AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O sztuce Wypierpolu

Fot. Karol Budrewicz  

Za płotem, po stronie mojego ogrodowego sąsiada, rośnie w miarowych odstępach sześć brzóz. Nie pamiętam, czy to sadzenie było jego własnym pomysłem, czy jeszcze poprzedniej właścicielki. W każdym razie drzewa mają już kilkanaście lat i kilkanaście metrów wysokości.

Brzozy jak brzozy.

Brzoza, jaka jest, każdy widzi.

Posadzić rząd sześciu brzóz w miarowych odstępach wzdłuż płotu, to żadna sztuka oraz żadna Sztuka, nawet przy dzisiejszych, ruchomych jej granicach. 

***
Aż tu nagle.

Mój sąsiad zza płotu dokonał czynu, który bez wahania nazwę artystycznym. Wydobył brzozy z banału potoczności. Jednym prostym gestem zburzył mieszczańską rutynę postrzegania. Ujawnił brzozowość i przydał jej nowe znaczenia. Wzbudził w widzu niepokój. Sprowokował lawinę domysłów. Tak, powtarzam, zaiste mamy tu do czynienia z aktem twórczym. Bo czymże jest Sztuka jak nie prowokacją, przekraczaniem granic, odsłanianiem starych-nowych lądów, stałym zadawaniem pytań? Powrotem i parciem naprzód?

Może temu towarzyszyć głęboki namysł i studia nad dziełami starych mistrzów albo spontaniczny, oparty, być może, na podświadomości, akt happenera, który dopiero w odbiorcy zyskuje właściwą mu rangę.

Dzieło sąsiedzkie lokuje się gdzieś pośrodku. A więc i namysł, i spontaniczność. Z pewnością jednak instalację, bo chyba o szczególnego rodzaju instalacji tu mówimy, można kwalifikować po stronie sztuki zaangażowanej, dotykającej palących problemów współczesności. Jej wymowa idzie pod prąd mainstreamowej łatwiźnie salonowych ogólników. Sięga do pradawnych wartości i odważnie głosi je w nowoczesnej, głęboko zmetaforyzowanej formie.   

***
Otóż mój sąsiad wziął i uchlastał sześć brzóz równo na trzech metrach, a boczne konary, wyrastające tu i ówdzie poniżej tej wysokości, spiłował do kilkunastu lub kilkudziesięciu centymetrów. Nie można więc mówić o monotonii nagich, białych słupów. Dzięki zachowaniu resztek bocznych odrostów, każdy z obiektów tai w sobie dynamikę i niepowtarzalność. Całość kompozycji wieńczy dumnie łopocząca biało-czerwona flaga, zatknięta na wierzchołku skrajnego elementu kompozycji, usytuowanego najbliższej drogi. Ten właśnie subtelny szczegół przesądza o sile przekazu, który nie ma być autokrytyczny albo międlący się w sobie. Przeciwnie. Autor woła, autor krzyczy: niech zobaczą! Niech zobaczą mieszkańcy Wólki Dworskiej. Niech zobaczą i usłyszą pasażerowie rozkołysanych autobusów gminy Góra Kalwaria. Niech cała Polska zobaczy, usłyszy i pojmie.

***
Sztuka Wypierpolu rodzi się w bólu i bólem jest podszyta. Zanotowano dotąd liczne i udane realizacje poświęcone spiskowi smoleńskiemu. Ale nawet Jerzy Kalina utyskuje w wywiadach, że ze względów oszczędnościowych jego schody z czarnego granitu na Placu Zwycięstwa nie są podświetlone, a o planowanym czerwonym dywanie, wiodącym do sąsiedniego pomnika Lecha Kaczyńskiego, w ogóle nie ma mowy.

Jest za to mowa albo niestety jest tylko gadanie o Łuku Triumfalnym, upamiętniającym Cud nad Wisłą, kiedy to Matka Boska przyjęła polskie obywatelstwo. Idea chwalebna, bo Cud nie dość, że upamiętnia polskie doświadczenie historyczne, to jeszcze je uniwersalizuje i wynosi do kategorii katholikos.

Wydaje się jednak, że dopiero instalacja mojego sąsiada tworzy obszar skojarzeniowy, który obejmuje pełnię suwerennie polskiego imaginarium.

***
Wróćmy więc za płot w miejscowości Wólka Dworska.
 
Prawem artysty jest wykonanie gestu, a powinnością odbiorcy pokora i mozół zrozumienia. Pierwszy krok jest łatwy. Pierwszy krok to konstatacja, że te sześć brzozowych pomników coś znaczy.

Liczby...? Stacje...? Etapy...? Sześć, sześć, sześć...? Dziesięć plag egipskich? Dwunastu Apostołów? Cztery pory roku? Siedem pieczęci Apokalipsy… Hmm. Heroizm. Heroizm musi być i cierpienie musi. Walka musi, klęska i ostateczne zwycięstwo musi... Bo zwycięstwo jest jasne i oczywiste tak, jak biało-czerwona flaga dumnie puentująca całość... Skoro biało-czerwona jest dobra i powiewa, w takim razie uchlastane brzozy symbolizują coś złego... Reichstag? Sześć, sześć, sześć… Pancerna symbolika smoleńska narzuca się sama, ale dlaczego pomnożona przez sześć? Sześć spisków smoleńskich? Może po prostu dlatego sześć uchlastanych brzóz, że na posesji sąsiada więcej drzew nie rośnie?

Nie, to byłoby zbyt proste.
 
Sześć to prawie siedem. Jak siedem grzechów głównych? Siedem grzechów głównych, które przezwycięża biało-czerwona?
 
Oczywiście, że siedem! Wystarczy tylko chwila wnikliwszej obserwacji, aby dostrzec, że jeden z pomników rozdwaja się tuż przy ziemi, jest swoistą dwururą. A więc tak! Sześć uchlastanych brzóz to w istocie siedem stacji walki i męczeństwa. Siedem bitew i siedem szram. Siedem pieczęci Apokalipsy, które, po rozłamaniu, znaczyć będą zwycięski szlak bojowy od Biskupina do Nowego biało-czerwonego Jeruzalem.

***
A oto zawartość cierpienia, męki i klęski, nad którymi załopocze zmartwychwstała biało-czerwona:

Pieczęć pierwsza: Ulica. Polacy polskojęzyczni, ale nie myślący po polsku. Elita i Elity. Targowica. Postkomuniści i Złodzieje. Warchoły. Beneficjenci III RP.

Pieczęć druga: Zagranica. Elity brukselskie. Komisja Wenecka. Hordy arabskich i murzyńskich brudasów. Pepiki. Ruscy. Szwedzi. Rumuni. Włosi. Angole. Ale nade wszystko Niemcy. Niemcy ponad wszystko.

Pieczęć trzecia i czwarta: Dwurura. Ideologia Gender. Plaga neobolszewicka. Zwycięski bój o gimnazja. Zwycięski bój o ocalenie naszych kobiet i dzieci.

W sąsiedniej odnodze tych samych korzeni: Macierz, Ojcowizna oraz walka o uczynienie sobie Ziemi poddanej. Bój o ostateczne rozwiązanie kwestii ekologizmu.

Pieczęć piąta: Walka o niepokalaną pamięć. Walka o drzewko w Yad Vashem dla Polski w ogóle. O nieprzepraszanie za Jedwabne.

Pieczęć szósta: Walka o kulturę. O ostateczny odpór nawałnicy „pedagogiki wstydu”. O przezwyciężenie stalinowskich i niewspólnotowych, a tylko polskojęzycznych laureatów Nagrody Nobla, żydowskich oskarowców, niszowych poetów i malarzy, skończonych muzyków i niedogranych aktorów.

Pieczęć siódma: Ostateczne, miażdżące zwycięstwo nad przemocą.

***
Instalacja usytuowana jest na ogrodzonej posesji, której strzeże masywna brama oraz zły pies. Czasem, bo czasem brama się uchyla, widuję złego psa u siebie. Przysiada w oddaleniu. Skóra i kości. Wtedy nieśpiesznie, tak od niechcenia, bez gwałtownych ruchów idę po kanapkę, którą zrobiła mi żona. Zawsze mam kanapkę. Moja żona nie godzi się z myślą, że jem tylko papierosy i piję tylko piwo. Wracam ostrożnie, powoli przysiadam, też w oddaleniu. Odwijam sreberko. Pies węszy uważnie. Trwa to dłuższą, cierpliwą chwilę. Powolutku. Jeszcze chwilę to trwa. I jeszcze. Kiedy zapach dotrze do złego psa, ten zrywa się i z podkulonym ogonem, skowycząc, wraca do siebie.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Po ptokach
    Po ptokach 2020-02-09   17:08:50
    Cytuj

    Proponuję na tydzień lub dwa odstawić TVN i GW. Nie jest dobrze, a nawet może już być za późno. Moje kondolencje. Amen.