AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Proszę o zbliżenie

Fot. Karol Budrewicz  

„Proszę o zbliżenie”.
Jakie piękne słowa, prawda? Mógłby tak powiedzieć kochanek do kochanki, równoważąc w tej frazie szacunek z pożądaniem. Albo ona do niego, dając wyraz swej nieśmiałości, ale i największego oddania.

Ciekawe, czy ktoś zgadnie, skąd te słowa? No skąd? – pytam oryginalnie, jak mówi moja córka. Na pierwszy rzut oka można by je umieścić w jakimś dawnym filmie o miłości albo w staroświeckiej sztuce. A tymczasem te słowa pochodzą z tej najbliższej, najbardziej współczesnej rzeczywistości. Ale nie z planu filmowego, gdzie aktor domaga się, by jego twarz wypełniała cały ekran. To dużo prostsze, łatwiejsze i ma w sobie dużo więcej uroku. Otóż kupuję w aptece sok z granatów, już po raz któryś, podobno jest zdrowy, a na pewno smaczny. Otóż kupuję i mówię do Pana Magistra, że zapłacę paypassem… A on. Do mnie. Podsuwając terminal. Mówi: „Proszę o zbliżenie”.
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że to transakcja bezdotykowa.

Ano właśnie. Zasugerowano mi, żeby to moje pisanie było bliżej teatru. Wydawało mi się, że jest. To, co opisałem powyżej, jak i to, co było w poprzednim felietonie, to przecież teatr w czystej postaci, tyle że nie na scenie. To dzisiaj będzie.

Ale jeszcze jedno. Moja córka też się wyraziła o poprzednim felietonie. Pochwaliłem się jej, że napisałem o Kokardenii, pokazałem nawet gdzie i litery pokazałem. A ona popatrzyła i rzekła z politowaniem: „Kokardenia, którą napisałeś, jest prawdziwa, a moja jest magiczna”.
Tak powiedziała ta moja Jaśminowa Panienka, a mnie po zastanowieniu przyszło przyznać jej rację: jej Kokardenia jest piękniejsza. To, co zapisane, traci swój czar niedopowiedzenia, rozszerzenia…

W jednym z teatrów, który uznał, że wypadałoby coś mieć dla dzieci, rzecz wygląda tak, że ten teatr tych dzieci nie chce, bo się ich boi. A bliżej teatru to będzie w samym centrum wydarzeń – na scenie, na widowni i w foyer teatru dla dzieci. Chodzimy z córką dosyć często. Na początku chodziliśmy we trójkę, później nawet jeśli szliśmy we trójkę, to tylko dwójka wchodziła na widownię, z czego się później wytłumaczę, bo teraz chciałbym się przyznać, że raz poszedłem sam. Kolega napisał sztukę, teatr dla dzieci ją wystawił, więc poszedłem zobaczyć z ciekawości i zazdrości. Wchodzę. W foyer pełnio dzieci i kilka Pań Nauczycielek. Jedenasta rano, dzień powszedni. Podchodzę do kasy i pytam, czy mogę zobaczyć dzisiejsze przedstawienie. Pani Kasjerka nie odrywając oczu od ekranu monitora, pyta mnie, ile tych biletów. Mówię, że jeden… I wtedy podniosła wzrok – zmierzyła mnie od góry do pasa, potem od pasa w górę i wbiła się swoimi czujnymi oczami w moje, niewinne. Dopiero wtedy zrozumiałem. I odbyła się między nami niema rozmowa pełna aluzji. Dzisiaj byłaby jeszcze bardziej aktualna i napięta:

- Nie no, co pani, ja nie jestem…
- A kto cię tam wie. Stary byk, a na przedstawienie dla dzieci…
- Naprawdę pani tak pomyślała?
- A co mam myśleć? Tylko tam grzecznie i nic nie próbuj…
- Nie no, to się w głowie nie mieści. Niech mi pani już da ten bilet. Ale to już.
Bo najważniejsze, żeby z godnością… I dostałem i widziałem… I więcej sam nie pójdę.

Teraz wytłumaczę się, dlaczego we dwójkę, chociaż we trójkę. Ceny biletów. Dziecko samo nie pójdzie, a jak się wybrało z obojgiem rodziców, to przecież jedno z nich nie będzie siedzieć na korytarzu czy udawać, że spaceruje po mieście… A właśnie, że będzie siedzieć i będzie spacerować. Nawet jednocześnie. I tyleż samo chodzi tu o to, ile w sumie zapłacimy, co i o to, co dostajemy w zamian.

W jednym z teatrów, który uznał, że wypadałoby coś mieć dla dzieci, rzecz wygląda tak, że ten teatr tych dzieci nie chce, bo się ich boi. Okien tam nie ma, bo to budynek po dawnym czymś tam, światła przyciemnione, bo styl wystroju klubowy… I jedna pani w szatni, do której stać trzeba pół godziny. A za to we foyer dziesięć pań, które pilnują, żeby dziecko nie zniszczyło, nie zdarło, nie potłukło, czyli generalnie, żeby najlepiej w ogóle go tu nie było. No to po co zapraszacie dziecko do siebie, pytam oryginalnie?

W innym miejscu twórcy tworzą swoją wersję znanej bajki albo co gorsza piszą bajkę własną. I niech im tam, ale nawet się nie starają. A dziecko ogląda i pyta: „A dlaczego tak? A kto to jest? A co to jest? A czemu jak ten zrobił tak, to tamten tak?”. A ja nie wiem. Nie wiem. Może potem zapytamy twórców… A potem widzę twórców, jak oddalają się pospiesznie z miejsca zdarzenia. Słusznie.

I wszystko byłoby w porządku, wszystko to dałoby się przełknąć, przetrzymać, gdyby można było na scenie choć przez chwilę zobaczyć cud teatru, a choćby i cudzik. Nie można.

Jeszcze słowo o teatrze dla dzieci, który mieści się w budynku teatru dla dzieci… Teatr dla dzieci jest jak teatr dla dorosłych, tylko trzeba go zrobić lepiej. To piękne założenie, które często słyszę, ale którego realizację bardzo rzadko można zobaczyć. Czy to z /nie/koncepcji reżyserskiej, czy z nudów, czy z musu zapełnienia przynajmniej godziny na scenie dzieją się rzeczy, które nawet nieraz rozumiem, ale ich nie pojmuję.

„I przyszła wróżka” – taką kwestię ma wypowiedzieć aktor. I mówi: „Iiiiiiiiiiiiiiiiii”. Rży jak koń, co ma prawdopodobnie znaczyć, że wcale nie przyszła, lecz przyjechała karocą. Ale i w słowie „przyszła” aktorska interpretacja przesunęła jego znaczenie na takie mianowicie, że ta wróżka jest przyszła, czyli z przyszłości. I wreszcie wróżka to tak naprawdę „wróż”, a „ka”… To chyba każdy wie, jakie słowo zaczyna się na „k” z kropkami. Nie ma litości. Nie ma. Bo tak do końca. Każde zdanie, każdy wyraz… Aż przychodzi „Katharsis, czyli absolutne oczyszczenie nosa w pięć minut”. Wystarczy.

Wiem, że nie zawsze, wiem, że nie wszędzie, ale jednak zbyt często. W Kokardenii nie do przyjęcia.

Dziękuję za bardzo

28-10-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: