AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Plac boju

Fot. Karol Budrewicz  

W poprzednim felietonie użyłem słowa, które w wersji opublikowanej już się nie pojawiło. Nawet tytuł felietonu miał tak właśnie brzmieć, tak jak to użyte słowo. I nie chodzi tu o jakiś wulgaryzm czy określenie, które obrażałoby uczucia religijne, teatralne, sportowe czy jakiekolwiek inne. Pewnie to komputer zmienił swojsko brzmiące katarsis na katharsis z literą h w środku. A przecież właśnie nie o katharsis chodziło, nie o ostateczne oczyszczenie, ale o KATARSIS zwykłe, czyli oczyszczenie nosa, czyli o słowo reklamujące środek do jego udrożnienia, słowo, które widziałem na plakatach i wydało mi się adekwatne do opisywanych przeze mnie sytuacji w teatrze dla dzieci. Ale, jak się okazało, nie tylko w teatrze dla dzieci. W teatrze dla dorosłych też.

W Narodowym Starym Teatrze… Nie, to tylko takie przymrużenie oka. Nie będę pisał o tym, co się zdarzyło w Teatrze Starym Narodowym. Komentarzy, refleksji, objawień pojawiło się mnóstwo. Można było odnieść wrażenie, że one już były dawno napisane i czekały tylko na to zdarzenie w Starym Narodowym Teatrze, żeby można już było je opublikować, żeby mogły zaistnieć czarno na białym. I już.

Mnie tak naprawdę zaintrygowała jedna rzecz. Ktoś napisał, że ludzi których interesuje teatr, jest około dwóch procent, a teraz o zdarzeniu w Narodowym Teatrze Starym usłyszała cała Polska. Nawet jeśli tak jest, to co z tego? Dowiedziała się wczoraj, zapomni jutro. I dobrze. Bo przecież nie o przedstawienie tam chodzi i nie o teatr.

Próba przekształcenia teatru w plac boju była dla mnie i jest nadal czymś, czego nie akceptuję. Miałem i nadal mam nadzieję, że to się nie sprawdzi i zejdzie sobie na margines. Piszę to, mając na myśli zarówno jedną jak i drugą stronę tego zbrojnego konfliktu: napadniętych i napadających – zamieniających się co jakiś czas rolami. Nie chcę przekształcenia teatru w plac boju, bo na placu boju nie liczy się szczegół tylko ogół. Kto zwyciężył, a kto został pokonany. Nieważne są metody, dlatego plac boju to jedno wielkie barbarzyństwo. I niech nie wmawia ni jedna, ni druga strona, że tu chodzi o człowieka, o jego dobro. Chodzi tylko o władzę. I niech nikt mi nie mówi, że takie jest życie, taki jest świat, albo jeszcze lepiej, to moje ulubione – że taka jest prawda. Bo dla mnie to wszystko nie ma nic wspólnego z teatrem.

Dla mnie teatr to indywidualne spotkanie. Moje, jako widza ze światem zbudowanym, zaproponowanym przez twórców. Przedstawienie teatralne jest jak czytanie książki. Owszem, można ją czytać na głos, można wysłuchać nagrania, ale nic nie zastąpi tego najwspanialszego sam na sam ze słowem, frazą, zdaniem, znaczeniem, zdarzeniem. A w przypadku teatru dodatkowo z obrazem. I wszystkie te elementy tworzą świat. I mówią: taki jestem dla ciebie, co ty na to? Nie ma tu ujednoliconego, zbiorowego odbioru. Owszem, są pewne elementy, które podobają się wszystkim lub prawie wszystkim, są rzeczy na które, jak się okazuje w późniejszych rozmowach o spektaklu, wspólnie zwróciliśmy uwagę i zgadzamy się w ich odbiorze w ich ocenie albo i nie. Ale są też momenty, chwile, błyski, na które tylko my zwróciliśmy uwagę, albo które tylko my odebraliśmy w sposób szczególnie mocny, pozostający w pamięci. I właśnie kilkoma takimi zadziwieniami i zachwyceniami chciałem się podzielić, licząc na to, że po lekturze i któremuś z czytelników przypomni się co nieco ze spotkań z teatrem. I uśmiechniemy się do siebie, zamiast się krzywić i krzyczeć. Bo trzeba wypuścić powietrze.

W przedstawieniu Grzegorza Jarzyny, w Bziku tropikalnym była taka scena, chyba jedna z końcowych, nie pamiętam dokładnie. Nie pamiętam też dialogów, ani ile dokładnie postaci uczestniczyło w tej scenie. Pewnie dwie. W każdym razie chodziło tam o spiętrzenie absurdu. Relacje między postaciami tak bardzo od tego spiętrzenia nabrzmiały, że aktorzy stojący naprzeciw siebie nie byli w stanie już nic zrobić. Nic. Jedynym rozwiązaniem wydawał się wybuch; rozsadzenie całego świata. A tu stało się coś nieoczekiwanego, ale tak pięknego i prostego, że patrzyłem z niedowierzaniem i podziwem. Po prostu w jednym czasie, wspólnie, jak na komendę aktorzy wypuścili powietrze. A razem z wypuszczonym powietrzem pozbyli się emocji, opadło całe napięcie, świat stał się czysty, stał się na powrót możliwy. To było proste i piękne. Możliwe tylko w teatrze? Ale przecież teatr to rzeczywistość. Jedna z wielu, ale jednak rzeczywistość. Tak jak i Kokardenia, cudowna kraina mojej czteroletniej córki.

Kokardenia to kraina do której często podróżuje. Jak się okazało, prócz rycerzy ratujących księżniczki mieszka tam jeszcze Lwiątko. Choć Jaśmina nie przepada za chłopcami, bo nie wiedzieć dlaczego lubią samochody i nie chcą być księżniczkami, to Lwiątko jest chłopcem, Lwiątko jest „ten”, a nie „to”. Lwiątko to przyjaciel, doradca i objaśniacz świata. Skąd się tak naprawdę wziął i skąd ta dość nietypowa i bliska relacja między dziewczynką i lwem, między wydawałoby się tak odległymi światami, tego nie wiem. Ale wiem, dlaczego o tym piszę.  

A piszę o tym ze względu na jeszcze jedno teatralne zachwycenie. Nie ma tu potrzeby wymieniania tytułu ani streszczania fabuły, bo chodzi o człowieka i jego świat w sensie jak najbardziej szerokim i jak najbardziej indywidualnym zarazem. W trakcie przedstawienia nagle dawało się odczuć lekkie zawieszenie, scena pustoszała zupełnie, pojawiało się dużo światła. Po chwili wchodził aktor, gdzieś z głębi, z oddali. Przestrzeń zaczęła wypełniać się muzyką. Aktor-postać-człowiek przystawał i zamykał oczy. Słuchał, wchłaniał dźwięk, zaczynał się lekko poruszać, w przód, w tył, na boki. I nagle otwierał się i przekraczał granicę sceny i stawał się już tylko, albo aż, drugim człowiekiem pragnącym porozumienia. Stojąc na scenie z zamkniętymi oczami, poruszając się lekko, dawał mi cały swój świat, oddzielny, samodzielny, tylko jego, a jednocześnie otwarty na moją w nim obecność, zapraszający mnie; chodź, zobacz, możemy żyć, możemy, będąc po dwóch stronach, porozumieć się. Tu i teraz. Nie tylko w Kokardenii. Tylko wypuśćmy powietrze i zmrużmy oczy.

Taki może być teatr. Taka może być rzeczywistość.

Dziękuję za bardzo

25-11-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: