AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O przylatywaniu

Fot. Karol Budrewicz  

Takie dni nastały, że jak wybieram się do swojego ogrodu, to najpierw go mijam, jadę dalej asfaltówką, podjeżdżam króciutko do Wisły i w lewo, wzdłuż wału, do wsi. Za przystankiem wypatruję. Pusto. To w porządku. To znaczy, że przynajmniej jeszcze nie teraz. Że jeszcze i ja mam chwilę na nadzieję.

Takie mam małostkowe rozmowy ze sobą. Od trzech lat. Odkąd przytransportowałem z tartaku pień sosnowy, długaśny na dziesięć metrów. Zalałem betonem stalowe trzymadła, żeby okorowany pień nie siedział w ziemi. Te bąble na rękach, zanim się człowiek połapał! Na górze platforma z desek z solidnie, własnoręcznie wyspawaną ramą, z gałęziowym wieńcem obsypanym wapnem dla smaku, że niby po wcześniejszych kupach.

Gałęziowy wieniec z kupami dawno już rozwiał wiatr. Słup leciutko się odkształcił. Ale jednak miejscówka wymarzona, u najbardziej życzliwego gospodarza na Mazowszu. I nic.

Od trzech lat nie zasiedlają. We wsi tak. Od trzech lat, pod wieczór, jak cichnie świat, słyszę przez cały kwiecień to trzaskanie dziobami. Zwołują się, przeginają szyje, sycą urobkiem robaków, ryb, innej żywiny. Niesie się ten klekot po wsi, po sadach, aż do mnie. Odginam wtedy kark z pochylenia, jeśli w pochyleniu zastaje mnie ten klekot. Albo zapalam papierosa.

W zeszłym roku wydawało się, że już. Podleciał, usiadł. Serce zaczęło łomotać. To taka chwila, jaką każdy pamięta z życia. Sekundowa migawka z przystanku autobusowego. Na szkolnym korytarzu. Na wycieczce. Na wczasach jeszcze z rodzicami. W progu drzwi. W tłoku na imprezie. Pamiętacie?! To nie była radość ani strach, ani miłość, ani zachwyt. To było jak umieranie! Pamiętacie ten moment?!!!

Posiedź, mówię, natnę jeszcze gałęzi. U mnie ziemia dobra, niepryskana. Zobacz, ile kretów! Zobacz, jak nornice figlują. Będziesz miał raj! A on, bo to był on, że widok nie taki, że to, sio, w sumie nie wiadomo co. Mówi, że dziewczyny nie ma i czuje się taki samotny. Ja na to, że spoko, jakeś przeleciał tyle tysięcy kilometrów, to musisz mieć jaja. Że jak nie ta, to inna. Żeby uwierzył w siebie. A on tylko zakłapał coś dziobem raz i drugi. Postał, pomarudził. I fruuuu. A później śniegu dowaliło jak cholera. Myślę sobie: podjadę do Góry Kalwarii, skuszę na żołądki drobiowe. Wysypałem pod słupem całą reklamówkę. Było tego tyle, że psy z okolicy nie dały rady za jednym posiedzeniem. Wiem, bo następnego dnia ślady na śniegu wskazywały na niezłą orgietkę. A i tak zostałoby dla mojego ciamajdy, który z dziewczyną nie potrafi zagadać.

Nie zagadał. Wiem, że to on, bo oni pierwsi się rozglądają. One siadają, jak oni mają coś do zaproponowania. One siadają, jak oni siadają i klekoczą. A ten palant nie wiem, co sobie wyobrażał. Że od razu Puszcza Białowieska?! Poniemiecka cegła na Mazurach?! No więc mijam swój ogród i jeżdżę do wsi sprawdzać, czy tamte wieśniaki już zlądowały. Bo lądują co roku, regularnie, lądują wśród traktorów, niemieckiego szrotu i opryskiwanych sadów. O tyle romantyczniej, że w połowie wysokości słupa mają towarzystwo budek lęgowych dla plebsu.  Skoro tam jeszcze te ptaszyska nie osiadły, nie doleciały z Afryki Południowej, jeszcze tytłają się w błotach Nilu albo już bliższego Dunaju, to znaczy. To znaczy, że i mój słup z tartaku może sobie dyndać bezkarnie z nową, corocznie odnawianą nadzieją.

Od trzech lat gniazdo dynda na pośmiewisko mojej pychy. Na bolesną figę. Na lekcję godzenia się, że nie będzie tak, jak sobie wymyślę.

Budki lęgowe tak i tak zrobię. Tylko te patyczki, które teraz udają drzewa, muszą trochę zmężnieć. Wtedy zawieszę. W tym roku, jeśli nie przylecą te ptaszydła z czerwonymi girami, ci mięsożercy, ci bezpaństwowcy, te zupełnie-nikomu-niepotrzebne stworzenia nie osiądą, to skrócę trochę wykrzywiony słup i zaplotę nowe gałęzie, i przysypię wapnem, żeby wyglądało jak stare kupy.

Taki mam plan i to będzie moja odpowiedź.

16-03-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: