AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O pożytkach z podziału

Fot. Karol Budrewicz  

Od kilku tygodni smażyłem poniższy tekst w ramach autoterapii. Miała polegać na próbie odnalezienia dystansu, oddzielenia się od bieżących wydarzeń politycznych i spojrzenia na obecny rozpad i podział nie tylko jak na koniec III RP, ale także na uznaniu tego faktu za dokonany oraz poszukiwaniu (dla siebie) starych-nowych źródeł identyfikacji obywatelskiej.

*    *    *

Dzisiaj sobota, 17 grudnia. Poniższy tekst, a zwłaszcza jego ton, jest już anachroniczny. Zegarek jakby szybciej odmierzał minuty. Jakby już nie było czasu na takie filozoficzne dyrdymały. Najwyżsi dowódcy polskiej armii podali się do dymisji. Forma uchwalenia budżetu Państwa jest do zakwestionowania przez każdą, nawet początkującą kancelarię prawną. Konstytucję zawiesił wcześniej Prezydent, potem Trybunał Konstytucyjny został zawieszony przez Sejm, a teraz Sejm zawiesza resztki własnego demokratycznego sensu.
Jeśli jednak teraz decyduję się na ogłoszenie swoich wypocin, to z myślą, aby włączyć je do rozmowy, która dopiero nastąpi, bo wtedy będzie więcej czasu. Będzie bardzo dużo czasu.

*    *    *

Dzisiaj środa, 28 grudnia. Stało się, ale jak gdyby nigdy nic się nie stało. To dość niesamowite. Niezła kosmiczna zagadka, którą oczywiście gotów jest wyjaśnić  każdy astronom amator. Otóż dzień zaczyna się wydłużać, a noc nie jest już najdłuższa. Świętowałem więc kosmiczne przesilenie, zbratany (między innymi) z budowniczymi kamiennego kręgu w Stonehenge!  Za kilka miesięcy, w kosmiczną Wielkanoc, Słońce wzejdzie w szczelinie między dwoma kamiennymi słupami. Albo jakoś tak, w przybliżeniu. Znaczenie miewa swoje symbole, a symbole miewają czasami jeszcze swoje znaczenie. Wśród nocnej ciszy…

*     *     *

Dzisiaj czwartek, 29 grudnia. Głupio trochę za te nawarstwiające się wstępy. Pojawia się nawet miła, autotematyczna chętka, aby uczynić z nich tekst właściwy. Ale hola, hola! Wróćmy do prozaicznych baranów mazowieckiej myśli. A wśród tych myśli, wśród nocnej ciszy, przywołajmy bolesny komentarz warszawskiego kardynała, który nie daje mi spokoju. Komentarz kardynała, który napomina posłów okupujących salę plenarną Sejmu, aby nie zakłócali nocnej ciszy… „I ty, Brutusie, przeciwko mnie?!” – zapytał podobno Cezar, kiedy szpikowano go żelazem. Tak i ja, niczym Cezar, ostatecznie żegnam się z resztką złudzeń, że podziały w królestwie Danii nie są ostateczne.

O pożytkach z podziału

Od dawna i bez powodzenia szukam haka, o który można by się zaczepić i nie zawisnąć, a przeciwnie, wypleść na nim jakiś warkocz społecznie pożytecznego i w dodatku w miarę optymistycznego sensu. A nie tylko dół, dół i apokalipsa. Słodko-kwaśne metafory ogrodu, jego uprawy, gnicia, zarastania, czekania na bociany – są owszem ważne i bliskie mi, ale czuję, że muszę uważać, gdyż ostatnio podśmierdują eskapizmem i wsobnością. Nie żebym do ogrodu się zniechęcił, o nie! Ani praktycznie, ani dendrologicznie, ani filozoficznie, ani metaforycznie nie zniechęcam się do mojego ogrodu! Ale ogród niech pozostanie ostatnim nabojem. Ostatnią redutą. Jądrem świata. Tymczasem jest zima. Mój ogród w Wólce Dworskiej śpi, albo tak się wydaje, że śpi. Tylko na pierwszy rzut oka śpi, bo wiadomo, że nic się nie zatrzymuje. Ale teraz niech tak będzie, że ogród milczy.

Na marginesie zapisu o ogrodzie: zdumiewająca, wzniosła, melancholijna, śmieszna, czuła, trudna, irytująca, poruszająca, ponowna lektura Zachodu słońca w Milanówku Jarosława Marka Rymkiewicza. Tak, tego samego autora. Ale tylko dla zaawansowanych.

Tymczasem chciałoby się jeszcze nie ogradzać ogrodu, nie okopywać się, ale wypuścić na terytoria międzyludzkie. Chciałoby się jeszcze pójść w Polskę i nie marudzić.

*    *    *

„A kaz tyz ta Polska?”  - pyta Panna Młoda w sztuce tego syfilityka z Krakowa.  A Pan Młody każe jej dotknąć serca i powiada: „A to Polska właśnie”...

Odpowiedź Pana z Miasta oczywiście niczego nie wyjaśnia – raczej mąci. Wyspiański mąci. Mącą wszystkie słowa. A dzisiaj stopień nieufności wobec słów i ich zmącenia przybiera na rzekach nienotowane rejestry.

„A kaz tyz ta Polska?” - dopytuje się Panna Młoda. Mało tego. Swoje pytanie poprzedza mroczną wizją snu, w którym jakieś diabły miały ją do jakiejś Polski porywać. A potem już nic nie było – opowiada Panna Młoda – tylko kruk podrywający się do lotu i pusty obraz chwiejącej się gałęzi…

Wydaje się, że autor z Krakowa świadomie wpisał w odpowiedź Pana z Miasta rozpaczliwy frazes, ale po stu latach, Wyspiański ucukrowany, osłuchany, nie zgrzyta, przeciwnie – brzmi jak harmonijna melodia do rymu. Drastyczne dysonanse tekstu, a może nawet jego absurd, choć tym słowem autor się nie posługiwał, dzisiaj nie dają efektu skrzypienia styropianu po szkle, chociaż sto lat temu ta muzyka musiała brzmieć jak Sex Pistols.

*   *   *

„A kaz tyz ta Polska?” Zbieram się na odwagę, przekraczam granice ogrodu i jak łysa, pod sześćdziesiątkę Panna Młoda pytam o granice kraju, w który wiezie mnie zimowy sen.

I nagle to odkrycie odkrytego! Sto lat po Wyspiańskim. Hak, o który można się zaczepić i nie zawisnąć! Odkrywam na nowo, że nie ma Polski, którą można rozpoznać dotykając ręką serca. Że dzisiaj to jeszcze gorszy frazes niż wtedy. To jasne, że granice podziału polskości wytyczane przez Wyspiańskiego, uległy oczywistemu przemieszczeniu. Wyspiański był obywatelem Austro-Węgier, Polski nie było na mapie, a pytanie „A kaz tyz ta Polska?” miało (również) praktyczny wymiar pytania dla geografów. Jednak nawet po stu latach pozostaje brak orientacji w terenie.

*   *   *

W zapisanej w Weselu diagnozie rozdwojenia, roztrojenia polskości syfilityk z Krakowa czyni powód słabości, głupoty, ślepoty, niemocy, zaniechania czynu. I słusznie, bo wtedy o jakieś wspólne zebranie się do kupy chodziło. O niemożliwą do spełnienia potrzebę jedności języka bronowickiej chaty chodziło (a skurczybyk, rozpisuje różnice finezyjnie), a co dopiero mówić o jedności Polaków, obywateli mieszkających od bez mała stu lat w trzech różnych krajach Petersburga, Berlina i Wiednia.

A potem? A teraz? Wyobrażacie sobie wspólnotę, w większości niepiśmienną, walczącą w różnych wojskach różnych państw, przeoraną potem czołgami, opresją zawsze obcych urzędników, zemstą zawsze obcych sąsiadów, chęcią przetrwania, upokorzeniem, mordowaniem Żydów, komunizmem, konformizmem, a na koniec wspólnotę – nagrodzoną za wytrwałość – wakacjami w Egipcie???
Jedność u Wyspiańskiego była zrozumiałym postulatem, domyślnym brzmieniem Złotego Rogu rozlegającym się na domyślnym terytorium domyślnej Polski. Teraz też jest zaledwie mrzonką i zanim ulegnę tej syreniej melodii, zanim uznam, że celem mojej wyprawy jest Polska-Itaka, a warunkiem powodzenia podróży jest jakaś domniemana jedność polskości, zanim uznam, że rozmowa Panny Młodej z Panem z Miasta jest do rymu… muszę wytyczyć granice nie-porozumienia. Dzisiaj gwałtownie potrzebuję się rozróżnić i nawet prawdopodobny brak piękna w tym różnieniu się nie powinien mnie zniechęcać. Mało tego, zanim wezmę na siebie winę pierdolonego inteligenta, zwolennika „ciepłej wody”, ciemiężyciela, który upokarzał „przeciętnego Polaka”, oraz beneficjenta III RP, muszę sam siebie wziąć w garść i wydmuchiwać w tej garści ziarna od plew.

Otóż dzisiaj radykalny podział, zdefiniowanie różnic może być ozdrowieńczym wyzwaniem. Jest cywilnym, obywatelskim, etycznym, intelektualnym, a nawet, za przeproszeniem, artystycznym wyzwaniem. To już prawie jak czyn. Podział łatwiej definiować negatywnie, lecz nawet za mojej młodości, gdy sprzeciwiałem się „komunie”, dusił mnie epitet „anty-komunista”. Podobnie teraz, gdy sprzeciwiam się ze wszystkich sił państwu Kaczyńskiego, dusi i ogranicza myśl, że miałbym zdeklarować się jako „anty-pisowiec” i że ta negatywna lokalizacja miałaby określać mapy mojej wyprawy w Polskę.

*   *   *

Podział często, prawie zawsze, jest zły. Nad podziałem, w sprzyjających okolicznościach, skapuje krew. Myśl, że ktoś mówi po polsku, ale nie należy do mojego plemienia, jest zawsze złowroga. Ale to wisi w powietrzu. Świadomość, że wyprawiając się z ogrodu w Wólce Dworskiej, wyruszam w Polskę i nie wiem, kogo zastanę w najbliższym domostwie, jest, w skrócie mówiąc, mało turystyczna. Bo mówienie po polsku nie oznacza naturalnej więzi i może okazać się wymianą ognia. Mówiąc o ozdrowieńczym geście podziału, o śmiałej odmowie politycznie obowiązującej wersji języka polskiego, mam poczucie, że prędzej czy później sam dostanę w mordę, ale co gorsze, sam napinam zwiotczałe wiekiem mięśnie. Kiedy z ogrodu w Wólce Dworskiej zaszedłem do kiosku na Warszawie Centralnej, a tam zastałem eleganckiego pana, który kupował „wSieci” a potem uśmiechnął się do mnie porozumiewawczo, miałem ochotę mu jebnąć. Jebnąć po chrześcijańsku, w oba policzki, żeby poleciał w stojaki z „Vivą” i „Galą”, żeby oparł się o regał z motoryzacją i ogrodnictwem wydawanym za niemieckie euro Angeli Merkel, a potem, rażony moją pięścią, spłynął w dół, miłosiernie przykryty płachtami „Nowego” albo jakiegoś „Naszego Dziennika”.

Nie ma jednej Polski. Nawet dwóch nie ma. Nie ma jednej Hiszpanii, odkąd mordowali się wzajemnie w 1936 i do dzisiaj krew i pamięć nie przyschła, a wielkie derby Madrytu z Barceloną są tylko cudownym plastrem. Nie ma jednego Brexitu, nie ma jednego zwycięskiego Trumpa, nie ma jednego świata. Włosi zjednoczyli się w jedno państwo chwilę temu i ta osobność wyłazi co rusz, a Niemcy stają się dzisiaj nadzieją wspólnotowej Europy i najbardziej twórczymi orędownikami europejskiej jedności, być może dlatego, że wciąż odrabiają kosmiczną lekcję makabry jedności w stylu „ein Volk, ein Reich”… Jestem Panną Młodą, jestem rozproszoną wyborczynią, która wyłazi ze swojego ogrodu i nie wie, gdzie są granice jej kraju.

*   *   *

Wędruję zatem po terytorium ubi leones (spytajcie Majcherka, o co chodzi) i myślę, że świadomość polska jest wciąż na etapie pryszczatym. Nie dlatego, że nie było wcześniej Gombrowicza (w Argentynie), Mickiewicza (w Paryżu), Miłosza (w San Francisco). Świadomość polska nie miała dotąd sprzyjającej okazji, aby dojrzewać, stanąć ze sobą w szranki w wymiarze bardziej powszechnym, potocznym, codziennym, lokalnym, bardziej utytłanym niż dramatyczna twórczość poetów na emigracji oraz wąskiej gromadki ich czytelników w kraju. Mimo wszystko sprzyjają takiemu lokalnemu sporowi wciąż stosunkowo dogodne okoliczności zewnętrzne (najlepsze od czasów lipy Kochanowskiego).

W takim kontekście, w poszukiwaniu takiego lokalnego, polskiego sporu – ku własnemu zdumieniu – nawet wezwanie wyborcze kandydata na Prezydenta,  Andrzeja Dudy w telewizyjnej debacie z Komorowskim, wezwanie,  aby „nie przepraszać za Jedwabne”, wezwanie, które traktuję jako zaprzeczenie mojej własnej mapy polskości,  nawet takie pogańskie wezwanie widzi mi się lepsze, od oceanu obojętności, braku zdania, milczenia, albo z osobna-ponowoczesnej ironii. Chwilę temu w „Gazecie Wyborczej” przeczytałem zdanie: „Złych polityków wybierają ludzie, którzy w dniu wyborów zostają w domu”. Wolę Ziobrę i Maciarewicza niż tych wyluzowanych i zdystansowanych, którzy wszędzie widzą symetrię kłamstwa, symetrię podejrzanych interesów oraz własną chatę na uboczu ironicznego uśmiechu. Którzy samozwańczo przyjmują rolę recenzentów, nie mając nic do powiedzenia we własnym imieniu. Płyną rozumni i zdystansowani, nad piwem w przysiółkach pod GS-em i w modnej knajpie nad czymś tam. I wszyscy zaczynają od Wyspiańskiego: od tego, że Chińczyki, Trumpy, Putiny i islamiści trzymają się mocno i że taki jest świat.

Do teraz jestem przekonany, że idea „ciepłej wody w kranie” była najlepszą, najpojemniejszą, najbardziej nieinwazyjną formułą, która mogła Polskę jednoczyć w tak zwanym społeczno-politycznym sensie i jednocześnie tworzyć ramy, w których polska pryszczata świadomość mogła kotłować się i buzować. Mogła wygadywać najrozmaitsze banialuki, mogła obrażać się i być obrażana, wyciskać pryszcze, mogła dojrzewać w komfortowych warunkach, nigdy dotąd w Polsce – nawet za Kochanowskiego – nieistniejących. Lubiłem „Polskę w ruinie”. Lubiłem „bezideowego i populistycznego” premiera Tuska, który całą noc przesiedział w korytarzach Sejmu z rodzicami ciężko chorych dzieci i tłumaczył, że podwyższa maksymalnie, ile się da, ale nie więcej, bo trzaśnie cały interes. Lubiłem „bezideowe, zajebiście populistyczne” podnoszenie wieku emerytalnego. Lubiłem gościa, który wierzył w umiarkowanie i nie wycinał Kamińskiego ze służb specjalnych, a także odpuścił telewizję, a Kościołowi zaproponował warunki ugody, wierząc, że można się dogadać i nie wszczynać wojen, bo sprawy są bardziej dalekosiężne. Wierzył, że pryszczatą świadomość mamy już za sobą. Lubiłem nawet „antysystemowe” (tak, tak, jeszcze chwilę temu to się nazywało „antysystemowe”) wystąpienia w teatrze (W imię Jakuba S.). Pozwalały mi w proteście przeciwko temu przedstawieniu, jebanemu mieszczaninowi z Kabat, na nowo odkrywać dobrodziejstwo inteligenckich przesądów, a tym samym umiaru w myśleniu, a także doceniać źródła ciepłej wody. Gryzę się w język (i w klawiaturę), aby nie ciągnąć tego środowiskowego wątku, bo jakiekolwiek jego ujęcie zawsze wyjdzie na małostkowe.

Teraz jest inaczej, ale to wciąż (jeszcze przez chwilę, zważywszy prognozę pogody) luksusowe warunki, żeby jeszcze przez kilka lat, zostawiając na boku bieżące PiS-owskie absurdy odwróconych znaczeń, zadawać sobie bolesne pytania o naturę i tożsamość pryszczatej wspólnoty, z którą się identyfikuję albo nie. I na jakich warunkach. A zostało niewiele czasu.

*   *   *

Co poradzić na to, że nawet pytanie o „naturę i tożsamość” formułuję posługując się literaturą, choć w odruchu, żeby nie wyszło patetycznie, boleśnie i głupawo, ranię epitetem Wyspiańskiego? Że po opuszczeniu ogrodu w Wólce Dworskiej włażę w następny ogród, tym razem utkany ze słów? Że szukając punktów i odniesień na mapie Polski, której szukam, w odruchu przychodzą mi na myśl przede wszystkim gryzipiórki? Trudno. Każdy orze jak może. A zważywszy notowania czytelnictwa, wiem, że szykuję sobie orkę po „martwym oceanie kodów znaczeniowych” (znów odsyłam po wyjaśnienie do Majcherka). To strategia karkołomna. Strategia, którą latami przeklinałem. Wyobrażałem sobie, że współczesna Polska nie będzie musiała odwoływać się do literatury, do mitów. Marzyłem, że Polska będzie nudna. Że po raz pierwszy w historii zdobędzie się na mistrzostwo bycia średnim krajem ze średnimi problemami, a tylko artyści i „engieosy” oraz Adam Wajrak i Marcin Świetlicki będą szukali dziury w całym. Wyobrażałem sobie, że na co dzień będę protestował przeciwko ograniczaniu terenów Natura 2000, a od święta, w teatrze, na własne ryzyko i na własną udolność, będę poszukiwał uniwersalnych znaczeń w świecie bez znaczeń.

Ale tak nie było. Tak sobie tylko wyobrażałem. Teraz wyobrażam sobie co innego.

- Ale kaz tyz ta Polska?! – dopytuje się Panna Młoda.
- Spoko – odpowiadam.  – Opiszę wielki zlot literatów nad Pałacem Kultury, zlot żywych i umarłych, przy okazji wyznaczę nowe granice kraju oraz na nowo zdefiniuję optymizm przez oddzielenie od pesymizmu. W następnym odcinku…
- Acha. Czyli, że co, Łysy??!
- Że co, że co… Normalnie opiszę! Nie da rady wszystkiego w jednym.
- Łysy! Ale wszyscy tak mówią, że nie da rady. Opiszesz ten zlot? Opiszesz coś optymistycznie?!
- …a dlaczego piję tego browara?
- żeby było optymistycznie?...

4-01-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2017-01-07   21:49:09
    Cytuj

    Maryś, ale Ty właśnie o własnych kompleksach, spójrz w lustro. Gwiżdż na Grasia z Cieplakiem - propagandystów i grzej samodzielnie, a nie jak z Jarry'ego

  • Użytkownik niezalogowany polska.analfabeta
    polska.analfabeta 2017-01-06   14:37:21
    Cytuj

    Żeby mieć ciepłą wodę w kranie, trzeba mieć kran. Polacy nie mają gdzie mieszkać, harują ponad siły, w stresie, bez poszanowania prawa pracy, zarabiają grosze, emigrują milionami... Pogarda tzw. elit, po 89 roku zrodziła ten podział. Miał w tym swój udział także Kościół. Tekst, wydumany, przegadany, napisany bełkotliwym, pretensjonalnie kumpelskim, wysilonym na inteligenckość językiem. Jak widać, można być inteligentnym i nie rozumieć zupełnie rzeczywistości. PIS nie powstał z niczego, jak z niczego nie budzi się w Europie niechęć wobec obcych. Za nieodpowiedzialność i przeniewierstwa, trzeba zapłacić. I tako prawda Panie Piotrze Cieplak.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2017-01-06   10:35:30
    Cytuj

    już wskazywałem, że lewica teatralna (kanapowo-forumowa) ile razy puści bąka natychmiast budzi chama... To jest ich niezaprzeczalny wkład do kulturki: Edek! Dlatego to dobre, bo obnaża. I jeszcze, wszystkim tym "mordoklejkom" i specjalistom od wody i pomieszania tak z nie: oni podskakują w kodzie, a ludzie i teatr robią swoje dalej. To się nazywa klasa wyalienowana. Ja bym jednak aplikował wykształcenie. A opornych do kąta , bo na Maderę bez tych wszystkich rządowych dotacji i grantów nie zarobią

  • Użytkownik niezalogowany Marzena
    Marzena 2017-01-06   03:20:38
    Cytuj

    Dobry tekst. No i rozmarzyłam się na wspomnienie ciepłej wody w kranie

  • Użytkownik niezalogowany zby
    zby 2017-01-05   18:12:29
    Cytuj

    a jkz jeszcze lepiej, warto bawić się z Zenkiem

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2017-01-05   15:12:45
    Cytuj

    zgoda, zgoda (kto rękę poda?): Pana Piotrusiowe filozofowanie i "obywatelskość" to dyrdymały... (dlatego "do zakwestionowania", bo z kancelarią i z prawem to już nie). Hop-hop nam zdycha kod (proszę nie pytać Majcherka). PODZIAŁ JEST DOBRY. Zawsze tak było: Targowica i Rejtan, Kostanty i Wysocki, ten sam Konstanty i hr Krasiński, Wandzia Wasilewska i ta, co nie chciała Niemca... Tu jest Polska i taka jest Polska, a nie "ten kraj"... Dzisiaj na mających ochotę (!) "jebnąć" i zmieniających ideologiczną pryszczatość nie tyle na normalność, co u c z c i w o ś ć. Śmieszy mnie ten Cieplakowy comin out, i to, że już wyraźnie widać, iż on bez wódki nie rozbieriosz - wg jego teorii ich, nie nas. Coś radzić? Jak zwykle: maturę! Np minimum wiedzy o tym, czy wymienieni na tę emigrację to tak jakoś, jak z koleżanką na Maderę, czy raczej z przyłożenia wiadomej ręki? Zamiast szczekać zawsze warto coś przeczytać, nie tylko podcierać się Koheletem. Dlatego mąci kod (czy kot - tu Majcherek jak znalazł?), a Wyspiański objaśnia. Ale "Pan nie wiedzom". Łysy a głupi