AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Speed

Fot. Karol Budrewicz  

W wywiadzie (Jezus jako paralizator, „Gazeta Świąteczna” z 24-25 maja), jaki Dorota Wodecka przeprowadziła z bardzo przeze mnie lubianym i cenionym pisarzem Ignacym Karpowiczem, przeczytałem między innymi taką oto jego wypowiedź: „Kiedyś, muszę przyznać, wierzyłem w mit małych ojczyzn, z których powstanie wspaniała, wielka ojczyzna, ale już mi przeszło jak amen w pacierzu. Bo mała wspólnota jest homogeniczna, restrykcyjna, ekskluzywna raczej niż inkluzywna. I często okrutna. Małe ojczyzny to nie otwartość, tolerancja, pogoda ducha, lecz takie… zamknięte osiedla. Wstęp dla wybranych, reszta musi je obchodzić z hukiem”.

Karpowicz bez wątpienia wie, o czym mówi. Urodził się przecież i wychował w takiej właśnie małej wspólnocie białostockiej wsi.

Od kilku lat ja sam mieszkam na wsi dolnośląskiej.

Robię codzienne zakupy w tutejszym sklepiku, gdzie rozładowanie trzyosobowej kolejki trwa minimum pół godziny, bo każdy coś opowiada; chodzę na imieniny do sąsiadów (ale to nie przymus), pożyczam od nich narzędzia, gdy muszę coś zrobić przy domu. Lekarzem w moim gminnym ośrodku zdrowia jest Kameruńczyk (inny lekarz – Hindus, tylko u nas mieszka i dojeżdża do pracy we wrocławskim szpitalu). Żyje tu także rodzina czeskich cyrkowców i Bułgarzy.

Mój sąsiad przez płot był na wycieczce Rodzin Radia Maryja w Licheniu i gorąco mnie namawia, żebym koniecznie tam pojechał, bo to cud nad cudami. Kiedy mu odpowiedziałem, że nie pojadę, bo widziałem bazylikę na zdjęciu i wcale mi się nie podobała, uznał, że musiałem mieć złe zdjęcie. Odtąd gdy idę do niego, żeby na przykład pożyczyć drabinę, bo mój kot niezgraba znów wlazł na sosnę i nie może z niej zleźć, pyta mnie zawsze, czy już byłem w Licheniu, ja mówię, że nie i biorę drabinę.

Idylla? Może tak, może nie – zależy, co się pod tym słowem rozumie.

Żyje mi się tu tak, jak oddycha: bez wysiłku i bez specjalnej euforii. Mnie to wystarcza.

Nie oczekuję powstania „wspaniałej, wielkiej ojczyzny”, bo boję się nawet zacząć domyślać, co by to miało znaczyć. Równie dobrze jak u siebie czuję się, dajmy na to, we Francji czy Hiszpanii, ale czy one są „wielkie i wspaniałe”? Nie umiem odpowiedzieć, bo po prostu nie myślę tymi kategoriami. (Chociaż nie przestanę uważać, że nieprzyjęcie Karty Praw Podstawowych w Polsce jest skandalem i głosuję na posłów, którzy są za jej wprowadzeniem. Tyle realnie mogę. Reszta to produkcja zgiełku.)

Nie mam też najmniejszych wątpliwości, że moja obecna mała dolnośląska ojczyzna w „sprzyjających” warunkach może stać się „restrykcyjna, ekskluzywna i okrutna”. Czyli taka, jaką już nieraz w przeszłości bywała. Taka, jaką 20 lat temu stała się Bośnia czy Krajina albo jaką teraz stają się wsie i miasteczka wschodniej Ukrainy. Bo takie już jest życie. Bo „człowiek bardziej hołduje dobru niźli złu, ale warunki nie sprzyjają mu”. Bo bardzo przekonują mnie wywody twórcy „teorii katastrof”, matematyka René Thoma, dowodzącego (matematycznie), że i jako jednostki, i jako społeczeństwa żyjemy w permanentnym kryzysie, z którego jakoś każdego dnia wychodzimy (albo i nie), i że oczekiwanie na jakiś przyszły dobrostan i wynalezienie Wielkiego Rozwiązywacza Problemów są szkodliwym złudzeniem.

Interesujące w wywiadzie z Karpowiczem jest jego autentyczne zdumienie tym, jak mała społeczność białostockiej wsi Królowe Stajło obeszła się z bohaterką jego najnowszej powieści, „Sońką”: „Byłem zdziwiony, że pozwolili Soni żyć w takiej małej wspólnocie (…) Jej szczerość i bezinteresowność mogła ludzi rozwścieczyć, bo czyniła Sonię lepszą od nich. Nie zrobiono z nią tego, co robiono na wsiach z ludźmi dotkniętymi powszechną nienawiścią”.

Jest taki moment w pisaniu, który zna każdy autor, gdy stworzona przez niego postać się usamodzielnia. Jej droga przestaje prowadzić do założonego wcześniej finału. Wewnętrzna logika kolejnych wydarzeń pcha ją nieuchronnie w zupełnie inną, nieprzewidzianą stronę. Jest kwestią decyzji autora, czy podążyć za nią, czy też wtłoczyć z powrotem w przygotowany wcześniej ideologiczny gorset. To kwestia decyzji i uczciwości artystycznej, nakazującej rzucić się w nieoczekiwaną przygodę.

Karpowicz jest artystą uczciwym.

