AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 16 października

Fot. Karol Budrewicz  

Rollisonową w Dziadach Dejmka miała grać Irena Eichlerówna. Reżyser i aktorka działali na siebie jak płachta na byka albo jak byk na płachtę. Dejmek zatrudniał legendarną panią Lenę w Teatrze Narodowym, ale nie znosił jej ekscentryczności i żeby jej dokuczyć, zwracał się do niej „pani Eichler”, ona natomiast uważała go za parweniusza i traktowała z góry. Pewnie, rozmawiając z Dejmkiem, zamykała oczy, jak to miała w zwyczaju wobec partnerów na scenie. Nie mogła na nich patrzeć.

Na próby przychodziła w kapeluszu z pokaźnym rondem, z termosem i kanapkami. Nie zważając na nic – a bądź co bądź czytane były Dziady – celebrowała posiłki, dobywając z torby i rozkładając na stole wiktuały. Od czasu do czasu wykazywała łaskawe zainteresowanie dla otoczenia. „A któż to gra Zosię?” – zapytała ze swoim słynnym, kresowym zaśpiewem, kultywując „ł” przedniojęzykowo zębowe. Przerażona młoda aktorka cichutko pisnęła: „Ja”. „Pani?” – zaśpiewała gwiazda, rozciągając słowo do ostatnich granic niebotycznego zdumienia – „Ależ do tej roli trzeba mieć głos”.

W bufecie pani Lena napotkała Zdzisława Mrożewskiego, znakomitego aktora o pięknej, wielkopańskiej aparycji:
– „Zdzisiu, podobno grasz Senatora?”
– „Tak, Leno, gram.”
– „I ja mam się ciebie bać?”
Dejmek nie wytrzymał, gdy doszło do prób sytuacyjnych. Z kulisy weszła Kmitowa z Eichlerówną-Rollisonową uwieszoną na plecach i bezwładną niczym worek. Po chwili Eichlerówna oderwała się od Kmitowej, nabrała kształtu i energii i raźnym krokiem ruszyły ku proscenium. W tym momencie rozległ się ryk rozjuszonego Dejmka:
– „Pani Eichler, pani nie może tak wchodzić!”
– „A dlaczegóż to, panie dyrektorze?”
– „Przecież Rollisonowa jest ślepa!”
– „Ślepa? Pierwsze słyszę… No, może trochę niedowidzi…”
Ostatecznie Rollisonową zagrała Barbara Rachwalska.

Eichlerówna największe triumfy przeżywała w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, choć już przed wojną dała się poznać jako wielki i nader oryginalny talent. Nieprzychylni mówili o drażniącej manierze, ale zaprzysięgłych miłośników jej nie brakowało, zwłaszcza gdy grała role tragiczne w Fedrze, Brytaniku czy Marii Stuart. Królowa sceny, za konkurentkę miała chyba tylko Ninę Andrycz – postać niemniej legendarną i na swój sposób równie nieznośną. Na dodatek w swoim czasie żonę premiera Cyrankiewicza, obdarowaną kosztownym futrem przez samego Stalina.

Notabene obie aktorki spełniały się w teatrze, film nie kupił ich bardzo specyficznego stylu gry i mowy. Eichlerówna stanęła przed kamerą ledwie parę razy – najciekawsza była chyba w Szyfrach Hasa jako kobieta psychicznie chora; Andryczównę widziałem w Kontrakcie Zanussiego, dość złośliwie obsadzoną, i w Jeszcze nie wieczór Bławuta, gdzie poniekąd grała samą siebie pośród grona skolimowskich pensjonariuszy.

Na żywo, owszem, pożerałem je wzrokiem – nie bez fascynacji – w paru rolach. Eichlerównę w Teatrze Małym w Tej Gabrieli, Trenach, Dwóch teatrach, Zabawie w koty; Andrycz w Teatrze Polskim, z którym związała całą swoją długą karierę. Zaintrygowała mnie jako Stara w Krzesłach Ionesco, ale też w Tangu, Ryszardzie III, Babie-Dziwo, Cocktail Party, że już nie wspomnę o jej słynnym benefisie pod tytułem Lustro, do którego sama napisała scenariusz – „widowisko, któremu trudno dać nazwisko”… Obchodziła w ten sposób swój jubileusz, ale jaki, nie sposób było zgadnąć, bo starannie ukrywała wiek – do tego stopnia, że zataiła przed światem setne urodziny, więc za karę ominęły ją obchody.

W Teatrze Polskim do dziś krążą niezliczone anegdoty o pani Ninie. Opowiadają je weterani sceny i młodsi, którzy zdążyli się z nią zetknąć. Nie wszystkie nadają się do powtórzenia, niektóre są, powiedzmy, pikantne, zwłaszcza tajemnice garderoby zamienianej niekiedy w alkowę.

Podobno na każdy swój występ kupowała wielki bukiet kwiatów, który bileterzy wnosili na scenę jako wyraz uwielbienia od widzów. Któregoś razu ktoś rzucił na scenę kwiaty przeznaczone dla innej aktorki. Pani Nina błyskawicznie dała susa i podniosła kwiaty jak swoje – tylko jej należały się hołdy. Podczas ukłonów odwracała się dyskretnie i energicznie klaskała, narzucając poziom aplauzu.

Dla kolegów była bezlitosna. Gdy Ignacy Gogolewski mocował się z rolą w Minettim Bernharda, na widowni rozległ się dobrze znany głos Andryczówny: „Boooże, ależ to nużące…”. A opowiadał mi też Jarek Kilian, jak za jego dyrekcji pani Nina zjawiła się w gabinecie – musiała być wtedy po osiemdziesiątce – i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmiła: „Panie dyrektorze, to już ostatni moment, żebym wystąpiła w negliżu, proszę mi znaleźć odpowiednią rolę”.

Nawet gdy już nie występowała, przychodziła do Polskiego na każdą premierę. Kiedyś na bankiecie upatrzyła sobie znaną aktorkę młodszego pokolenia i sprawdziwszy, czy ma odpowiednią publiczność, zapytała:
– „A pani to kto?”.
– „Iksińska” – odparła zdetonowana aktorka, kłaniając się divie ze stosownym szacunkiem.
– „Ach, wiem żona Ygreka – odszedł, porzucił, drań”.
– „Nic podobnego – nie dawała za wygraną aktorka – rozstaliśmy się za obopólną zgodą”.

Snuję tę pogawędkę ze sprzecznymi uczuciami. Aktorek z takimi tonami, pretensjami, manierami i manieryzmami dzisiaj nie uświadczysz. Były w gruncie rzeczy reliktami teatru, który już za ich życia odszedł w przeszłość, wraz ze swoimi lubownikami (tak kiedyś mówiono), co to potrafili pod teatrem wyprzęgać konie z powozu wiozącego ukochaną aktorkę i własnymi siłami ciągnąć go do jej domu. A i do bitki nieraz dochodziło, gdy napatoczyli się na siebie, dajmy na to, wielbiciele panny Czako z wielbicielami panny Wisnowskiej. Nie przymierzając jak kibice wrogich drużyn piłkarskich. Wszystko to przeminęło wraz kurtyną, gongiem i budką suflera. „Cóż, każda epoka ma własny obyczaj i ład” – jak śpiewał Bułat Okudżawa, też już raczej zapomniany.

16-10-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Anonimowy internauta
    Anonimowy internauta 2017-10-30   16:42:57
    Cytuj

    Jest Pan genialny.

  • Użytkownik niezalogowany Anonimowy internauta
    Anonimowy internauta 2017-10-30   16:42:26
    Cytuj

    O przepraszam, nie przelogowałem się. To jeszcze raz: Jest Pan genialny.

  • Użytkownik niezalogowany Janusz Majcherek
    Janusz Majcherek 2017-10-30   16:41:52
    Cytuj

    Jest Pan genialny.

  • Użytkownik niezalogowany Róża Franczak
    Róża Franczak 2017-10-19   08:52:47
    Cytuj

    Ach, jak Pan pięknie gada.. Właściwie pisze, ale czyta się to uszami. Proszę jeszcze, absolutnie.

  • Użytkownik niezalogowany Barbara Radzka.
    Barbara Radzka. 2017-10-17   13:55:08
    Cytuj

    Cudo. Mogłam się odstresować wreszcie i błagam o więcej.