AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 21 lutego

Fot. Karol Budrewicz  

Słyszę, że prezydent Duda odmówił objęcia patronatem Dziadów Michała Zadary. Nie nowina. Arcydramat sprawiał już kłopoty. Nie zawsze miał szczęście do reżyserów, parę razy nie miał szczęścia do polityków. Przypominania historii nigdy dosyć, więc – jeśli znacie, to posłuchajcie…

24 grudnia 1948 roku przypadała sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Mickiewicza. Ledwie o parę dni poprzedzał ją kongres zjednoczeniowy, podczas którego komuniści z PPR wchłonęli socjalistów z PPS. Powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, która miała sprawować faktyczną władzę przez następne czterdzieści lat.

Ze względów ideowych Mickiewicz nie był dla komunistów autorem wygodnym, ale nawet oni nie mogli zignorować rocznicy. Próbowali przy pomocy niektórych polonistów i krytyków przyrządzić Mickiewicza w taki sposób, żeby stał się nieledwie sojusznikiem zmiany, jakiej dokonywali. Tuszowano aspekty mistyczne jego dzieła, w zamian eksponując – cokolwiek na siłę – tak zwane treści postępowe. Taka manipulacja dawała się od biedy przeprowadzić, powiedzmy, na Balladach i romansach – wiadomo, pierwiastki rodzimego folkloru są miłe władzy, która podaje się za reprezentację ludu (ukłony dla Konrada Szczebiota). Ale już z Dziadami był kłopot. III części nie sposób zinterpretować w stylu: „Ach, jak to zdrowo raz na ludowo!”.

A tymczasem w sprawie Dziadów nie dawał spokoju Leon Schiller. Jego powojenne losy godne są osobnej książki (właśnie takowa wyszła spod pióra Anny Chojnackiej). Był w gruncie rzeczy postacią tragiczną – został zniszczony przez rewolucję, którą entuzjastycznie i gorliwie popierał, choć miał o niej zapewne inne wyobrażenie niż ci, którzy ją przeprowadzali. 

W tym „innym wyobrażeniu” mieścił się projekt wystawienia Dziadów. W pierwszym wywiadzie, jakiego udzielił w 1946 roku, wkrótce po przybyciu do kraju, Schiller mówił, że to jedno z najpilniejszych zadań teatru polskiego. Mimo aprobaty dla nowego ustroju, nie wyobrażał sobie Polski Ludowej bez dramatów romantycznych na scenach. Myślę, że tę dwoistość dobrze wyraża znana formuła Jerzego Timoszewicza, który o Schillerze pisał: „Komunista trochę – i romantyk”. 

Mało kto miał tak jak Schiller prawo do rocznicowego wystawienia arcydramatu. Jego trzy inscenizacje z lat trzydziestych – lwowska, wileńska i warszawska (różniące się tylko nieznacznie) – ustanowiły kanon na następne dziesięciolecia. Nieodłączną częścią tej kanonicznej wizji była scenografia Andrzeja Pronaszki – z trzema krzyżami górującymi nad piętrzącymi się podestami. Polska Golgota.

Z zamiarem realizacji Dziadów w 1948 roku wystąpił Arnold Szyfman, wówczas jeszcze dyrektor Teatru Polskiego. Reżyserię zaproponował Schillerowi, co wydawało się wyborem oczywistym, choć związki osobiste i artystyczne obu panów, sięgające dawnych czasów, nigdy nie były łatwe. Schiller w każdym razie twierdził, że o wyborze jego osoby zadecydowało „wyraźne życzenie Ministerstwa Kultury i Sztuki, sfer rządowych i KC ówczesnej PPR”.

Premierę wyznaczono na połowę grudnia, we wrześniu zaczęły się przygotowania. Scenografię Schiller powierzył oczywiście Pronaszce. W zasadzie miała być rekonstrukcją projektów z 1934 roku, stworzonych przecież dla tej samej sceny. 

Już wcześniej rok 1948 ogłoszono Rokiem Mickiewiczowskim. Honorowy patronat nad obchodami objął prezydent Bolesław Bierut. Być może odczuwał tę samą potrzebę, co Burmistrz w Święcie Winkelrida, który wygłasza tę oto niezapomnianą kwestię: „Muszę zaznajomić się z ruchem ideowym, na którego czele stanąłem”. W każdym razie na życzenie prezydenta Bieruta zwołano do Belwederu naradę w sprawie inscenizacji Dziadów.

Obok gospodarza obecny był premier Józef Cyrankiewicz, wiceminister kultury Leon Kruczkowski i szef koncernu wydawniczego „Czytelnik” Jerzy Borejsza (działacz niepozbawiony zasług; mówiło się wtedy: „Borejsza najważniejsza”), a także profesorowie i literaci; wśród tych ostatnich – Mieczysław Jastrun, skądinąd wybitny poeta, który właśnie ukończył pracę nad nową, popularną i „postępową” biografią Mickiewicza. Miałem ją w lekturach szkolnych jeszcze w latach siedemdziesiątych. 

Zaproszeni zostali, rzecz jasna, Schiller z Pronaszką, zabrakło natomiast – rzecz niejasna – Szyfmana.

O przebiegu narady wiemy z notatki sporządzonej przez Pronaszkę, który zapisał parę zabawnych szczegółów, na przykład, że gdy przyszedł – nieco przed czasem – przywitała go Wanda Górska, sekretarka, a prywatnie partnerka Bieruta, i poczęstowała „świetnym” papierosem. 

Pronaszko utrwalił również drobiazg, który wrył mi się w pamięć: że w sali obrad latała mucha.

Ale Pronaszko zanotował również najważniejsze punkty dyskusji. Jej uczestnicy sprzeciwiali się inscenizacji, która byłaby de facto wznowieniem wersji przedwojennej. Ich zdaniem Schiller z Pronaszką powinni nadać Dziadom zupełnie nowy kształt sceniczny, pozbawiając przedstawienie akcentów martyrologicznych. Któryś z literatów mówił: „nie czas na mistycyzmy”, inny dodawał: „to się przejadło”.

Schiller był bliski apopleksji. Pronaszko pisze, że spocił się, a kark mu upiornie spąsowiał. Zabrał jednak głos i oznajmił, że „ta mistyka, owe trzy krzyże, to nie jego pomysł”. „Ta znakomita myśl inscenizacyjna należy – przyznał – do mego druha i starego towarzysza broni Andrzeja Pronaszki. On jeden może zadecydować o zmianach dotyczących inscenizacji plastycznej”.

Pronaszko bronił swojej koncepcji, tłumacząc, że wizja polskiej Golgoty nabrała całkiem nowego znaczenia po II wojnie światowej. W rezultacie już na wychodnym jeden z intelektualistów wziął Pronaszkę na bok i nalegał, żeby scenograf zrezygnował z trzech krzyży i zastąpił je – trzema topolami.

Wcześniej dyskutanci zgłaszali wiele innych oryginalnych pomysłów. Ktoś chciał, żeby wprowadzić do przedstawienia postać komentatora, którym miałby być Puszkin; ktoś inny – Borejsza – sugerował dopisanie scen dziejących się w Moskwie, z udziałem dekabrystów. Jako ich autora widział Jastruna, ten jednak zaprotestował przeciwko „jakimkolwiek uzupełnieniom”. Zyskał zresztą poparcie Bieruta, który uważał, że „tekst dramatu jest nienaruszalny” (ciekawe, że w podobnym duchu Gomułka bronił Mickiewicza przed Dejmkiem – w niesławnym przemówieniu z marca 1968 roku sugerował, że reżyser dopisał do Dziadów własne teksty).

Sam Schiller gotów był wprowadzić dodatkowe sceny, wywiedzione z biografii Mickiewicza, na przykład jego przemówienie do zrewolucjonizowanego tłumu we Florencji, gdzie w okresie Wiosny Ludów swoją siedzibę miał stworzony przez poetę Legion Polski. Reżyser dopuszczał też przesunięcie Widzenia księdza Piotra na dalszy plan. Ale na wymianie koncepcji się skończyło.

W konkluzji zebrania prezydent uznał, że „najlepszym wyjściem jest odłożenie sprawy nowej inscenizacji na parę miesięcy, lecz bez obciążania twórców jakimkolwiek terminem”.

Ostatecznie pierwsza powojenna premiera
Dziadów – Schiller jej nie dożył – odbyła się w listopadzie 1955 roku w Teatrze Polskim. Arcydramat wystawił Aleksander Bardini z okazji setnej rocznicy śmierci Mickiewicza. Nie obeszło się bez kompromisów („Pan nam trochę ustąpi, panie Mickiewicz, my trochę panu” – pisał Korzeniewski, podsumowując ówczesne targi teatru z władzą), ale było już łatwiej: Bolesław Bierut przestał być prezydentem – konstytucja z 1952 roku zniosła ten urząd; był co prawda pierwszym sekretarzem KC PZPR, a to realnie znaczyło więcej niż prezydent. No ale stalinizm miał się ku końcowi, zaczynała się odwilż. 

Następną aferę wokół Dziadów przyniosła dopiero inscenizacja Dejmka z 1967 roku, przygotowana, jak wiadomo, dla uczczenia pięćdziesiątej rocznicy wybuchu Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej…

Jakiś morał? Felieton nie służy do prawienia morałów, każdy może wyciągać wnioski sam. Mnie najbardziej w tej historii bawi zapis o musze. Wyobrażam sobie, że i dziś w pałacu prezydenckim podczas obrad lata mucha. Nie ta sama, ale taka sama…

22-02-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany Michał P.
    Michał P. 2016-02-24   12:50:27
    Cytuj

    Rozumiem. To znaczy Pan dla żartu zestawia Prezydenta Rzeczpospolitej z największym zbrodniarzem w historii tego kraju? To taki żarcik jest... teraz rozumiem, dziękuję

  • Użytkownik niezalogowany Od autora:
    Od autora: 2016-02-24   10:30:05
    Cytuj

    Nieumiejętność odczytywania ironii jest szczególnym przypadkiem analfabetyzmu. Współczuję. JM

  • Użytkownik niezalogowany Michał P.
    Michał P. 2016-02-24   08:42:13
    Cytuj

    podziwu godna jest czułość dla zbrodniarza. Sympatia jaką Autor darzy "prezydenta Bolesława Bieruta" robi wrażenie. na to już sobie nie pozwalają nawet Urban, nawet Passent.

  • Użytkownik niezalogowany Krystyna K.
    Krystyna K. 2016-02-24   08:35:03
    Cytuj

    Archetyp. po prostu modelowy poputczik.

  • Użytkownik niezalogowany Paweł
    Paweł 2016-02-23   17:21:12
    Cytuj

    Duda stoi tam, gdzie kiedyś.... ach, cóż za autorytety

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2016-02-22   11:58:16
    Cytuj

    wypisz wymaluj przypadki Michała Zadary! www.jacekrzysztof.blog.onet.pl