AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

POSTPOLSKA

Fot. Pola Amber  

0.
Skończyłem historię filozofii na Akademii Teologii Katolickiej i mimo namawianek profesorów, żebym dalej drążył metafizyczne problemy, zająłem się praktyką – młodymi narkomanami. To było dużo bardziej wymierne i sprawdzalne niż istota bytu. Ktoś walczył i się ratował, a ktoś przestawał walczyć i tonął. Teatr przyszedł jako wypadkowa metafizyki i praktyki.

Ponieważ piękny już byłem, bogaty nigdy specjalnie być nie chciałem, sławny już nie będę, zostaje mi na koniec starać się być mądrym, co, cholera, jest z tych wszystkich rzeczy najtrudniejsze. Właściwie więcej niż połowę mojego świadomego życia poświęcam drobnym usługom w naprawianiu świata i ludzi. Ten zakład drobnych usług dla ludności zawsze był pełen dziwaków i przyjaciół, dlatego może moja matka namawiała mnie, żebym został księdzem albo przynajmniej leśniczym. Wyszło, jak wyszło – najpierw zostałem hipisem, a potem spotkałem Grotowskiego.

Ale żeby coś naprawić, trzeba to najpierw przecież spróbować zrozumieć.

1.
Nie będę pisał o Klątwie. Nie tylko dlatego, że nie widziałem tego spektaklu (chociaż okazuje się, że nie jest to żadne przeciwwskazanie), ale dlatego, że wszyscy o nim piszą. Warto natomiast śledzić, co z polskim teatrem będzie się działo po Klątwie.

Zdumiewa mnie jeden szczegół w narracji wokół tego spektaklu. Aktorzy i dyrektor teatru tłumaczą w jednym z wywiadów, że to, co się dzieje na scenie, to fikcja, że to się nie dzieje naprawdę. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie słyszałem. Zawsze myślałem, że największe spektakle w teatrze to te, które dzieją się naprawdę. Na szczęście w zupełnie innym wywiadzie Frljić mówi: „nie ma tu naddatku w postaci fikcji, porzucamy całkowicie fikcję”. Odetchnąłem.

2.
Rzeczywistość społeczna i polityczna dzisiaj ulega gwałtownej teatralizacji. Wygrywa lepszy reżyser, czyli ten, który potrafi zagrać emocjami i mediami jednocześnie; przegrywa zaś ten, który odwołuje się do rozumu, rozsądku i wielogłosu w debacie. Przynajmniej w Polsce. Nie potrzebujemy debat, potrzebujemy się napieprzać. To nam daje siłę, klarowność i cel. Od siedemdziesięciu lat nie ma wojny, więc zróbmy sobie chociaż domową. Wydarzenia, szczególnie te duże i ryzykowne, wymagają jednak strategii i dobrze przygotowanych scenariuszy, a sama rzeczywistość przynosi zaskakujące zwroty akcji i nieprzewidziane pointy jak w prawdziwym teatrze. I nie mówię tu o gwałtownym wzroście znaczenia teatru w naszym kraju, o wywołaniu przez teatr publicznej dysputy o sztuce, kulturze, wolności słowa i religii z udziałem Teatru Polskiego z Wrocławia, Teatru Powszechnego z Warszawy czy serialu Artyści, ale to naprawdę ich zasługa, że w serwisach informacyjnych po latach znowu pojawia się teatr. Żaden koncert ani wystawa nie ma dziś tyle miejsca w zbiorowej świadomości Polaków. Niestety nie znaczy to, że wszyscy zaczną teraz chodzić do teatru. Dużo częściej na pewno pójdą pod teatr.

3.
Chciałbym jednak mówić tutaj o czymś innym, za Dariuszem Kosińskim, choć trochę niestety mniej błyskotliwie – o teatralizacji wydarzeń społecznych i politycznych w naszym kraju. O tym, jak ich złe scenariusze prowadzą do klapy, a dobre kumulują społeczne energie tak, że stają się one skuteczne. Na przykład – czyż to nie jest genialne? – po sromotnej klęsce w Brukseli (27 do 1) prezes z całą ekipą rządową wita z kwiatami na lotnisku panią premier jak bohaterkę, jakby zdobyła złoty medal w lotach narciarskich w Trondheim. Trzeba być niezłym reżyserem, żeby coś takiego zainscenizować.

Po drugiej stronie niestety nie ma tak dobrej reżyserii. Byłem w grudniu pod Sejmem dwukrotnie i uczestniczyłem w tym, co się tam działo. Opozycja przegrała, bo nie miała ani reżysera, ani scenariusza czy choćby kilku alternatywnych scenariuszy. Pod Sejm przyszło naprawdę dużo ludzi, wszyscy z pogodą ducha, ciekawością i oczekiwaniem – po nadzieję. Była to naprawdę fajna część Warszawy, dobrze zorganizowana, z jedzeniem i koksownikami. Nikt, wbrew pozorom, nie oczekiwał rewolucji i rozlewu krwi.

Pod Sejmem – spokój i radość, w środku Sejmu – spokój i nudy. Mój przyjaciel reżyser próbował zebrać i ożywić ludzi, przejmując megafon i wywołując do skandowania przedstawicieli poszczególnych miast. Na moment się udało. Posłowie i działacze, którzy wychodzili do nas i przemawiali, mówili to, co wszyscy i tak wiedzieli. Miało to niestety znamiona użalania się nad sobą, a nie klarownej strategii. Naprawdę dawno nie widziałem w jednym miejscu tyle inteligentnych twarzy i uśmiechających się do siebie ludzi. Nikt nie wyglądał, jakby mu wyrwano koryto spod ryja. Wszyscy byli piękni i zdecydowanie spod znaku Franciszka, a nie Rydzyka. Nawet pojedynczy ONR-owcy po krótkich próbach ingerencji jedli w końcu bigos i deklarowali pozostanie na pikiecie do rana. Policjanci nie zamierzali nikogo ani pałować, ani zamykać, byle nie przełazić im na teren Sejmu. Puszczanie nagrań Kaczmarskiego do tego obrazka było jednak nieadekwatne i trochę żenujące.


4.
Jestem z Żoliborza, a w czasach mojej młodości cały Żoliborz czytał Muminki. Jak pamiętacie, gdy zapowiadała się bardzo niebezpieczna przygoda, Mama Muminka przygotowywała na drogę kanapki i sok. Stąd musiał się wziąć pogląd prezesa, że zarządzenie o przygotowaniu w Sejmie dużej ilości kanapek na 16 grudnia świadczy o tym, że planowany jest pucz. Nie pomogły tłumaczenia, że o kanapki postarał się sam marszałek. Skończyło się inaczej niż u Muminków – nijako. Innym razem zdarzyło się to niereżyserowane wydarzenie teatralne na imprezie Super Ekspresu – idiotycznie ubrana, a właściwie nieubrana, Doda częstuje Prezydenta RP ciasteczkiem, po czym odwraca się i pokazuje mu (i wszystkim, którzy tam byli) goły tyłek. Żenującą sytuację próbuje później wytłumaczyć czołowy polski satyryk, mówiąc, że zdesperowana artystka chciała pokazać głowie państwa i nam wszystkim, że Polska podzielona jest co prawda na pół, ale że jest to nadal jedna Polska. Właściwie zgadzam się co do treści, tylko co do formy nie do końca.

Wracając pod Sejm drugi raz, w wigilię Bożego Narodzenia, gdy jedna część mojej rodziny poszła na pasterkę, a druga właśnie pod Sejm, chciałem już naprawdę wiedzieć, jaki ma być scenariusz tej wojny polsko-polskiej, kto go pisze i o co chodzi przynajmniej tej zbuntowanej stronie. Może trafiłem na zły moment lub sterczałem tam zbyt krótko, ale scenariusza nie było i ludzie, którzy marzli całą noc, nie dostali nic poza gorącą zupą, serdecznymi życzeniami i tym, co dali sobie nawzajem. Posłowie i politycy nie zauważyli, że przyszli ludzie inteligentni, żeby usłyszeć jakiś program, mądrą zapowiedź zmiany i reakcji; że przyszli, żeby ich wesprzeć i upewnić się, że liderzy opozycji mają jakąś strategię poza okupowaną mównicą i nie dadzą się wystrychnąć na dudka. Miałem nieodparte wrażenie, że politycy nie zauważyli, iż w miarę elegancka gra w krykieta na równo przystrzyżonej zielonej trawie została bez uprzedzenia zamieniona przez przeciwną drużynę na ostry hokej na lodzie. Tymczasem „nasi”, zamiast zakładać łyżwy i ochraniacze i zapylać na drugą bramkę, stoją w narożniku, trzymają się za głowę i pocierają obolałe miejsca po obijającym ich twardym krążku. To czas ostrych graczy, a nie dywagacji i analiz utraconych bramek. W tym meczu nie ma sędziów, reguły gry narzuca silniejszy.

5.
Postmodernizm, ponowczesność, posthumanizm, postdramatyczny teatr i ostatnio postprawda (coś pomiędzy Tischnerowską tyżprawdą a gównoprawdą). „Post” brzmi jak czkawka po czymś – to myślenie do tyłu. Teraz w naszym społecznym myśleniu powinno się ugruntować nowe słowo: „postniepodległość”. To taka niepodległość, o którą się walczy w niepodległym państwie z wrogami niepodległości, czyli tymi wszystkimi, którzy o tę niepodległość nie chcą akurat walczyć, uważając prostacko, że ona sobie już jest, jakby całe credo naszego narodu zawarte w pierwszych słowach naszego hymnu było nagle nieaktualne. Każdorazowo śpiewając te słowa, musimy pamiętać, że póki my żyjemy, to nie zginęła. A potem słyszymy, że ginie i może w każdej chwili całkiem zginąć, jeżeli nie będziemy o nią walczyć. Z kim? Z tymi, którzy patrzą do przodu i zapominają o historii, a bardziej jeszcze o cieniach przodków i przegranych bohaterach. Z tymi najbardziej niebezpiecznymi, którzy chcą być obywatelami świata i których najtrudniej zidentyfikować, bo twierdzą przebiegle, że są Polską i to niepodległą! A niepodległość jest jedna, święta i nieskalana jak Matka Boska, tylko bardziej cierpiąca. 


To nie sarkazm, ale próba zrozumienia prawdziwego sensu naszej martyrologii, ciągłego rozkopywania grobów i chwały dla wszystkich przegranych. Ciągle – siedemdziesiąt lat po wojnie i trzydzieści po komunie – o jedynym w naszych dziejach wygranym polskim powstaniu, Powstaniu Wielkopolskim, nie mówi się prawie nic, za to wszystkie przegrane powstania: warszawskie, styczniowe, listopadowe są podawane jako wzór patriotyzmu i czczone. My jako naród, żeby żyć w chwale i blasku zabitych bohaterów, musimy przegrywać. Każda wygrana śmierdzi korupcją, zdradą, układem i spiskiem. Nieskazitelni są tylko zabici. I dlatego musimy ich co jakiś czas wygrzebywać i znowu czcić.

6.
Mój przyjaciel filozof, z którym przygotowujemy książkę o ukrytych, zapisanych w ciele pierwotnych wzorcach kultury, powiedział niedawno, że żyjemy między historyczną amnezją aplikowaną przez ostatnie lata a apoteozą przeszłości kreowaną obecnie – jedno powoduje niewiedzę, skąd jesteśmy, drugie narzuca narodowe ceremonie i religijny kult przodków. Kwintesencją haseł poprzednich przewodników narodu było wezwanie: „wybierz przyszłość”, co oznaczało: „zostawmy całą przeszłość za nami” (tak wygrał wybory prezydenckie Aleksander Kwaśniewski). Amnezja spowodowała repulsję z nieracjonalną nadwyżką narodowych resentymentów, co powoduje, że czynimy z historii narodu sanktuarium, nie zadając pytań, tylko odczytując apele i pochylając głęboko głowy.

7.
W Dzień Zaduszny w całej Polsce płoną wzgórza wokół miast i miasteczek. Namawiam każdego, kto chce coś zrozumieć z tego kraju, na podróż po Polsce tej nocy. Płoną wszystkie cmentarze i łuny z daleka w ciemnym i martwym krajobrazie nocy wskazują miejsca życia. Czy jest inny kraj, gdzie kult zmarłych ma taką moc przywoływania? To jedna z ostatnich rzeczy, która nas naprawdę łączy. WSZYSTKICH – wierzących, gejów, liberałów, faszystów i cyklistów. To nie jest święto kościelne ani państwowe. Ludzie po prostu czują, że muszą tam chodzić właśnie tego dnia. Niektórzy muszą coś dalej grzebać lub rozgrzebywać, inni zapalają tylko znicz lub kładą kwiaty. Ktoś przynosi jedzenie, inny – wódkę. Nikt nie pyta: a kiedy ja?

8.
Ja sam chętnie oddałbym życie za ten kraj, ale po pierwsze stan zdrowia nie pozwala mi na walkę, po drugie wolałbym to robić jakoś po cichu, bo te wszystkie głośne i tłumne wyznania miłości do Ojczyzny brzmią najczęściej jak wezwania do nienawiści do bliźniego. Jak się kogoś bardzo kocha, to się o tym nie mówi tak głośno, chyba że testuje się własne muskuły i maskuje własne frustracje.

24-03-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Paweł   Kwiek
    Paweł Kwiek 2017-03-30   01:52:36
    Cytuj

    Tomku troszeczkę inaczej ale całym sercem jestem z tobą. Paweł Kwiek.

  • Użytkownik niezalogowany TOMASZ BORKOWY
    TOMASZ BORKOWY 2017-03-25   20:30:54
    Cytuj

    To następny bardzo dobry i głęboki tekst. Gratuluję Panie Tomaszu i dziękuję za światłe słowa. Pozdrawiam z Edynburga Tomek Borkowy

  • Użytkownik niezalogowany
    2017-03-24   19:45:34
    Cytuj

    "Aktorzy i dyrektor teatru tłumaczą w jednym z wywiadów, że to, co się dzieje na scenie, to fikcja, że to się nie dzieje naprawdę. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie słyszałem. Zawsze myślałem, że największe spektakle w teatrze to te, które dzieją się naprawdę. Na szczęście w zupełnie innym wywiadzie Frljić mówi: „nie ma tu naddatku w postaci fikcji, porzucamy całkowicie fikcję”. Odetchnąłem". Zawsze wiedziałem, Tomek, że Cię lubię i dziś wiem dlaczego. Obaj jesteśmy z tych, co odróżniają bitych od bijących, nieprawdaż? Przydałaby się jeszcze szczepionka na heglowskie "ugryzienie", bo nie powiem na esemesy od Grasia. Drogi Tomku, opisałeś rzeczywistość nieistniejącą, a czy "od żłobu", czy naruszonego interesu, by "było tak jak było" pozostawiam Twojej dociekliwości... Ładne twarze, powiadasz? A nie telewizyjne? Jak to mówią: przebudzenia. Wszystkiego najlepszego

  • Użytkownik niezalogowany pokopana
    pokopana 2017-03-24   17:32:13
    Cytuj

    Do redakcji teatralny.pl. Fatalna jest konstrukcja waszego forum dyskusyjnego. Nie można sformatować posta, bo wszystko wrzuca pisane jednym ciągiem (nie można wstawić entera). Wygląda to fatalnie. Proszę poprawić!

  • Użytkownik niezalogowany pokopana
    pokopana 2017-03-24   17:30:55
    Cytuj

    3= Kolego Rodowicz, felieton nie polega na tym, że piszemy o wszystkim i o niczym. Mydło i powidło. Proszę na drugi raz wybrać jeden temat i się na nim skupić. Proszę zobaczyć jak Kopka celnie ostatnio kopnął (a przecież też jest o Polsce).