Nie czytałem jeszcze Sońki, historii kobiety z Królowego Stojła, „która za II wojny miała Niemca” i nie wiem, czy autor próbuje jakoś rozwikłać tajemnicę owej zaskakującej tolerancji w społeczności z definicji (jego, Karpowicza) nietolerancyjnej, czy też jedynie pozostawia czytelnika ze swoim zdziwieniem.

Bo przecież – jak? „Sielskość, anielskość. Nie, to krew, mocz, kał i sperma, jak zauważył Igor. Nie tylko w Polsce. Te wspaniałe szwajcarskie czy austriackie miejscowości ze stron Jelinek czy Bernharda są takim samym koszmarem do życia jak u nas”.

Daniel Kahneman, psycholog i ekonomista, twórca tzw. ekonomii behawioralnej (Nobel 2002), przeprowadził kiedyś taki oto eksperyment. Dwie grupy jego uczestników miały uzupełnić, jak w scrabblach, puste miejsce w wyrazie WO_A. W pierwszej grupie wyjaśniający zadanie asystent Kahnemana użył słów: „sucho”, „pić”. W przemowie do drugiej grupy użyto słów „chcieć” i „móc”. Pierwsza grupa wstawiła literkę „d” i otrzymała „wodę”, druga „l” i w efekcie powstała „wola”.

Inny eksperyment: grupa niemieckich sędziów (z minimum dziesięcioletnim stażem zawodowym) rzucała kostką tak spreparowaną, że wypadało na niej zawsze 2 albo 6. Potem otrzymali do przestudiowania fikcyjny przypadek wykroczenia. Sędziowie, którzy wyrzucili 2, skazywali przestępcę z reguły na miesiąc do trzech aresztu; ci z 6 – na 5-8 miesięcy…

I tak dalej, i tym podobnie.

Na podstawie setek tego rodzaju eksperymentów oraz badania przyczyn podejmowania takich czy innych decyzji w świecie realnym (w ekonomii na przykład) Kahneman sformułował wniosek, że każdy z nas korzysta wymiennie z dwóch systemów myślenia: szybkiego i wolnego. Oba w pewnych sytuacjach bywają zawodne, chociaż dużo większą pewność uniknięcia fałszywych wniosków daje ten drugi – wolny.

Problem w tym, że z punktu widzenia organizmu użycie systemu myślenia wolnego jest diablo kosztowne energetycznie! Trzeba przecież przetrząsnąć całą pamięć operacyjną, jaką mamy w mózgu, pootwierać dawno być może nieużywane pliki, a może nawet wdrukować sobie nowe. Horror! To gorsze od machania łopatą! W tym czasie – opisuje Kahneman fizjologiczne skutki myślenia – źrenice nam się rozszerzają, włoski na ramieniu stają dęba, wzrasta ciepłota skóry itd.

Czy można się dziwić, że organizm unika myślenia wolnego jak diabeł wody święconej? Że wykształcił na codzienne potrzeby drogę na skróty – myślenie szybkie? Ono nie przetrząsa plików w mózgu. Wystarczy mu chwycić jakieś słówko, trop, emocję, fobię, liczbę, choćby tę, co wypadła na kostce i – w sekundę albo mniej – wyjaśnić na tej podstawie cały świat. Myślenie szybkie jest fantastycznie sprawne w łączeniu fastrygą argumentów z różnych parafii, żebyśmy mieli przez cały czas przyjemną świadomość, że „wiemy, jak jest”. Dzięki niemu możemy wypowiadać się autorytatywnie na temat medycyny, piłki nożnej, przyczyn światowego kryzysu gospodarczego i polityki Putina.

Myślenie szybkie pozwala nam także w mgnieniu oka oceniać ludzi. Uznajemy kogoś po pierwszym spotkaniu za fajnego, a ponieważ w naszym pojęciu fajności zawiera się np. miłość do zwierząt czy filmów Woody Allena, dajemy mu w prezencie rozkosznego kociaka albo Drobnych cwaniaczków. Zaś gdy fajny facet wyrzuca nas razem z koteczkiem za drzwi (cierpi na ostrą alergię na sierść), wiemy natychmiast, że to zwyczajny kawał drania. Myślenie szybkie tworzy zborne konstrukcje, których jedyną słabością jest to, że mało mają wspólnego z rzeczywistością.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pisząc Sońkę, Ignacy Karpowicz myślał wolno, zaś udzielając wywiadu – nieco za szybko.

Nie czynię mu z tego zarzutu. Każdy z nas to robi, bo nie da rady inaczej. Sam nigdy nie czytam swoich dawnych tekstów, żeby nie natknąć się na „błyskotliwe, tworzone w natchnieniu syntezy”, z których dzisiaj – widzę to – sypią się trociny…

Nie narzekam też na dzisiejsze czasy, które tworząc coraz szybsze media elektroniczne, premiują ten pierwszy, szybszy system myślenia. Chodzi mi tylko o to, że troska o zdrowie psychiczne społeczeństwa oraz zwyczajny instynkt samozachowawczy powinny nas skłaniać do zachowania pewnej liczby miejsc – gazet, portali internetowych, rozgłośni radiowych, wydawnictw – gdzie nadal da się myśleć powoli. Dotąd takim miejscem była dla mnie „Gazeta Świąteczna” i chciałbym bardzo, aby nim pozostała.

4-06-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: