AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Oddział zamknięty

Fot. Karol Budrewicz  

Pacjentka Donalda Kalscheda miała na imię Mary i była „katoliczką w średnim wieku, o znacznej nadwadze”. Rozpoczęła psychoterapię w czasie końcowego stadium agonii swojej matki, ale powodem decyzji była nie tylko rozpacz związana z tą nieuchronną utratą.

Mary uskarżała się na trapiące ją już wcześniej poczucie całkowitego osamotnienia. Była singielką i – choć dochodziła do pięćdziesiątki – dziewicą. Nie czuła także pragnień seksualnych, co budziło jej niepokój i było jednym z powodów decyzji o rozpoczęciu leczenia.

Mary tryskała humorem. Była autoironiczna, a jej dowcip był, według oceny Kalscheda, „szorstki”. Pracowała jako pielęgniarka dziecięca (była ceniona za kompetencje i oddanie małym pacjentom). Działała też w wielu katolickich organizacjach społecznych, pełniąc w nich kierownicze funkcje. Pomimo tej gorączkowej działalności prowadzonej wciąż wśród ludzi uskarżała się na pustkę i narastające trudności z porannym wstawaniem. Ten codzienny wysiłek Mary wynagradzała sobie kompulsywnym obżarstwem:

Wie pan, to jest tak, jakbym była opętana przez diabła. Jedzenie jest jedyną zmysłową przyjemnością, którą znam. Jest jedynym miejscem, w którym mogę stracić kontrolę. Rozkoszuję się każdą łyżeczką czekolady jak pieszczotą kochanka. Nie mogę się przed tym powstrzymać. Poszukuję tego – uczucie mrocznego podniecenia towarzyszy samemu zbliżaniu się do ciastkarni!

Diabeł mówi: „Daj spokój, zrobiłaś całą tę robotę, dlaczego nie miałabyś przez chwilę być zła, potrzebujesz tego. Nie ma sensu walczyć z tym, Mary. Opór jest beznadziejny. Jestem zbyt silny. Zawsze możesz schudnąć, jeśli tylko zechcesz, gdy będziesz gotowa, ale teraz potrzebujesz tej przyjemności i wiesz o tym. Jesteś zbyt zestresowana. Chcę cię całą dla siebie. Zostaw swój świat i wejdź w mój. Wiesz, jakie to dobre, jak smakuje. No chodź, Mary. Należysz do mnie. Grzeczne dziewczynki nie mówią – nie!”.

Takie właśnie nasycone erotyzmem wyznanie uczyniła Mary. Zrobiła to jednak dopiero po wielu miesiącach terapii. Kilkadziesiąt pierwszych sesji wypełniła opowiadaniem zabawnych, „szorstkich” anegdot na temat siebie, swej pracy i swej rodziny. Można się było wręcz zacząć zastanawiać, czego ta wesoła kobieta szuka u psychiatry!

Uwagę Kalscheda zwróciły trzy rzeczy: wszyscy bohaterowie anegdot Mary byli niezwykle ekscentryczni i zachowywali się często w sposób szokujący. Skutki ich działań mogły być fatalne, gdyby nie to, że u Mary wszystko jakimś cudem zawsze kończyło się happy endem. Po drugie, Mary nie miała żadnych wspomnień z okresu przed szóstym rokiem życia. Po trzecie, w nielicznych opowieściach o cierpieniach i lękach swoich małych pacjentów Mary przejawiała niezwykłą empatię.

Właśnie komentarz do szpitalnych opowieści Mary zapoczątkował zwrot w terapii. Gdy Kalsched zauważył: „Pani empatia do tego dziecka jest tak głęboka, tak mocna i tak ujmująca sedno... Jest trochę tak, jakby jakaś część pani doświadczyła takiego cierpienia we własnym życiu”, Mary była szczerze zaskoczona tym wnioskiem. Skąd! Ona miała szczęśliwe dzieciństwo i kochających rodziców. Zgodziła się jednak przynieść od krewnej stare albumy rodzinne. Dzięki nieoglądanym wcześniej zdjęciom i opowieściom ciotki Mary odblokowała wspomnienia swojego najwcześniejszego dzieciństwa.

Od najwcześniejszych lat Mary musiała opiekować się swoim licznym rodzeństwem oraz matką alkoholiczką, która całe dni spędzała w łóżku, płacząc i gorzko narzekając na brak pieniędzy i okrucieństwo ojca. W wieku dwóch lat Mary nabawiła się dokuczliwej egzemy skóry. Z powodu braku pieniędzy choroby nie leczono, a dziewczynkę trzymano w komórce, żeby nie zaraziła rodzeństwa.

Psychologowie dziecięcy podkreślają, że w budowaniu relacji malucha ze światem niezbędni są rodzice. To matka niejako przeżywa za dziecko lęk, w chwili gdy ono zbliża dłoń do rozgrzanej płyty piecyka. Gdy owego współprzeżywania brakuje, świat staje się miejscem wrogim, podstępnym, czyhającym na nas. Wiele pozostawionych samym sobie niemowlaków nie jest w stanie znieść tego wszechogarniającego lęku i umiera, tak jak te nigdy nieprzytulane i niedotykane dzieci ze wschodniej baśni.

Mary przeżyła, gdyż potrafiła „zdekonstruować” swoją rodzącą się świadomość. Po pierwsze, udało jej się rozerwać związek pomiędzy impulsem docierającym z rzeczywistości a rodzącym się w odpowiedzi afektem. Częste bicie lub poniżanie, których doświadczała nie wywierały na nią spodziewanego wpływu, gdyż chroniła się w swoim wyobrażonym świecie, w którym Pan Bóg nieustannie patrzył na nią z dobrotliwym uśmiechem zza chmurki. Nie znajdując dla siebie opiekuna w realnym świecie, stworzyła go w fantazji.

Dziecięca trauma potrafi zabić. Ci, którym udało się ją przeżyć, płacą uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym. Dwuletnia Mary potrafiła się zamknąć na ból, jaki sprawiał jej świat, ale już nigdy potem nie potrafiła się na ów świat w pełni otworzyć.

Nie wiem, czym Mary zajmowała się, działając w licznych katolickich organizacjach społecznych, do których należała, próbując uciec przed owym dotkliwym poczuciem osamotnienia, na jakie uskarżała się Donaldowi Kalschedowi. Puszczam wodze fantazji i wyobrażam sobie życie Mary w dzisiejszej Polsce. Ta polska Marysia zakłada moherowy beret, chwyta transparent „Dość sodomii w teatrze” i pikietuje warszawski Powszechny. Chętnie idzie na tę manifestację: jest wśród ludzi i nie musi objadać się pączkami, siedząc samotnie w pokoju. Przynajmniej teraz.

Twórcy „teatru krytycznego” często zajmują się Marysią. Widzą jej moherowy beret i transparent z głupim napisem. Nigdy nie zauważą jej porannego obrzydzenia do siebie, gdy budzi się z palcami zlepionymi pączkowym lukrem po nocnym obżarstwie. Żeby to artystycznie spożytkować, trzeba by pewnie talentu z gatunku Gustave’a Flauberta, autora Czystego serca.

„Teatr krytyczny” jest teatrem barykad, teatrem nadciągającej ostatecznej rewolucji, po której nastąpi powszechna szczęśliwość. Co jest niezbędne dla jej zapanowania? Zniknięcie Marysi. Zniknięcie wraz z nią tych dwudziestu procent Polaków, którzy stanowią twardy elektorat Mordoru. Sauron z kolei mówi ponoć najbardziej zaufanym orkom, że nie widzi szans na to, aby w kraju nad Wisłą zapadła prawdziwie nieprzenikniona ciemność, jeśli nie znajdzie się sposobu na wyparowanie tych wszystkich z genem zdrady, których jest mniej więcej jedna piąta ogółu...

Ciekaw jestem, z którego rozdania zostanie na ołtarzu przyszłej szczęśliwości złożony Jan Wróbel, który miał tego pecha, że mu się Klątwa nie podobała i taką czelność, że o tym publicznie, na falach TOK FM poinformował! Oczywiście natychmiast ten bezprecedensowy atak na wolność wychwycił czujny strażnik demokracji Jacek Żakowski i dał mu skuteczny odpór z prawdziwie europejską elegancją: „Przy każdym takim dużym zwrocie politycznym jakiś mały wróbel się znajduje, który szuka pracy gdzie indziej”. I to już jest ta nasza szczerze polska, nieodmiennie pszeniczno-buraczana uroda, pozwalająca na jednym oddechu pouczać Prezesa Państwa, że demokracja nie polega na tym, że większość odbiera mniejszości prawo do głosu, zaś gdy tylko „mały wróbel” ćwierknie nie w tonacji, stawiać go do pionu za pomocą poniżania i insynuacji.

Reformator i demokrata Nikita Chruszczow skarżył się Johnowi Kennedy’emu, że Rosjan oskarża się o antysemityzm, tymczasem „na dziewięćdziesięciu muzyków Wielkiej Leningradzkiej Orkiestry Symfonicznej aż siedemdziesięciu trzech to są przecież Żydzi! A ilu Żydów gra w orkiestrze Metropolitan Opera?”. „Nie mam zielonego pojęcia” – odpowiedział Kennedy.


P.S. Żeby nie było ze mną za łatwo: uczestniczę i będę dalej uczestniczył w demonstracjach KOD-u i Czarnych Protestach. Nie jestem zwolennikiem cenzury, a całkowita wolność artystycznej ekspresji jest dla mnie oczywistą oczywistością. Moich uczuć nie obraża ani Klątwa, ani Zerwany kłos ojca Rydzyka, bo ich (uczuć znaczy) zwyczajnie na tę bolesną konfrontację nie wystawiam i wiele rzeczy sobie po prostu daruję...

20-03-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany pokopana
    pokopana 2017-03-24   17:33:03
    Cytuj

    @Borys Proszę nie być zazdrosnym. Kolega Kopka celnie kopnął i należy mu się uznanie. W innych felietonach kopie słabej (czasami nawet po kostkach) – tu jest czysto. Bez faulu.

  • Użytkownik niezalogowany Borys
    Borys 2017-03-24   05:18:46
    Cytuj

    jedynie tylko pozwolę sobie zuwazyć, że zioniesz pogardą na całego , znaczy się czujesz lepszym , szanowny Krzystofie... To ,że natura i pobierane nauki za czasów komunizmu obdarzyły cie inteligiencją wrodzono - nabytą nie upoważnia cie , mam nadzieję do bycia lepszym, tym bardziej,że na zapanowanie nad światem jest juz nieco za późno, wszak przy Twoim sposobie życia dotą raczej nie dożyjesz 120 lat, na ten przykład... Choć cuda się zdarzają :) To,że ladnie piszesz ? Ładnie to pisze niejeden tutaj... a się próbuje przynajmniej nie wywyższać, kolego z " uteatralizowanego" świata...

  • Użytkownik niezalogowany Jarek
    Jarek 2017-03-22   11:43:52
    Cytuj

    Dziękuję za ten tekst!

  • Użytkownik niezalogowany pokopana
    pokopana 2017-03-21   18:27:40
    Cytuj

    No kolego Kopka, wykopiesz zaraz innych felietonistów, jak będziesz dalej tak dobrze pisał.