwieście lat będą czytać maturzyści w polskich szkołach. Teraz myślę powściągliwiej. Teraz myślę: żeby czytał ktokolwiek poza Andrzejem Franaszkiem.

Kiedyś mi się również wydawało, że maryjność jest wyłącznie symbolem polskiego obskurantyzmu religijnego. Teraz zdania nie zmieniam, lecz tylko w przypadku, gdy mówimy o rodzimych rezultatach, a nie o źródłach. Sofia w maryjnym kraju przenika deskę ikony i promieniuje.

Kiedyś zajechałem do miejsca o nazwie San Giovanni Rotondo, we Włoszech. I co tam widać? Po przymrużeniu powiek, takim, które wyczyszcza z obrazu ostatnie sześćdziesiąt lat zmian w zabudowaniach? Czym jest ten mały kościółek wśród nieromantycznych pagórów w ostrodze włoskiego buta? Na odludziu nieludzkim, w którym większość życia spędził niejaki Pio, gdzie beczały kozy, gdzie nic, ale to nic nie było poza chaszczorami i kozami? Obraz tego miejsca towarzyszy mi, kiedy czytam książkę Tokarczuk.

Powiedziane jest, że pisarz pisze tylko połowę książki, resztę dopisuje czytelnik.

Wiec samowolnie dopisuję akapit o innym straceńcu, różnym od Jakuba Franka, o brodatym Pio, który szedł inną drogą, inne były jego wybory i konteksty. Wszystko było inne, a w dodatku zachowały się jego zdjęcia, a zwłaszcza izdebka, słowem materialny ślad. Więc łatwiej go przywoływać. Ten nawiedzony brodacz Pio po chwili sławy, która doszła aż do Rzymu, został zamieniony w całkowite milczenie, całkowitą samotność, z bolącym ciałem, z bandażami, które trzeba było prać z krwi, oraz z beczeniem kóz jako jedyną atrakcją. Przez lata nazywano go świętym ojcem Pio. Wiele, wiele lat potem został świętym na stałe.

Wiec jaki obraz mi towarzyszy? Czym dopełniam panoramiczną, otwierającą narrację Tokarczuk? Widać kościółek ojca Pio, wykopnięty w kosmos pagórkowatego, nudnego krajobrazu, pożal się Boże kościółek, z przeciągami, bo wiatry od morza, nuda i banalność sakramencka. I co tam widać w malutkim środku, na malutkim ołtarzu? Widać spełnienie wszystkich teologicznych, pokręconych fantasmagorii Tokarczuk. Widać odsłonięte piersi Kobiety.

***

Herezja nie występuje pod mazowiecką szerokością geograficzną. Ostatnie, dość wyjątkowe, pokątne spalenie na stosie miało miejsce w cichości jakieś dziesięć lat temu. Palono wtedy księdza Węcławskiego. Ksiądz Wojciech Lemański nie jest żadnym heretykiem, jest po prostu wspaniałym, wierzącym chrześcijaninem o niewyparzonej gębie, który natrafił na beton urzędu. Jego stos zaledwie dymi. Lemańskiego ten dym chyba udusi, TVN już wyłączył kamery, resztę rozwieje wiatr.

***

Tokarczuk uruchamia wyobraźnię podróżnika. Lecimy nad rzekami, lądujemy w zagajnikach, w pieczarach, na kamiennym zboczu pod górą Athos, co chwilę czujemy przeciągi nieogrzanych chałup, jesteśmy w burdelach Warszawy, w strzyżonych ogrodach Moraw i nad Menem w Niemczech. Opis dojazdu z Warszawy do klasztoru jasnogórskiego wzbudza czujność, bo pisze Tokarczuk, że zjechali na prawo. Zgadza się. Z Wa-wy do Klasztoru zjeżdża się w prawo. W alei prowadzącej do Klasztoru rosły lipy „kandelabry”. Muszę sprawdzić, co teraz rośnie. Sprawdzić Wojsławice! Ale nie te z bajecznym, odbudowywanym azaliowym majowym ogrodem botanicznym i kolekcją liliowców, na Dolnym Śląsku, bo to wiadomo, ale te pod Zamościem, po których nie zostało już śladu. Resztki zdegradował PRL.

Ale to tylko dociekliwość czytelnika Tokarczuk, którą ona sama uruchamia, bo wszystko jest teraz. Bo przy całej historyczności to jest reportaż z osobistego myślenia autorki i czytelnika. Tokarczuk proponuje podróż po geografii, po zapachach i smaku fig, po swoich zmyśleniach, w które wierzę jak we własne. Autorka powiada, że spisuje zeznania umarłych. W to też wierzę. Wierzę w siłę słów. Wierzę w czułość listów Benedykta Chmielowskiego do jego niespełnionej kochanki. Autorka czyta w Ossolineum we Wrocławiu egzemplarz Nowych Aten tegoż autora, egzemplarz dotykany dłońmi jej historycznych bohaterów, i odpisuje autorowi, wcielając się w kochankę, z poradą, aby nie używał tyle łaciny, bo to niezrozumiałe jest po prostu. Powtórzę: wierzę w czułość tych listów. Ile trzeba wiary w słowa i w istnienie świata, aby taki listowny dialog mógł powstać?

***

Książka zaczyna się od końca. Od strony dziewięćsetnej. Tak jest ponumerowana. Na początku trochę to wkurzało. Bo nie było wiadomo, gdzie się jest. Albo, że to takie artystyczne widzimisię. Potem luz. Potem nachodziły wszystkie możliwe Elioty, że „początkiem jest twój kres” albo coś w tym rodzaju. Na końcu książki stało się jasne, że ta numeracja to nieinwazyjna lekcja myślenia na opak. Wzięta z hebrajskiego porządku, od prawej do lewej, ale użyta właśnie teraz. Z uśmiechem złośliwego Dyzia. Że to jest kompletnie straceńcza, błazeńska próba płynięcia pod prąd opisywanym nurtom rzek, stolic i Kościołów, które umówiły się, że są trwałe i płyną zgodnie z wyznaczonym przez siebie azymutem.

Szanowna Pani Olgo! Mam poczucie, że Pani pisanina to zawracanie głowy. I to jest dobre. Pani historie, które zaczynają się we mgle jakiegoś osiemnastowiecznego zadupia na Podolu, uruchamiają czytanie. Czytanie na nowo wszystkich Ewangelii oraz ich współczesnych mądrych czytelników. Tych wszystkich Miłoszów, Eliotów i Jungów razem wziętych oraz tych, których owi autorzy pociągają na świadków, oraz tych, których ci świadkowie pociągają. I tutaj ja się zapisuję. To jest czytanie, które nie dość, że pomaga unieważniać czas, to jeszcze potrąca o zapomniane, najważniejsze pytania. I jest dobre.

13-04-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Maria Dworakowska
    Maria Dworakowska 2015-04-15   15:01:31
    Cytuj

    Piotr Cieplak wierzy w słowa: zrobił w Teatrze Narodowym, w roku, w którym obchodzi się 250 lat Teatru Narodowego w Polsce, spektakl czytania pierwszej księgi "Pana Tadeusza" Mickiewicza, a będą też kolejne. Spektakl przepiękny i mądry, dowcipny i zamyślony, czytany i grany, współczesny! Wystarczy za wszelkie inscenizacje.

  • Użytkownik niezalogowany Irena Groblewska Andrzejewska
    Irena Groblewska Andrzejewska 2015-04-14   09:19:13
    Cytuj

    Piotr Cieplak o książce Olgi Tokarczuk pisze miedzy innymi, że " pomaga unieważnić czas....." Jakże to prawdziwe określenie. Jak wielką jest rozkoszą czytać "odpowiednie rzeczy słowo "wie Margareta, więc list ten przede mną otwiera, abym przypadkiem nie przeoczyła, bo dziś tak wiele omijamy, nie wiemy czego nie wiemy, nie zawsze czytamy to, co teraz ważne.....a książka Olgi Tokarczuk to jak światło w ciemności, jak nadzieja czyniąca cuda, jak okno na światy, które przedtem ktoś nam świadomie pogmatwał......i nagle przyszło, opowiedziało i pofrunęło niczym Jenta dalej i róbcie z tym co chcecie...możecie nadążać za autorką po kraju i wyłapywać inteligentne twarze na spotkaniach autorskich, możecie podążać rożnymi ścieżkami i traktami i bezdrożami, które i tak zaprowadzą Was do tego jednego głównego pytania, które sobie zadajemy tak wiele razy w drodze do kresu, który może jest początkiem rzeczy..."Księgi Jakubowe" to coś więcej niż opowieść o losach....to precyzyjnie utkany filozoficzny traktat o życiu, poszukiwaniu smaków, zapachów i POWODÓW.....powodów, aby wybierać się w podróż, powodów, by przetrwać czas trudny i czekać, powodów żeby rodzić i umierać w ciszy, powodów, żeby zostać albo iść przed siebie dalej.....dla mnie to także ostrzeżenie czy może raczej przestroga.....i dalej pomilczę.....