AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 22 października

Fot. Karol Budrewicz  

Po drugiej chemii wypadły mi włosy i moje serdeczne przyjaciółki, na czele z Ewą Wójciak, pośpieszyły ze wsparciem, choć świeżo pozyskana łysina, naturalna konsekwencja terapii, wcale mnie nie dołowała. Mówiły, że wyglądam teraz jak Kojak, a co starsze wspominały Yula Brynnera. Z tych dwóch Brynner jest mi bliższy, bo towarzyszył poniekąd mojemu dzieciństwu, głównie ze względu na Siedmiu wspaniałych, który to film był amerykańską wersją Siedmiu samurajów Kurosawy. O tym, że w latach sześćdziesiątych ten niezapomniany western cieszył się w Polsce wielkim powodzeniem, świadczy powieść Naprzód, wspaniali Edmunda Niziurskiego, równie niezapomniana.

Najbardziej dała mi do myślenia Tatiana, moja przyjaciółka z wrocławskiego Teatru Współczesnego, która przez telefon rzekła tajemniczo, iż łysi mają lepszy kontakt z kosmosem. Zaraz też sobie wyobraziłem, że na mojej łysej glacy ląduje miniaturowe UFO i że to zdarzenie staje się równie głośne jak przypadek w Emilcinie, gdzie, jak wiadomo, w 1978 roku Niezidentyfikowany Obiekt Latający zabrał na przejażdżkę miejscowego chłopa, Jana Wolskiego, i chłop latami nie mógł się z tej przygody otrząsnąć. „Straszna nas na tej wsi głuchej ciemnota ogarnia i zabobon” – pisał Mrożek w Słoniu.

Z czasem mój nowy image stracił na atrakcyjności, wszyscy przywykli, a ja sporo oszczędzałem na szamponie. Jedynie redaktor Knychalska z pewnym niedowierzaniem przyjęła moje tłumaczenie, dlaczego muszę zawiesić felietony w Teatralnym. Otóż powołałem się na słynne zdanie Karla Krausa, który twierdził, że pisanie felietonów to tyle co kręcenie loków na łysinie. Miałem ten aforyzm za kultowy, wychodząc z założenia, że Kraus, sam wyborny felietonista wiedeński z początków XX wieku, wiedział, co mówi. W praktyce okazało się, że sprawa nie jest taka prosta i że choroba odebrała mi siły jak Dalila Samsonowi.

To trochę tak jak z przepisem na obwarzanki – wiadomo, jak to się robi: bierze się dziurkę i oblepia ciastem. Dziurka, czyli nasze życie publiczne i teatralne, owszem, była jak zawsze. Co ja mówię – dziurka. Dziura, bo przecież od trzech lat jesteśmy w dziurze – czarnej i przepastnej. Ale ciasto jakoś nie chciało się wyrobić. Przez dobre pół roku obserwowałem życie oddziału dziennego w Instytucie Hematologii, gdzie musiałem się stawiać regularnie co trzy tygodnie i gdzie, że tak powiem, dawano mi w żyłę. Ręce po tym bolą, więc ani loków kręcić, ani ciasta gnieść nie sposób.

Socjolog Erving Goffman napisał kiedyś głośną książkę Człowiek w teatrze życia codziennego. Usystematyzował tam sprawy, które od dawna były znane, choćby Szekspirowi, Calderonowi, już nie mówiąc o Gombrowiczu: że zawsze gramy jakieś role i że nasze najzwyklejsze zachowania są rodzajem teatru. Zdaje się, że poglądy Goffmana zostały twórczo rozwinięte przez performatykę, ale w tej dziedzinie wolę się nie wypowiadać. Mam co prawda w mojej macierzystej uczelni wybitnych koleżków, którzy są ekspertami od performatyki, ale jakoś nie nadążam za ich imponującym dorobkiem. „Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem!” – jak mówią w klasycznej komedii filmowej.

Tak czy inaczej, oddając Goffmanowi, co Goffmanowskie, a nawet performatykom, co performatywne, od dłuższego czasu gram rolę pacjenta – cóż bardziej w życiu codziennego niż choroba? Mając co nieco do czynienia z historią teatru, zastanawiam się niekiedy, jak tę rolę grać. Czy „na zimno”, jak domagał się Diderot w Paradoksie o aktorze, czy z „przeżywaniem”, jak uczył Stanisławski, czy może posługując się „efektem obcości”, jak chciał Brecht? Albo nie daj Boże na modłę „teatru okrucieństwa” lub „aktu całkowitego”? No i wychodzi na to, że najbardziej mi odpowiada „gra z dystansem”, którą uprawiali niektórzy polscy aktorzy mniej więcej na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego wieku.

Czym była „gra z dystansem”, próbował wtedy wyjaśnić Edward Csató w obszernym eseju. Nie wiem, na ile mu się to udało, bo fenomen nie jest prosty i, jak mniemam, specyficznie polski, choć ślad Brechta daje się w nim rozpoznać. Może zamiast czytać Csató, lepiej obejrzeć dawne role Gustawa Holoubka – on był ikoną tego stylu scenicznego, a poza tym to mój ukochany aktor. Więc w sumie nieźle: Holoubek z aparycją Yula Brynnera. Jak by powiedział Witkacy: „Szlus – fajt i – narodził się nowy Zypcio”.

22-10-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany ziemowit i nawt gj
    ziemowit i nawt gj 2018-10-24   23:13:36
    Cytuj

    Drogi Panie Januszu! Drogi Januszu! łysina... - pomyśl Drogi i trudny, co masz w głowie i stylu pisania... Tak, to się nie liczy:-) Podobnie jak Ty cenię i kocham Tatianę, ale żadnych zielonych ludzików nie widzę na Twej głowie:-) To tylko Brook i Beckett, również Gombrowicz - puka o sens/światło/nadzieję - "za tak, choć brzmi to nie". I gorzka świadomość, że żuki na plaży, że Pascal, że to ma/miało sens. Nawet te nasze najdurniejsze spory! Dziękuję, że jesteś, bo będziesz - gj

  • Użytkownik niezalogowany P. K.
    P. K. 2018-10-24   09:56:37
    Cytuj

    Brakowało mi Pana felietonów, refleksji i dowcipu. Bardzo się cieszę, że nie załamał Pan różdżki i nadal pisze :). Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.