AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 20 października

Fot. Karol Budrewicz  

Nie jestem skłonny do emfazy i o rozmaitych doznaniach artystycznych wypowiadam się z umiarem i powściągliwością. „Już taki jestem zimny drań…” Pocieszne wydają mi się reakcje młodych ludzi, którzy bez opamiętania stosują przymiotniki wyrażające najwyższy stopień zachwytu wobec zjawisk, które są zaledwie ciekawe, godne uwagi, zajmujące…

„Jezu, jaki genialny filmik widziałam/em na You Tube!” – krzyczy jedna z drugim. Kto wie, może autor rzeczonego filmiku przejawia cechy geniuszu – dzisiaj talenty bardzo się rozpowszechniły… Ale, jak mawiał Walery Wątróbka, przypuszczam, że wątpię. A w każdym razie mam wyśrubowane kryteria genialności. Widziałem w życiu parę filmów (nie filmików), które zrobiły na mnie wielkie wrażenie i uważam je za wybitne przykłady artyzmu. Ale czy najlepsze nawet dzieła Felliniego, Bergmana, Antonioniego, Buñuela nazwałbym genialnymi? Chyba nie. Pośród artystów za geniuszy uważam Bacha i Mozarta, Shakespeare’a, Mickiewicza… Bez wahania powiedziałbym, że Glenn Gould, Władimir Horowitz i Tadeusz Łomnicki genialnie grali – pierwsi dwaj na fortepianie, a trzeci na scenie. Dla większości pozostałych doznań, nie tak znowu częstych i licznych, rezerwuję przymiotniki o nieco mniejszym kalibrze: wybitny, znakomity, świetny i bardzo rzadko – olśniewający. Modne słowo „porażający” pozostawiam dla prądu elektrycznego.

Ale prawdę mówiąc przymiotnik „genialny”, czy to w odniesieniu do sztuki, czy, dajmy na to, pizzy (genialna w tym przypadku znaczy tyle, co wyjątkowo smaczna), wypierany jest przez komunikaty krótsze, ale, że się tak wyrażę, nadmiarowe. Mam na myśli stosowanie w funkcji wartościującej przedrostków takich, jak „mega”. Pan Bóg raczy wiedzieć, z czego ta maniera się wzięła – może źródłem była wszechobecna informatyka z jej megabajtami? Tak czy inaczej przedrostek „mega” można dodać do wielu słów, na pozór nietworzących z nim sensownych związków, albo używać go indywidualnie – samo „mega” wystarcza, żeby wyrazić podziw czy satysfakcję. Na przykład: „Widziałeś/aś Dziady Rychcika? Mówię ci, mega!”.

Komu zdarza się jadać w sieci KFC, ten wie, co to jest megakubełek (czy nie prościej byłoby powiedzieć kubeł?). Nie mam pewności, czy spożycie megakubełka wypełnionego po brzegi skrzydełkami z kurczaka jest równoznaczne z megawypasem, czy raczej w tym wypadku należałoby powiedzieć „fulwypas”. Z drugiej strony wypasiony może być samochód, ale czy widowisko teatralne? Chyba nie. Już raczej super lub ekstra.

Przyznaję, że wiele z tych nowych ekspresywizmów bardzo mnie bawi, z jednym może wyjątkiem. Jest słowo, którego, przyznaję, nie cierpię, tym bardziej, że rozpleniło się ponad wszelką miarę i słychać je na każdym kroku. „Co sądzisz o przedstawieniu Warlikowskiego?”. – „Zajebiste!”.

Zaprzyjaźniona malarka twierdzi wprawdzie, że to słowo wyraża coś, czego nie da się żadnym innym słowem zastąpić (choć próbowano tworzyć warianty typu zarąbisty, zajefajny a nawet zajedwabisty). Ale jej opinia bierze się pewnie stąd, że kiedyś zajebiste bywały jedynie kolory. Rozszerzenie malarskiego slangu na inne przejawy życia, już nie tylko artystycznego, mojej przyjaciółki nie razi. Mnie – owszem.

Nie przepadam też za nadużywaniem ekspresji niewerbalnej, szczególnie przejętego od Amerykanów „wow!” . Rozumiem, że jest ono poręczne, ponieważ niczego nie wyrażając, może wyrazić wszystko. Ale o wyrafinowaniu raczej nie świadczy. „Zapraszam cię, moja miła, do filharmonii na Koncert fortepianowy Lutosławskiego…”. A miła na to: „Wow!” . „A po koncercie walniemy sobie po browarze”. „Wow!!!”

Jeśli już na coś mam w tej mierze alergię, to na egzaltację. Pół biedy, jeśli wpadają w nią dziewczęta i chłopcy w wieku pokwitania. Gorzej, gdy egzaltują się stare konie wszystkich płci. Nazywam to syndromem hrabiny Kotłubaj, która podczas swoich sławnych sympozjonów wzywała gości tymi słowy: „Niech głębsze myśli pociekną! Powiedzcież mi – w czym jest Piękno?”.

Po tej jakby parodiującej Norwida frazie hrabina przechodziła do recytacji swoich trioletów, znanych pod nazwą Gędzenia mej duszy.

Nie znoszę gędzeń duszy, przez co rozumiem dawanie wyrazu pretensjonalnemu i egzaltowanemu nabożeństwu dla sztuki. Znam takich jej miłośników, którzy potrafią z całą rodziną jechać dajmy na to do Londynu, żeby obejrzeć tam wystawę jakiegoś sławnego malarza. Artysta musi cieszyć się światową renomą, ponieważ tylko przed taką wielkością można stać czy też klęczeć i wzdychać: „Wspaniałe, wspaniałe…” – byle Bitwa pod Grunwaldem, choć rozmiarami przewyższa wszystkie Vermeery razem wzięte, nie zapewnia odpowiednio silnych przeżyć.

Może zresztą niepotrzebnie się czepiam i wyśmiewam coś, do czego sam nie jestem zdolny. Ostatecznie co to szkodzi, że ktoś się zachwyca tym czy innym dziełem sztuki i swojemu zachwytowi daje taki wyraz, na jaki akurat go stać.

A tak naprawdę to przez cały czas próbuję coś wyrazić tak, żeby było i nie było wyrażone. Otóż obejrzałem w tych dniach przedstawienie. Które bardzo mnie poruszyło. Ale tak bardzo, że nie potrafię odpowiedniego dać rzeczy słowa. Nie zadowalają mnie ani stateczne przymiotniki, ani nowomodne ekspresywizmy. A nie mogę jęknąć „wow!” i zostać z rozdziawioną gębą, bo jestem już stary pasztet i pewne rzeczy mi nie uchodzą.

Za dawnych czasów padłoby pytanie: „To po jaką cholerę zawracasz pan gitarę?”.

No bo chciałbym wypowiedzieć zachwyt, a nie umiem. Przecież Wam nie rzeknę: „Idźcie, zobaczcie sami”, bo byłaby to rejterada.

Przypomnę więc anegdotę o Janie Parandowskim, którego proza do dziś zaleca się wyjątkowymi walorami stylu. Otóż w czasach PRL Parandowski składał w urzędzie jakiś kwestionariusz, w którym trzeba było wypełnić odpowiednie rubryki, m.in. podając nazwę swojego kraju. Pisarz wpisał „Polska” i spotkał się z reprymendą urzędnika, który pouczył go, że należało wpisać „Polska Ludowa”. Odpowiedź Parandowskiego brzmiała: „Szanowny panie, moje wieloletnie doświadczenie pisarskie nauczyło mnie, że przymiotnik osłabia rzeczownik…”.

I z tym Państwa na razie zostawiam…

21-10-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Stanisław Gadomski
    Stanisław Gadomski 2015-11-01   18:15:21
    Cytuj

    Wow! Zajebiste! Poglądy autora, podzielam w 101%. Ten 1%, to Mrożek w wyliczance...

  • Użytkownik niezalogowany Miałem czuja, że poszedłem
    Miałem czuja, że poszedłem 2015-10-31   02:09:23
    Cytuj

    PC napisał(a):

    Widziałem tego ''Płatonowa''. Nic takiego.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-10-30   14:18:13
    Cytuj

    PC sie myli, albo nie zna. Jego broszka

  • Użytkownik niezalogowany PC
    PC 2015-10-26   17:19:20
    Cytuj

    Widziałem tego ''Płatonowa''. Nic takiego.

  • Użytkownik niezalogowany Maria Dworakowska
    Maria Dworakowska 2015-10-22   00:04:08
    Cytuj

    Czy to był "Platonow" z Wiednia?