AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Stare krosna

Fot. Karol Budrewicz  

Pisząc w poprzednim felietonie o urzędowych szykanach, jakie dotykają moskiewski Teatr.doc, nie zdołałem poruszyć wątku, który w tej sytuacji najbardziej mnie niepokoi. I nie jest to bynajmniej obawa o całość cielesną czy wręcz życie twórców związanych z tą sceną, która za chwilę znów stanie się bezdomna.

Nie sądzę bowiem, aby rządząca Rosją oligarchia myślała o jakiejś fali nowej opriczniny. Po pierwsze trzeba by wtedy dzieci zabierać z angielskich szkół, a teściowe z domów starców w Toskanii, a po drugie – nie ma takiej potrzeby. Opozycja jest spacyfikowana, słaba i wewnętrznie skłócona. Kryzys gospodarczy przebiega łagodnie, jest powolnym staczaniem się w dół i – naprawdę, towarzysze! – sporo jeszcze czasu przed nami. Operacja ukraińska się powiodła. Nie chodziło w niej przecież o jakąś tam Noworosję, ale o odwrócenie tendencji spadkowej w rankingach popularności prezydenta, wprowadzenie patriotycznej autocenzury w mediach i ustalenie, że wszystkie organizacje w rodzaju Open Society Found, Transparency czy Amnesty International to „zagraniczni agenci”.

Wszystkie te cele zostały osiągnięte i teraz już można spokojnie, z dala od wścibskich dziennikarskich nosów robić, to o co chodziło od samego początku, to znaczy – budować m.in. „Turecki potok” (gazociąg przez Morze Czarne i Turcję na Bałkany), który ma zastąpić „zakazany” przez Unię Europejską „Potok południowy”.

Dlaczego Eurokomisja zakazała budowy „Południowego potoku”?

Mówił o tym ostatnio „Nowej Gazecie” Michaił Kruchtin, ekspert RusEnergy: „Europejczycy niczego nie zakazywali. Przypomnijmy: to Gazprom nie złożył do KE wniosku o zgodę na budowę »Potoku«. Gazprom żądał, aby bez tego wniosku przyznano mu monopol na budowę gazociągu. Europejczycy odpowiadali: W porządku, złóżcie wniosek, my go rozpatrzymy i być może zrobimy dla was wyjątek. Więc to Gazprom praktycznie zerwał ten projekt i zrobił to świadomie.

Z „Tureckim potokiem” jest tak samo. Gazprom zapewnia, że w pierwszej dekadzie czerwca rozpoczną się prace, ale do tej pory nie przedstawił władzom tureckim wymaganego przez nie raportu o wpływie gazociągu na środowisko. Więc to nawet nie to, że nie uzyskano zgody – nie wystąpiono jeszcze o tę zgodę! A mimo to Gazprom buduje już rosyjski odcinek gazociągu z budżetem 24 mld USD. (…)

Wygrani w tym są jedynie wykonawcy budujący ten gazociąg. Mają oni szczególny status i szczególne relacje z rosyjskimi władzami. To korporacja Arkadego Rotenberga na przykład. To oni przejmują środki z budżetu i jest im wszystko jedno, czy gazociągiem gaz popłynie, czy nie”.

I tyle.
Że to się w głowie nie mieści? Nie musi: Rossiji umom nie poniet’…

Wracam wreszcie do Docu i swoich niepokojów. Sprowadzają się one do jednego: źle by się stało, gdyby poddawany coraz silniejszym szykanom administracyjnym (a one niewątpliwie nastąpią) Doc skoncentrował się na bieżących, publicystycznych replikach ze szkodą dla nurtu „dosłownego” (verbatim) dotykania szerszych problemów społecznych. Ten nurt w całej dotychczasowej trzynastoletniej historii teatru był mocno reprezentowany i tworzą go takie choćby dramaty, jak Zbrodnie namiętności Sinkiny, Pierwszy mężczyzna i Doc.tor Jeleny Isajewej, Walka Mołdawian o tekturowe pudełko Rodionowa czy Siny ślusarz Michaiła Durnienkowa.

Moim zdaniem w utworach tych pojawił się zdecydowany, „nowy (i ozdrowieńczy) ton” w literaturze rosyjskiej. Z czego wynikał? Zacznę z grubej rury: z niezapośredniczonego przez żadną ideologię czy tradycję literacką zderzenia z Realnym.

A tak po ludzku: o co chodzi? Na przykład o opowieści trzech młodych kobiet, których pierwszymi kochankami byli ich ojcowie. To oni właśnie nauczyli je, czym jest miłość. Bo – w ich wspomnieniach – te kazirodcze związki tym właśnie były: jednym wielkim świętem miłości! Nie pamiętają, aby były gwałcone, molestowane, wykorzystywane. Nie – one zostały wybrane, wyróżnione i nagle stały się dojrzałe, mądrzejsze (o tę słodką tajemnicę) od swoich naiwnych rówieśniczek czy swoich odtrąconych przez mężów matek.

A teraz, gdy przestały być uroczymi nimfetkami, płacą za to – samotnością, niespełnieniem w każdym z kolejnych związków, wręcz – niemożliwością ustanowienia takiego związku.

W tym dyżurnym temacie kiepskiej publicystyki (a innej we współczesnym infotainmencie już prawie nie ma, zawsze: lato – potwór z Loch Ness, jesień – siatka pedofilów…) Isajewej udaje się dostrzec coś fundamentalnego – opowieść o grzechu, o prawdziwych kosztach łamania tabu, pokucie...

To samo Rodionow w swej sztuce o mieszkańcach faweli otaczających moskiewskie targowiska. Mołdawianie, Uzbecy, Azerowie – wszyscy mieszkańcy postsowieckiej przestrzeni – bici i okradani przez milicję, pozbawieni jakichkolwiek praw, wegetujący na najniższym szczeblu drabiny społecznej, kiedy w chwili większej papojki pragną jakoś wyrazić uczucia wyższe – śpiewają starą sowiecką pieśń patriotyczną, której nauczyli się w szkole. Takiej samej w Kiszyniowie, Baku i Samarkandzie. Wojna Mołdawian… więcej mówi o realiach współczesnego Wschodu niż dziesiątki politologicznych analiz.    

Zaskakujący był dla mnie Doc.tor – relacja o trzech pierwszych latach w zawodzie medyka z prowincjonalnego Astrachania. Ten niestroniący od tonacji rodem z czarnej komedii zapis rzeczywistości rosyjskiej służby zdrowia dotykał też przecież całkiem innych rejestrów – tragicznych mianowicie. Taka jest w końcu sytuacja lekarza toczącego swój nierówny i z góry przegrany bój o życie pacjenta, w którym może wszak liczyć jedynie na przejściowe sukcesy – zaleczenie jakiejś choroby. Było w tym tekście coś, co nakazywało myśleć o prostym patosie przysięgi Hipokratesa: „Do jakiegokolwiek wejdę domu, wejdę doń dla pożytku chorych, nie po to, żeby świadomie wyrządzać krzywdę lub szkodzić w inny sposób”.

Ta decyzja Hipokratesa, aby związać się rotą przysięgi, której nikt od niego nie żądał, wydaje się jednym z fundamentów, na których zbudowaliśmy nasze społeczeństwo. Wierzymy, że w sytuacji podbramkowej możemy liczyć na pomoc, opiekę i miłosierdzie. W świecie „racjonalizacji procedur” i urealniania zadań (czyli skazywania na śmierć kilkunastu dzieci cierpiących na rzadką chorobę genetyczną) jest to oczywiście wiara złudna i trzeba sporo „poetyckiej naiwności”, aby, jak Isajewa, domagać się wierności Hipokratejskiej przysiędze.

Niezwykła umiejętność Doc-owców przebijania się przez obiegowe etykiety i schematy poznawcze ku jądru rzeczywistości jest wartością samą w sobie. Przywraca wiarę w możliwości i wysokie posłannictwo literatury, która w trakcie swego rozwoju zdołała wykształcić specyficzne, sobie tylko właściwe narzędzia poznawania i opisywania świata. Umiejętność korzystania z tych narzędzi jest rzadka: wymaga talentu i dużej wiedzy. Wymaga też odrzucenia poprawności politycznej i oczyszczenia głowy z ideologicznego zacietrzewienia.

Dziś, w postnych czasach postdramaturgii i pop-polityki te literackie instrumenty są jak jakieś stare krosna, na których nikt już prawie tkać nie umie, bo i właściwie po co, jeśli co dzień jest nowa dostawa taniej konfekcji z Chin.

24-06-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: