AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 18 marca

 

I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.

Ostatnie wersy Wydrążonych ludzi T.S. Eliota (w przekładzie Miłosza) przyszły mi do głowy teraz, gdy, jak wielu z nas, siedzę w domu i usiłuję zagospodarować wolne dni. Wolne? Dziwna ta wolność. Wypisz wymaluj jak z Hegla, który twierdził, że wolność to uświadomiona konieczność.

Jakieś odległe skojarzenia ze stanem wojennym; coś z atmosfery po katastrofie czarnobylskiej; powidoki rozmaitych lektur i filmów katastroficznych. I to, co zawsze najciekawsze: obserwowanie ludzkich postaw.

Nie chcę się tu rozwodzić się nad zachowaniem niektórych księży, hierarchów i publicystów katolickich, którym scholastyczny fanatyzm zasłania ludzką rzeczywistość. Ani nad przedstawicielami rządu z premierem na czele, którzy, informując o postępach zarazy, muszą przy okazji podkreślać, że są najpiękniejsi w całej globalnej wsi i że żaden inny kraj nie walczy z chorobą tak mądrze i dzielnie jak oni. Jak zawsze musimy być wzorem dla świata. A koniunkturalna troska Dudy, który przebrany w dziwaczne mundurki plecie androny z wyrazem troski na pucatej twarzy, przyprawia o mdłości. „Po owocach ich poznacie”.

Z natury rzeczy ciekawią mnie reakcje środowiska teatralnego. Wiadomo: teatry zostały zamknięte na cztery spusty, aktorzy nie grają i przypuszczam, że jeszcze długo nie będą grali. Nie wierzę, że w dwa tygodnie sytuacja się unormuje. Dla sztuki teatru nie ma to większego znaczenia. Po upadku Rzymu teatr nie istniał przez kilkaset lat. Liturgiczne pierwociny pojawiły się dopiero w X wieku.

Nie chodzi więc o teatr, lecz o życie, a dokładnie: o środki do życia. Aktorzy zatrudnieni na etatach dostaną gołe pensje – byle jakie, ale zawsze coś. Wolni strzelcy, także w obliczu zatrzymania produkcji seriali i filmów, są w bardzo trudnej sytuacji. Podnoszą larum. Ktoś z nich powiedział, że prędzej umrze z głodu niż od wirusa.

Nie oceniam, bo każdy ma swoje życie i swoje problemy. Zajmując się po trosze historią teatru polskiego, wiem jednak, że środowisko teatralne różnie reagowało na różne okoliczności zewnętrzne. Na przykład w czasie okupacji niemieckiej większość aktorów nie grała, podporządkowując się dobrowolnie uchwale podziemnego ZASP-u. Pracowali w kawiarniach, szatniach, wypiekali ciasta itp.; Henryk Szletyński był konduktorem w kolejce; ktoś inny pomagał w gospodarstwie wiejskim. Ci, którzy decydowali się występować w teatrzykach i teatrach koncesjonowanych przez Niemców, nie zawsze czynili to z wyrachowania czy cynizmu. Niekiedy mieli powody natury życiowej, które stawiały ich wobec tragicznego w gruncie rzeczy wyboru. I tylko Bohdan Korzeniewski, samozwańczy Katon i prokurator, do końca życia tego nie rozumiał.

W stanie wojennym już nie większość, lecz znacząca część środowiska podjęła bojkot radia i telewizji – na blisko półtora roku. Ich postawa obrosła legendą, ale ograniczenie czy niekiedy porzucenie aktywności zawodowej zapewne nie było łatwe.

Oczywiście, między okupacją i stanem wojennym a stanem zagrożenia epidemicznego (który w moim przekonaniu rychło zamieni się w stan wyjątkowy) jest ogromna różnica. Jej istota sprowadza się do natury wroga, nie dość jeszcze znanego i przewidywalnego. Jak wieloznacznie pisał Camus: „Każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem nie jest od niej wolny. I trzeba czuwać nad sobą nieustannie, żeby w chwili roztargnienia nie tchnąć dżumy w twarz drugiego człowieka”.

Do rozważenia jest pytanie o relację etosu z wirusem. Nie da się tej kwestii pośpiesznie rozstrzygnąć. Pryncypializm moralny niekiedy przegrywa z sytuacją życiową i nad każdym osądem trzeba się trzy razy zastanowić.

Może jednak rację ma Camus, gdy mówi: „W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę”.

18-03-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: