AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O seksualizacji i innych

 

Obejrzałem w telewizji program, w którym uczestniczyły dwie pisarki dla dzieci, panie Anita Głowińska i Marianna Oklejak, pisarz Grzegorz Kasdepke i mój przyjaciel Artur Barciś.

Program trochę skrzypiał z uwagi na pandemiczną łączność, ale mimo wszystko był dla mnie niezwykle inspirujący.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze ludzie nie witali się łokciami, a komunistyczni siepacze zmuszali dzieci do nauki antyamerykańskich wierszyków w rodzaju: „Mister Twister, były minister, / fabrykant guzików, właściciel dzienników / i hut w USA…”, wychowanie dzieci stanowiło wyzwanie partyjne.

Jeśli pamiętam ten wierszyk, a właściwie sam jego początek, to także dlatego, że przy okazji przeczytałem wiersz o małpie, która weszłaby na największe drzewo świata i coś bardzo, bardzo wielkiego zrzuciła do wody. „Jaki to byłby PLUSK!” – pisał Samuił Marszak, zastrzegając, że to „baśń afrykańska”, czyli że można myśleć absurdalnie, bo to klasowo słuszne.

Kultura radziecka propagowała swoje wzorce intensywnie, a dla równowagi przed pierwszą komunią trzeba było wykuć: „Nie pożądaj wołu, osła, żony bliźniego swego ani żadnej rzeczy, która jego jest”.

Kolejność pożądań dowolna.

Może i nie ma się co dziwić, że pokolenie wychowane na tak niekompatybilnych wzorcach obaliło komunizm, zbudowało trzecią RP i zdążyło się pokłócić na niezwykle istotne tematy.

Sprzeczność tkwiła w samym, za przeproszeniem, jądrze tego wychowania.

Pokolenie to odchodzi powoli do przeszłości, ale można zrozumieć, dlaczego nie wypracowało jakiejś spójnej metodologii kształtowania swoich potomków, skoro samo było wychowywane w niezłym bałaganie aksjologicznym.

Jako że mam wnuki, oglądam ostatnio rozmaite amerykańskie produkcje dla dzieci i młodzieży.

Fascynujące są one właśnie pod względem hierarchii wartości.

Programy te nie namawiają wprawdzie do tego, aby wydawać tatusia za schowanie zboża pod podłogą (jak to uczynił radziecki bohater), ale zwykle odczłowieczają przeciwników, dorosłych traktują jak idiotów i postaci drugoplanowe, a na szczycie celów stawiają dobrą zabawę i sukces.

Dodatkowo takie komiczne zdarzenia jak wąchanie śmierdzących skarpetek, wypróżnianie czy puszczenie bąka w towarzystwie kwitowane są radosnym śmiechem akceptacji. Z taśmy.

Czyli można.

Można wydawać ogromne sumy i kształtować społeczeństwo na niespecjalnie mądrą modłę.

Na tym tle Harry Potter jest arcydziełem moralnego wychowania, bo przestrzega przed złem ukrytym we wzorcach pozornie pozytywnych i, choć po manichejsku, zachęca jednak do stawiania oporu złu, lojalności wobec przyjaciół czy przygotowuje na egzystencjalną samotność.

Większość seryjnych amerykańskich produkcji dla dzieci jest jednak zdecydowanie naiwna i, w moim odczuciu, znacznie gorzej niż niegdyś przygotowuje kolejne pokolenia młodych ludzi do prawdziwego życia.

Bezczelna infantylność to nie jest, wbrew pozorom, najlepszy sposób na spotkanie ze światem (nawet jeśli udało się to Donaldowi Trumpowi).

Uczestnicy oglądanej przeze mnie dyskusji mieli świadomość istnienia „trudnych” tematów i przekonywali, że te trudne tematy podejmują w swojej twórczości. Chodziło naturalnie o takie problemy jak śmierć i choroba osób bliskich, przemoc domowa czy molestowanie.

Wiem, że to robią, i szanuję ich za to, ale, niestety, podobne działania są kroplą w morzu postaw skrajnie odmiennych.

I tu pojawia się cała armia naprawdę trudnych pytań, na które powinni sobie odpowiedzieć ludzie dorośli, zanim zaczną pouczać dzieci.

Czy pocałunek nadal jest ślubem dla czystych dziewic, jak twierdziła Goplana, a pośrednio Juliusz Słowacki?

Czy rodzina patchworkowa może być uznana za NORMALNĄ rodzinę, nawet jeśli ciocia jest lesbijką, a dziadek rasistą?

Czy kategoryzowanie ludzi to od razu rasizm, ejdżyzm, feminizm lub elgiebetyzm, czy po prostu zwykle szkodliwa, ale naturalna ludzka skłonność do uogólnień?

Czy w związku z tym nie należałoby położyć większego nacisku na nauczanie logiki (w tym wielowartościowej) i próbować nauczyć jako tako wynikowego myślenia oraz choćby formalnej definicji prawdy?

Czy, jeśli religie są w pewnym sensie ideologiami, nie traktować ich na równi z innymi ideologiami i móc podejmować z nimi dyskusje?

Czy każda estetyka ma lub musi mieć fundament ideologiczny?

Czy mamy pełną wiedzę o tym, co jest miłe Bogu, co Jehowie, a co Allachowi i jeśli mniej więcej chodzi o tę samą Osobę i to samo Dobro, to może wypracować światowy kompromis?

Ironizuję, ale tylko trochę.

Jak wiadomo, Bóg filozofów po wielu rozważaniach w ciągu pracowitych tysiącleci podpowiedział Kantowi tak zwany imperatyw kategoryczny, czyli coś, co znacznie wcześniej brzmiało: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, a co też da się zakwestionować, bo kto ich tam wie sadystów i masochistów, czego by sobie życzyli.

Może zatem przede wszystkim należałoby uświadomić następnym pokoleniom, że wiemy niewiele, że mamy mnóstwo wątpliwości i że mimo to musimy być heroiczni, musimy udawać dorosłych i podejmować arbitralne decyzje?

I że oni też nie będą mieli lepiej.

Dość powszechna infantylizacja świata, widoczna na każdym kroku w reklamach, filmach i grach komputerowych, jest w naturalnej sprzeczności z tym, czego powinniśmy uczyć nasze wnuki.

Przede wszystkim – wątpliwości. Po za tym – odpowiedzialności. Koniecznie – logiki. Niezbędnie – współpracy. I wreszcie – języka jako wciąż wzbogacanego, żywego narzędzia komunikacji międzyludzkiej.

Sto lat temu Boy-Żeleński, narzekając na ubóstwo polskiego języka miłości („Jak wyszeptać, lube dziewczę, ja chcę z tobą – cudzołożyć?”), rzucił hasło „Jaki język – taki naród”.

I tu nareszcie dochodzimy do teatru.

Teatr jest najlepszą maszyną do kształtowania postaw, o jakie warto by się pokusić u przyszłych pokoleń.

Teatr nie jako zawodowe świadczenie usług, ale teatr (lub film) amatorski, robiony przez pasjonatów, robiony w niewielkich grupach, inspirowany przez samorządy, ministerstwa kultury i oświaty (może już połączone?) z dobrze opłacanymi, sprawdzonymi liderami, którzy sens swojego życia odnajdują w takim mariażu edukacji i sztuki.

Tak robił Janusz Korczak. (Przypominam! W przededniu marszu śmierci dzieci wystawiły Pocztę Rabindranatha Tagore, sztukę jak najbardziej na temat tego, co je czekało.) Tak robiła Halina Machulska, Jan Dorman, Janina Kilian-Stanisławska i wielu innych.

Wielu nauczycieli i pracowników centrów kultury robi to nadal, choć klimat dla takich inicjatyw bywa – delikatnie mówiąc – zmienny.

Niestrudzonym propagatorem tych idei jest Lech Śliwonik, wieloletni redaktor naczelny pisma „Scena”, cierpliwy i życzliwy juror w różnych konkursach, z których wyrosły największe nazwiska polskiej sceny.

Takie amatorskie zespoły w krajach skandynawskich są oczkiem w głowie tamtejszych polityków. Wszystkich opcji.

Bo teatr lepiej kształtuje ludzi do współpracy, dialogu, porozumienia, empatii wobec drugiego człowieka niż jakiekolwiek pouczenia, wykłady czy rekolekcje.

Amatorska grupa teatralna, zwłaszcza dobrze prowadzona, na pewno nie wykluczy innego, na pewno doceni zdolności twórcze, na pewno stworzy więzi, które przetrwają przez wiele lat.

Przy okazji może nauczy się rozmawiać o miłości językiem Mickiewicza, Słowackiego, Szymborskiej czy Herberta, a nie językiem szalikowców czy pewnych siebie ćwierćinteligentów.

Zamiast seksualizacji odbierze jakiś rodzaj edukacji sentymentalnej.

Zrozumie, że słowem można skaleczyć, a nawet zabić.

Dowie się, że dla dobra wspólnoty lepiej szukać porozumienia niż konfliktów.

Doceni sens działań praktycznych, nastawionych na cel. („Zestrzelmy myśli w jedno ognisko”).

Doceni różnorodność osobowości i nauczy się tolerować, a nawet akceptować odmienne sądy i upodobania.

I pójdzie do zawodowego teatru podziwiać mistrzostwo Artura Barcisia.

Jaki język – taki naród.

05-08-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2020-08-10   20:20:56
    Cytuj

    Dezyderata napisał(a):

    Bezczelna infaltylnoscia to jedak Donald Trump nie grzeszy. Udalo sie to natomiast dyrektorowi teatru w Poznaniu, co to oflagowal sie na teczowo i innych namawia do tego samego.
    OSOBNYTEATROSOBNY.BLOGSPOT.COM

  • Użytkownik niezalogowany Dezyderata
    Dezyderata 2020-08-10   14:16:56
    Cytuj

    Bezczelna infaltylnoscia to jedak Donald Trump nie grzeszy. Udalo sie to natomiast dyrektorowi teatru w Poznaniu, co to oflagowal sie na teczowo i innych namawia do tego samego.

  • Użytkownik niezalogowany iii
    iii 2020-08-08   10:53:38
    Cytuj

    Marianna Oklejak jest ilustratorką, a nie pisarką.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2020-08-06   17:05:37
    Cytuj

    Pięknie, a nawet piknie Pane Havranku! Ale zdajesz sobie sprawę, że przedpotopowo, to znaczy "pandemicznie"? Teatr się skończył. Zamknięto. Koniec i szlus. Finita la Commedia. Szumek nie popuści. Przestańmy się łudzić... A że jaki naród (społeczność) taki bunt... Więc to trochę potrwa