AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 2 grudnia

Materiały organizatora  

„Uśmiechnij się, bo jutro będzie za późno” – śpiewał przed laty Jonasz Kofta, parafrazując piosenkę Barbary Krafftówny „Uśmiechnij się, jutro będzie lepiej”.

Coś mi się zdaje, że lepiej nie będzie i że na wszystko jest już za późno. W związku z tym jakoś mi ani do śmiechu, ani choćby do uśmiechu. Pisanie felietonów w tym stanie ducha nie przychodzi łatwo, felieton nieprzyprawiony humorem nie smakuje. Czym go dziś dosolić i dopieprzyć, skoro otaczająca nas rzeczywistość jest coraz bardziej jałowa jak kleik z ryżu?

Pozostaje tylko uśmiech nostalgiczny.

Ostatnio z nostalgią wspominałem Kłodzko. Któregoś dnia zadzwonił Marek Mazurkiewicz, szef kłodzkich Zderzeń i zaprosił mnie na jubileusz festiwalu. Miałem szczerą chęć jechać, byłem przy początkach tej świetnej imprezy, niestety, obowiązki zawodowe zatrzymały mnie w Warszawie. Żałuję, bo Zderzenia to krótki, ale ważny fragment mojego życia i chętnie odświeżyłbym wspomnienia.

Po raz pierwszy wybrałem się do Kłodzka bodaj w 1991 roku. Zderzenia właśnie raczkowały i nikt jeszcze nie wiedział, co z nich wyrośnie. Turlałem się pociągiem przez wiele godzin, już nie pamiętam, czy nocą, czy za dnia. Miałem wrażenia, że jadę do czorta na kuliczki, ale w tamtym czasie takie przygody mnie rajcowały. Na miejscu zastałem dwóch osobników: jeden młody, w typie inteligenta-entuzjasty – w okularach, krótko ostrzyżony, taki, powiedziałbym, uporządkowany, drugi starszy – wyglądał jakby się urwał z rock-opery Jesus Christ Superstar, strój zdradzający przywiązanie do czasów hippisowskich: długie włosy, nieodłączna czarna opaska na czole. Słowem: Marek Mazurkiewicz i Marian Półtoranos – dwuosobowy spiritus movens Zderzeń.

Miałem być jurorem w parze z przeuroczą, starszą panią; czy była lokalną dziennikarką? Czy miała na imię Leokadia? – Marku, poratuj, bo mam dziurę w pamięci…

Oglądaliśmy same monodramy, bo stanowiły one niejako spécialité de la maison. Część z nich, czy nawet większość, była owocem pracy Mariana Półtoranosa z młodziutkimi adeptami tej formy w Teatrze KO-KU. Pierwszą nagrodę przyznaliśmy Gabrysi Muskale, dziś znakomitej aktorce, wtedy – licealistce. Zagrała Panią dobrą, rzecz opartą, bagatela, na Święcie Borysa Bernharda. Ale pamiętam do dziś Mazurkiewicza we fragmentach Gry w klasy Cortazara i Roberta Płuszkę w Kwiatach dla Algernona. No i Wacława Tracza – ale w czym?

Po spektaklach toczyły się długie, nocne, burzliwe dyskusje. Półtoranos jako poniekąd żywy relikt kontrkultury narzucał ducha kontestacji i z pasją wzniecał rozmowy o żywotności teatru alternatywnego, który dla wygody nazywał alterną. Był w Marianie żar rewolty, muszę przyznać, zaraźliwy. Sądziłem, że nie mam złudzeń co do odrodzenia „alterny”, ale po tyradach Mariana opuszczałem Kłodzko, czując w sobie misję apostoła. Opowiadałem o Zderzeniach, gdzie się dało, zachęcając różnych koleżków po fachu do zainteresowania się Kłodzkiem. Na kolejne, coraz bardziej rozszerzone i bogate artystycznie edycje zaczęli przyjeżdżać Tadziowie Burzyński i Nyczek, Hanka Baltyn, Krzyś Mieszkowski, Maciek Nowak, Romek Pawłowski, Mirosław Kocur, Jacek Sieradzki, nawet Jurek Koenig…
 
Pod wpływem atmosfery Zderzeń sam wdałem się na dobrych parę lat w „alternę” i przypiąłem się a to do Malty, a to do Łódzkich Spotkań Teatralnych, a to do rozmaitych przeglądów i małych festiwali, jak choćby Brama w Goleniowie.

Festiwal rozkwitał, ustanawiając się rzeczywiście jako pole zderzeń między rozmaitymi formami teatru, ale też jako enklawa swobody, wolności, tolerancji – w jakimś momencie ogłosił ideę Kłodzka jako bramy do Europy.

Cztery lata temu przyszła wiadomość, że Marian Półtoranos nie żyje. Wydało mi się niewiarygodne, że umierając, miał 67 lat. Zawsze miałem go za dziecko-kwiat; nieśmiertelnik. Był typem głodnego ducha, a zarazem świetnym pedagogiem. No i artystą działającym poza mainstreamem i od tego mainstreamu niezależnym.

Z towarzystwa spotykającego się w Kłodzku nie ma już z nami Tadka Burzyńskiego, cudownego i mądrego krytyka z Wrocławia; nie ma Hanki Baltyn, Jurka Koeniga. Nie ma też Mariana Glinkowskiego, który doprowadził do odrodzenia Łódzkich Spotkań Teatralnych i który patrzył, jak ponownie umierają razem z nim.
 
My żyjemy… Marku, pozdrawiam Cię serdecznie, wasze Zderzenia zachowuję w czułej pamięci. Trzymajcie się!

02-12-2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: