AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Pismo boga

Fot. Pola Amber  

Zbigniew Herbert napisał bardzo ważny wiersz, który powinniśmy sobie czytać przed każdą manifą. Nie tylko sobie – także gościom w brunatnych podkoszulkach z białym orłem na plecach:

Z faktu używania tych samych przekleństw
i podobnych zaklęć miłosnych
wyciąga się zbyt śmiałe wnioski
także wspólna lektura szkolna
nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej
aby zabić
podobnie ma się sprawa z ziemią
(wierzby piaszczysta droga łan pszenicy niebo plus pierzaste obłoki)

chciałbym nareszcie wiedzieć
gdzie kończy się wmówienie
a zaczyna związek realny
czy wskutek przeżyć historycznych
nie staliśmy się psychicznie skrzywieni
i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków
czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem
wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych

prawdę mówiąc nie wiem
stwierdzam tylko
istnienie tego związku
objawia się on w bladości
w nagłym czerwienieniu
w ryku i wyrzucaniu rąk
i wiem że może zaprowadzić
do pośpiesznie wykopanego dołu
[………………………………]

Potrzebujemy jako gatunek radykalnej szczepionki, oczywiście obowiązkowej, takiej z wysoko podniesionym poziomem ryzyka. Wszyscy zachorujmy po niej na jakąś groźną chorobę na krótko, boleśnie, ale niezbyt przewlekle, tak, żeby nie wywołać trwałych zaburzeń psychicznych czy nieodwracalnej degradacji osobowości. Zachorujmy, żeby się znaleźć blisko drugiej strony, żeby poczuć oddech kostuchy albo przynajmniej, żeby pojawił się prawdziwy strach. Taki duży, nieodwołalny, że się za chwile umrze. Jak się go dozna, a on potrzyma przez jakiś czas za gardło, to zmienia się pole widzenia, pole czucia i współodczuwania. Ponoć większość ozdrowieńców, zagrożonych śmiertelną chorobą, radykalnie zmieniła swój stosunek do świata. Część mówi o przebudzeniu.

Gdyby chociaż były jakieś kursy z zaglądania śmierci w oczy. Ale nie w Internecie, gdzie mamy wiele żyć, a każdą planszę możemy zacząć od nowa. Chodzi o naukę tam, gdzie życie jest jedno, tylko nasze, własne. Nikt tego nie uczy. Śmierć ofiar pandemii zamieniła nam się w statystykę i rysuje słupki wzrostów i upadków, jak na giełdzie. Dopóki nas nie dotyka, jest nam obojętna. Stąd moja propozycja, żeby zamiast uciekać, udawać, że nie ma zarazy, zamiast demonizować ją czy wykorzystywać do różnych, nie najczystszych komercyjnych czy politycznych celów, wejść w nią kontrolowanie, obiema nogami, wszyscy naraz albo po kolei. Tak, żeby znów obudzić się jako ludzie. To nie musi być koronawirus, to może być na przykład ostre, przewlekłe zapalenie pęcherza moczowego, jak w moim przypadku (ból zdaje mi się bliski umieraniu…).

Ten strach wywołany szczepionką sprawi, że nagle naprawdę będziemy chcieli robić rzeczy z innymi, spotkać innych i być ich ciekawi nawet wtedy, gdy wyciągają prostą rękę po skosie do nieba. Być z innymi choćby w maseczkach i z potencjalną grzybicą płuc. I generalnie nie marnować reszty swojego czasu. I wspierać. Tak jak teraz – trzymając bardzo mocno oba kciuki, żeby na Białorusi im wyszło i żeby nie spieprzyli tego tak, jak my spieprzyliśmy.

Ja boga jakoś nie miałem okazji osobiście spotkać (a był czas, wierzcie mi, że na różne sposoby bardzo się starałem). Ale wydaje mi się, że można czasem, jak się człowiek dobrze rozejrzy i przestanie zajmować się tylko sobą, że można w takich chwilach uwagi i obecności albo też po takim właśnie prawdziwym strachu otworzyć nagle oczy, odnaleźć tu i ówdzie jego pismo – jakieś skrawki, pojedyncze litery czy wytarty znak, rozmyty ślad. Tylko dla mnie jest to pismo tego, który nie ma imienia i świątyń i za którym nie idą miliony trupów z jego przyczyny użyźniających matkę ziemię. Wielu ma swój kościół, świątynię, jakieś święte miejsce, supermarket, pub, las, dom, jakieś miejsce kultu, a przynajmniej kapliczkę – i tam znajdują swojego boga lub jego wizerunek, który pozwala znaleźć punkt odniesienia, oparcia, by móc żyć, a przede wszystkim umierać w spokoju. I ja tym wszystkim, którzy to mają, zazdroszczę. Już tego nie mam i nawet nie umiem powiedzieć, kiedy mi to wypadło z rąk.
 
