AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Pogłębianie

 

Po moim ostatnim felietonie pewien krytyczny Czytelnik napisał, że spodziewał się bardziej pogłębionej refleksji

Metafora „pogłębiania” stoi tu trochę w sprzeczności z innymi metaforami, bo, jak się dobrze zastanowić, to, pogłębiając, można sięgnąć dna.

Paradoksalnie zwłaszcza wtedy, kiedy się zmierza do wzniosłości.

Co widać ostatnio w wielu przemówieniach.

Tym niemniej wszelkie metafory tworzone w naszym języku są wyrazem autentycznych potrzeb i marzeń, a przecież sztuka chyba od początku miała ambicję, żeby nawiązać relację z odbiorcą.

Piszę „nawiązać relację”, bo zwłaszcza ostatnie stulecie nie przyjęłoby już bezkrytycznie takich określeń, jak „sprawić przyjemność”, „ucieszyć” czy (o zgrozo!) „przypodobać się”.

Wstrząsanie również mniej się ostatnio nosi.

Wiem oczywiście, że już Arystoteles żądał od tragedii wywoływania litości i trwogi, a tak zwana Wielka Teoria przez dwa tysiące lat uparcie propagowała harmonię, piękno, patos i tak zwane uczucia wyższe jako coś, czego powinna nam dostarczać sztuka, ale ostatnio dużo się zmieniło. W związku z obecnymi nowościami teoretycznymi na gruncie estetycznym możemy się czuć trochę pogubieni.

„Jak przewierca, jeśli nie przewierca?” – jęczał Gałkiewicz w Ferdydurke i ten jęk Gałkiewicza-Gombrowicza idzie za mną przez całe dorosłe życie.

I oczywiście pytanie o pieniądze. Pieniądze jako miara wartości danego dzieła sztuki.

Bo jeśli inne miary zanikają, to wydawać by się mogło, że pieniądze mogą wskazać jakiś kierunek.

Komputer skomponował utwór, który znawcy uznali za utwór Mozarta? Łatwizna.
Komputer, który zdoła ułożyć algorytm wyliczający przyszłą wartość rynkową jakiegoś dzieła plastycznego czy literackiego, które obecnie powstaje, to dopiero będzie komputer!

Oczywiście, że nie da rady, bo właśnie na tym polega „chaos drugiego poziomu”! A co to jest ten chaos drugiego poziomu? Dowiedziałem się od Y. N. Harariego i z przyjemnością wyjaśniam: na podstawie zgromadzonych danych można przewidzieć dość dokładnie chaotyczną, ale tylko do pewnego stopnia, drogę tropikalnego huraganu.

Chaos drugiego poziomu to taki, który, zorientowawszy się w obowiązujących prognozach, przewrotnie zmienia swoją trasę, żeby nie być banalnym.

Tak mniej więcej wygląda ta gra w wartości w sztuce.

Jeśli zbyt długo modny jest Mrożek czy Ionesco, to – nawet jeśli coś tam było w ich twórczości głębokiego – i tak ten huragan jest passé.

Jeśli ja napiszę, że hard-rock jest nużący, prymitywny i niszczy słuch, wzmocnię pozycję tego gatunku na naszych scenach, bo jestem starym zgredem.

Jeśli to samo ogłosi Jan Klata, ilość muzyki tego typu w teatrze polskim prawdopodobnie znacząco spadnie.

Jednak pewności nie ma. Chaos drugiego stopnia.

Jeśli Mayday zarabia dla autora sumy, o których nie śmie marzyć żaden z żyjących dramaturgów, to nadzieja na zachwyt recenzentów dla jego twórczości maleje. W postępie geometrycznym.

Autor może by i trochę chciał innego rodzaju uznania (powiedzmy Nobla z literatury, nawet bez tych śmiesznych paru groszy), ale niedoczekanie!

Pieniądze, jakie zapłacono za Mistyczne Boże Narodziny Botticellego jeszcze w roku 1848, to było trzydzieści funtów. (Wtedy więcej niż obecnie, ale jednak niewiele). Gdyby prerafaelici nie zachwycili się tym dziełem na londyńskiej wystawie, może obraz wisiałby sobie gdzieś w kącie jako jeden z setek renesansowych wytworów. Zwłaszcza, że jest nieduży.

Bardzo trudno pogłębić refleksję w myśleniu o wartościach w sztuce.

Te wartości, pozornie tak trwałe i niezmienne, ulegają nieustannym fluktuacjom.

Ogranicza nas kontekst, moda, nasze resentymenty, nasza niepewność.

Wszystkich przewierca, a mnie akurat nie przewierca?

Może coś ze mną nie tak?

Może brnę w jakąś kompromitującą staroświecką brednię, uważając, że poezja Tuwima jest lepsza od poezji Przybosia, muzyka Lutosławskiego od dodekafonistów, a malarstwo Wyczółkowskiego stawiam wyżej niż Witkacego.

Co więcej, z rozpaczą w sercu muszę się samokrytycznie przyznać, że ongiś dzieło Janusza Szpotańskiego Cisi i Gęgacze  uznałem za niesmaczne, słabe literacko i przez to raczej szkodliwe mimo słusznego stanowiska politycznego.

Ostatnio przeczytałem ten utwór ponownie i byłem zaskoczony nie tyle przebrzmiałą naturalnie doraźnością tej satyry, co jej finezją.

Na tym tle większość współczesnych pamfletów brzmi mało wyrafinowanie.

Niestety, zbyt późno ją doceniłem. Tamta opera jest obecnie passé.

Posługując się kolejną metaforą: jeśli się za bardzo pogłębisz, będzie cię trudno wyrwać z kontekstu.

Zresztą Dantego obecnie też się ciężko czyta.

Może zatem nie warto pisać opery Peło i Pisiory, bo podzieli los Cichych i Gęgaczy?

A jeśli to, co napisałem, jest wystarczająco mętne, to może ktoś uzna ten felieton za głęboki?

Mętność często udaje głębię. Tylko czy przewierci?

10-10-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany nauczycielka
    nauczycielka 2018-10-28   22:44:57
    Cytuj

    3= (dno) pogłębiasz nie w tę stronę Maciuś

  • Użytkownik niezalogowany zdezorientowana
    zdezorientowana 2018-10-19   12:26:25
    Cytuj

    Tak, potwierdzam, to co Pan napisał jest wystarczająco mętne. Następnym razem jaśniej poproszę.

  • Użytkownik niezalogowany Kachinka
    Kachinka 2018-10-11   10:56:22
    Cytuj

    "Pogłębiając można siegnąć dna" - wspaniałe. Jakbym czytała Myśl Nieuczesaną St. J. Leca.