AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Real

Fot. Karol Budrewicz  

Najpierw pomyślałem, że to jest spektakl o lesbijkach. Potem – gdy okazało się, że dziewczyny leżące na materacu są siostrami – że będzie mowa o propagowanym przez rząd Ewy Kopacz kazirodztwie. Dopiero gdzieś koło połowy przedstawienia oświeciło mnie: to jest przecież o samobójstwie, o depresji, o chorobie na śmierć!

Pojąć tę prawdę było niełatwo (mnie przynajmniej), gdyż bohaterki dialogowały ze sobą współczesnym narzeczem klubowym, które jest bardzo cool, bardzo si i jazzy, i w którym powiedzenie czegoś wprost jest nietaktem i świadectwem skończonego buractwa. Ponieważ jednak rzecz dotyczy spraw fundamentalnych, czyli życia i śmierci (Albert Camus: „Jest tylko jeden prawdziwy problem filozoficzny: samobójstwo”), w końcu padają argumenty cięższego kalibru: żyć nie warto, bo skóra się wysusza, a potem – obwisa.

Trafione w dziesiątkę!

Wbrew szumnym zapowiedziom nasza cywilizacja wcale nie rozwiązała tego egzystencjalno-dermatologicznego problemu. Wszystko, czego dowiadujemy się z telewizji o liposomach i kremie Nivea, jest szytym grubymi nićmi kłamstwem! DTV łże, jak łgał!

Nic więc w końcu dziwnego, że w finale bohaterki spektaklu stają na skraju dachu wieżowca: skoczmy póki czas, zanim nam skóra wyschnie.

I wtedy światło gaśnie, a przedstawienie się kończy.

Gdyby było grane w teatrze, ruszyłbym do domu, unosząc ze sobą jego przesłanie: młodość nie radość oraz – nie można ufać reklamom utrzymującym, że kremy przeciwzmarszczkowe cofają czas.

Ponieważ jednak spektakl był egzaminem studentki reżyserii, nastąpiła teraz jego część druga: rozmowa z nią i jej aktorkami.

Muszę tu od razu zaznaczyć, że choć grane w szkole teatralnej, przedstawienie to mogłoby być z powodzeniem pokazywane na większości polskich scen. Warsztatowo było zrobione bardzo porządnie: prowadzenie aktorów, nadawanie i zmienianie rytmu, dialog poza słowem, zastępowanie nieobecnych w literackiej podstawie (proza Jerzego Pilcha) zdarzeń zagęszczaniem codziennego trwania – wszystko to wykonane zostało biegle, pewnie i z dużą swobodą. Rozmowa nie dotyczyła więc „gramatyki” wypowiedzi, ale – jej sensu.

I tu czekała wszystkich spora niespodzianka: okazało się, że odczytaliśmy spektakl całkowicie błędnie!

Twórcom nie chodziło bowiem wcale o to, żebyśmy przejęli się losem nastolatek w depresji, tylko o pokazanie popularnej ponoć wśród nich postawy, w której chętnie sięga się po kostium w czarnej utrzymany barwie i igra z myślami o śmierci, ażeby… No właśnie: ażeby co? Wydać się otoczeniu bardziej interesującym? Głębszym? Zapełnić czymś wewnętrzną pustkę? Na te pytania w spektaklu nie znajdziemy odpowiedzi.

Tak radykalne rozminięcie się komunikatu z odbiorcą obciąża, moim zdaniem, przede wszystkim nadawcę. To on czegoś nie dopowiedział, o czymś w swojej wypowiedzi zapomniał.

W tym wypadku sprawa wydała mi się dosyć oczywista: jeśli chcemy mówić o postawie, która wydaje się nam jakoś fałszywa i ograniczona, to musimy, jak sądzę, pokazać przede wszystkim jej „warunki brzegowe”. Pokazać sytuację, w której postawa ta zawodzi. Jakby powiedział Karl Popper – musimy ją sfalsyfikować. Jeśli to się nie uda, to znaczy, że nie mamy do czynienia z opowieścią o realnym świecie (w którym jak dotąd nie wynaleziono perpetuum mobile, a każda próba jego opisu pozostaje cząstkowa), ale z ideologiczną utopią czy bajką o Czarnym Ludzie lub Supermanie.

Naszą prawdę musimy przecież konfrontować ze światem. Na poważnie. Tylko wówczas dowiemy się czegoś o świecie i o sobie.

Z takiego założenia zrodził się dramat i teatr, już na samym swym początku sprowadzający Tejrezjasza do Edypa.

Przepraszam za powyższe banały, ale myśląc o wspomnianym wyżej studenckim spektaklu, uświadomiłem sobie, że tego rodzaju poważnych zderzeń z realem w ogóle od dawna nie oglądałem na polskich scenach.

Jeśli rozpoznawalna rzeczywistość w ogóle się na nich pojawia, to najczęściej w groteskowej i karykaturalnej postaci, jak nie przymierzając Hanna Gronkiewicz-Waltz w Tęczowej trybunie. Może rzeczywiście prezydent stolicy jest rokokową marionetką, jak chcą autorzy spektaklu, ale jeśli tak, to powstaje pytanie – co sprawia, że po dwóch kadencjach fatalnych jakoby rządów HGW jest liderką kolejnych przedwyborczych sondaży? Jeśli diagnoza Tęczowej… jest słuszna, to próba odpowiedzi na takie pytanie powiedziałaby nam bardzo dużo o istniejących w dzisiejszej Polsce mechanizmach wyborczych, désinteréssement „milczącej większości” dla udziału w życiu społecznym, o modelu polskiej demokracji itd.

To pytania ważne i na pewno powinny być interesujące dla kogoś, kto mieni się rzecznikiem zmiany społecznej.

Wszechobecna w dzisiejszym teatrze polskim groteska bywa niekiedy bardzo zabawna, ale na dłuższą metę jest i niebezpieczna. Daje nieodparte a złudne przecież poczucie imaginacyjnego opanowania rzeczywistości.

Freud łączył pociąg do groteski z psychologicznym mechanizmem wyparcia, które zniekształca rzeczywistość, ukrywając wydarzenia przed świadomością. Mechanizm ten pozwala jak wiadomo na stopniowe oswajanie się z trudną sytuacją, jednak po pewnym czasie potrzebne jest uznanie obecności bolesnych uczuć – poczucia bezsilności na przykład. A jeśli nie, to zaczynamy hodować w sobie chorobliwą dysfunkcję psychiczną, jakąś histerię, sprawiającą, że oskarżamy cały świat wokół, choć tak naprawdę winne są nasze własne zaniedbania.

8-10-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2014-10-10   17:52:25
    Cytuj

    Pełna zgoda, Krzysiu, i odpowiedź na końcowe pytanie. Bo stolica jest największym w Europie ogrodem zoologicznym pełnym futrzaków na czyimś wikcie i braku samodzielności myślenia. Stąd bufet - średnio zaopatrzony - i kolejka lemingów do dokarmienia