Szukam więc sam od nowa, po omacku, bo jednak wydaje mi się, że życie chwilami naprawdę jest piękne i nie wiem dlaczego, a naprawdę chciałbym wiedzieć. Szukam znaków, kodów, które mógłbym po swojemu odczytać. Odczytać, że coś się zgadza, niekoniecznie przyczynowo-skutkowo. Niekoniecznie teologicznie czy teleologicznie. Coś ma sens na kilku naraz poziomach. Jak to, że nagle dowiadujesz się, kim jesteś, dopiero w spotkaniu z kimś innym. Albo jak patrzysz na ptaka stojącego na gałęzi i nagle widzisz, że gałąź ma kształt tego ptaka. I nie wiesz, czy to w tobie coś się nagle zgadza, czy też odczytujesz, odkrywasz jakiś intensywny porządek na zewnątrz, czy może dotykasz jakiegoś kodu.

Najwięcej radości sprawia jednak, gdy zapis tego, co widzę, odnosi się nie do ulotnej i subiektywnej chwili, tylko do tego, co trwałe, zatrzymane, zapomniane i niezauważone przez innych, a oczywiste. Jakby to było pismo boga – bez zapośredniczenia człowieka, jego ręki ani umysłu. Tak sobie nazywam te odczytania zapisów małych sensów: pismem boga. Bez żadnej próby indoktrynacji, poetyzowania czy mistycyzacji, ale na pewno też bez jakiegokolwiek cudzysłowu.

Jest takie opowiadanie Borgesa, w którym skazaniec zostaje zamknięty w więzieniu razem z tygrysem. Dzieli ich tylko krata. Dostają te same ochłapy pozwalające ledwie przeżyć. Obecność bestii miała złamać lub przynajmniej pozbawić rozumu groźnego przestępcę. Po wielu latach, w jednej chwili, gdy słońce jak co dzień wpadające na krótki moment przez otwór w sklepieniu celi oświetliło skórę krążącego bez przerwy tygrysa, skazaniec zaczął odczytywać w pręgach zwierzęcia pismo boga. Od tego momentu bez przerwy, aż do końca swoich dni siedział przy kracie i czytał…

Więc mój bóg, którego nigdy nie spotkałem, a tylko wydaje mi się, że mignie mi czasem w nikłym uśmiechu kogoś mijanego na drodze, w cichym oddechu śpiącej koło mnie najbliższej osoby, w żyłce łodygi liścia, błysku światła w kropli wody lub oczach psa, to jest ten bóg od małych sensów. Odczytanie skrawka jego pisma pozwala na moment zobaczyć rzeczy, których nie mogę dostrzec w pędzie i gęstości życia, gdy głowa zajęta jest aktualizacją i programowaniem danych, gdy patrzy się za wysoko albo za nisko, albo w ogóle tylko patrzy, a nie widzi.

To bóg od małych sensów, które zapisują się w rytmy, cykle różnych prędkości, współbrzmienia oddechów. I lepiej, żeby nie nosił żadnych imion, które ubierają go w niedoskonałości, sprzeczności, braki i nieporozumienia.

Charakter tych pytań i wątpliwości wyklucza mnie z każdej barykady i niepoważnej lub poważnej debaty i ustawia gdzieś z lornetką w krzakach. Lornetką, która pozwala zaglądać na drugą stronę rzeczywistości. Tylko taka perspektywa sprawia, że nie wariuję. Potrzebuję stale kilku elementów, które powstrzymują mnie przed wymuszoną emeryturą lub ucieczką do lasu: dystansu i poczucia humoru, poszukiwania małych sensów i gromadzenia ich w nieco większe i w końcu najważniejsze – zbierania wokół siebie ludzi, którzy pracują bez ściemy nad swoimi sensami w życiu i w sztuce i których energię można zebrać, żeby wziąć się za bary ze światem, lub kawałkiem świata, który jest w zasięgu. Nie macie pojęcia, jak dużo jest takich ludzi.

Wiem, powinienem bardzo uważać z tym nawoływaniem. Pamiętać o tym, że zjadanie rozumów nie ma nic wspólnego ze zjadaniem bogów i że nieodparta chęć wymądrzania się przychodzi zawsze z wiekiem. Jest to zwykle faza niedługo przed Alzheimerem. Toteż gdybym te wszystkie zapiski miał zebrać razem i wydać w dwóch egzemplarzach, to miałyby tytuł Rozważania pana Gienia – lektura przypiwna dla tych, którym się nie zgadza.

26-08-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Monika
    Monika 2020-08-29   21:14:49
    Cytuj

    Piękne i mądre. Dziękuję - będę czytać jeszcze nie raz... i polecać innym. Potrzeba nam teraz takich głosów, bardziej niż kiedykolwiek.