AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 21 listopada

Fot. Karol Budrewicz  

Wróciłem niedawno do książek Tischnera. W jednej z nich zaciekawiła mnie anegdota o Aleksandrze Kakowskim, który w latach międzywojennych był arcybiskupem metropolitą warszawskim, a także prymasem Polski. Przejawiał poglądy silnie konserwatywne, sprzeciwiał się ślubom cywilnym i rozwodom, nie akceptował innowierców, a Żydów uważał za bezbożników i wolnomyślicieli, którzy stanowią zagrożenie dla chrześcijaństwa.

Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że wobec zgromadzenia rabinów potępił akty przemocy o podłożu antysemickim, które narastały lawinowo w latach trzydziestych. Niemniej generalnie uważał, że katolicyzm powinien mieć dominującą pozycję w państwie. Jednym ze sposobów zapewnienia tej pozycji było rozwijanie tak zwanej Akcji Katolickiej i umacnianie wpływu duchowieństwa w środowiskach studenckich.

Tenże Kakowski, jak opowiada Tischner, wydał zakaz chodzenia duchownych do teatru, żeby się księża – cytuję – „na artystki nie zapatrzyli”. Nie wolno też im był chodzić do kina. Zdarzali się jednak słudzy boży, wcale liczni, nieposłuszni swemu pasterzowi. Znaleźli nawet sposób na obejście szlabanu. W kurii warszawskiej był pewien kanonik upoważniony do zdejmowania suspensy (czyli kary) z księży objawiających grzeszną teatromanię. „Po sobotnim spektaklu – czytamy u Tischnera – przychodziło się w niedzielę rano pod kurię, a on już wiedział, o co chodzi. Wołał: »Fratres teatrales in genua« i dokonywało się odpuszczenie winy”.

Zakaz zniósł dopiero Wyszyński po powrocie z więzienia, czyli w październiku 1956 roku. Dzięki światłej decyzji Prymasa Tysiąclecia miałem niedawno okazję wymienić uścisk dłoni z arcybiskupem Hoserem, zresztą wyłącznie z powodów kurtuazyjnych – za stosunek do katolickiego kleru mógłbym dostać nagrodę imienia Boya-Żeleńskiego. Mimo wszystko odebrałem jakie takie wychowanie i staram się nie urządzać demonstracji w miejscach publicznych – Hoser był gościem Teatru Polskiego, który bądź co bądź mnie zatrudnia.

Podczas wymiany uprzejmości arcybiskup zagadnął, czy jestem tym Majcherkiem, który publikuje w „Gazecie Wyborczej”. Odparłem, że owszem, pisywałem kiedyś do „Gazety”, ale że jemu pewnie chodzi o Janusza A. Majcherka, który w przeciwieństwie do mnie jest politologiem i z którym poza zbieżnością imienia i nazwiska nie mam nic wspólnego. „O, to trochę lepiej” – skwitował arcybiskup i poczułem się, jakbym dostał parę dni odpustu zupełnego. Pierścienia nie podał jednak do ucałowania, co przyjąłem z ulgą, bo nie jestem szczególnie całuśny.

Używana przez kanonika łacińska formuła fratres teatrales in genua znaczy mniej więcej: „bractwo teatralne, na kolana!”. Podsuwam ją bezczelnie „naszym okupantom” – może i dzisiaj mogliby przy jej pomocy ujarzmiać demona, który panoszy się po różnych Wrocławiach, Bydgoszczach i Krakowach, a nawet w samej Warszawie rozlega się jego bezbożny chichot (tak, tak, kolego Łysak – obserwujemy was i pytamy: z czyjego to poduszczenia powiesiliście na frontonie swojego teatru płachtę z napisem: „Nie bój się Boga”? Pamiętajcie, Łysak, że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy).

Swego czasu Kaczyński, cytując z poety Ujejskiego frazę o czynnościach „innych szatanów”, ujawnił prawdę o mechanizmie dziejów. Przywołajmy i my niezapomnianą strofę z Chorału:
Mnóstwo Kainów jest pośród nas.
Ależ, o Panie! oni niewinni,
Choć naszą przyszłość cofnęli wstecz,
Inni szatani byli tam czynni;
O! rękę karaj, nie ślepy miecz!

Dalej poeta Ujejski pisze, że przyjdzie czas, gdy na „drgającym szatana ciele” zatkniemy sztandar wiary i „dla błędnych braci otworzym serca”:
Winę ich zmyje wolności chrzest;
Wtenczas usłyszy podły bluźnierca
Naszą odpowiedź: „Bóg był i jest!”

No dobrze, ale tak naprawdę piszę te libertyńskie figliki z intencją zgoła poważną. Otóż chodzi mi po głowie inicjatywa obywatelska, którą należałoby może zgłosić – tylko do kogo? Do laski marszałkowskiej? Raczej nie, bo jak śpiewała Helena Vondráčková: málo mám lásky tvé; więc może od razu bezpośrednio do Kaczyńskiego? – niektórzy uważają go za Naczelnika Państwa, a nawet oddają mu hołdy jako królowi, wywodzącemu się pono z dynastii Piastów (albo odwrotnie: to Piastowie wywodzili się z Kaczyńskich?)

Nasza ojczyzna ma już Królową Korony Polskiej w postaci Marii, matki Jezusa, a i on sam został właśnie intronizowany na króla Polski, mimo iż twierdził, że królestwo jego jest nie z tego świata (a poza tym jako syn królowej Jezus może być co najwyżej infantem)… Nie za dużo tych monarchów jak na jeden średniej wielkości kraj?

Doprawdy: królestwo za koniak, że zacytuję Szekspira…

Tak czy inaczej pomysł mój sprowadza się do tego, żeby zamknąć teatry. Najpierw w niedzielę, a potem w pozostałe dni. Zainspirował mnie, rzecz jasna, projekt ustawy zakazującej niedzielnego handlu. Uważam, że robienie zakupów jest przyjemnością nieporównanie mniej zdrożną niż uczestnictwo w widowiskach teatralnych, które coraz częściej zamieniają się w gorszące akty profanacji najdroższych nam wartości.

Przemawia za mną długa tradycja, która ciągnie się od tak zwanych Ojców Kościoła. W dobie wczesnego chrześcijaństwa przeciwko widowiskom wypowiadali się św. Augustyn, Tertulian i Orygenes, a bodaj i św. Jan Chryzostom im nie sprzyjał. Po soborze trydenckim z teatrem walczyli ideolodzy kontrreformacji, co na własnej skórze odczuli na przykład aktorzy komedii dell`arte. Do zakazu przedstawień doprowadzili też anglikańscy purytanie w połowie XVII wieku. Ba, wrogiem teatru był prawosławny Lew Tołstoj – także z pobudek religijnych, co prawda dość specyficznych.

Nie znam się oczywiście na teologii, ale czasem czytuję co nieco z tej dziedziny. W artykule Pawła Dobrowolskiego przeczytałem na przykład taką opinię: „Powodem niechęci religii do teatru jest ontologiczny […] dysonans między istotą chrześcijańskiej liturgii a działaniem teatralnym. Bezkarnie tych dwóch porządków mieszać się nie da – teatr to z założenia pozór i forma, fundamentem zaś liturgii chrześcijańskiej jest zasada realnej, a nie formalnej czy choćby nawet symbolicznej obecności wyrażanych treści w misterium, jak na przykład ciała Chrystusa w konsekrowanej hostii […] gdy zaś z celebrowania Tego, Co Rzeczywiste pozostanie tylko teatralna »czysta forma«, musi niechybnie opuścić ją duch, zmieniając żywą treść w spektakl jedynie. Spektakl, który tym samym mimowolnie trącić poczyna parodystycznym działaniem bluźnierczym. Być może taki już nieuchronnie los teatru w konfrontacji z chrystianizmem”.

Czy fratrem teatrales znajdą argumenty przeciwko tak finezyjnemu stanowisku? Wątpię. Co najwyżej z właściwą sobie szydliwością odwołają się do argumentum fistulatorium. Zalecał go, jak wiadomo, Tristram Shandy: gdy w dyskusji już nic nie skutkowało, należało przeciwnika wygwizdać.

Ja w każdym razie obstaję przy swoim: trzeba zamknąć teatry, a w razie oporu i protestów użyć WOT-u (bynajmniej nie Wiedzy o Teatrze, lecz Wojsk Obrony Terytorialnej, a przy okazji tę pierwszą wcielić do tych drugich, żeby nie bruździła). I stanie się wedle życzenia Ojca Dyrektora: „Alleluja i do przodu!”

A ty, teatralna braci, na kolana!

21-11-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2016-11-27   12:14:13
    Cytuj

    teatralny KOD wymyśla sobie rzeczywistość, by tym dzielniej ją potem zwalczać. A to tylko echo grało... Świat jest gdzie indziej

  • Użytkownik niezalogowany Monika.niemczyk@wp.pl
    Monika.niemczyk@wp.pl 2016-11-23   12:51:40
    Cytuj

    Podpisuje sie pod wnioskiem