AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 22 stycznia

Fot. Karol Budrewicz  

Zabrałem się z Radziejowic samochodem dzięki uprzejmości Sławki Łozińskiej, z jej też inicjatywy wstąpiliśmy po drodze do Skolimowa, żeby złożyć noworoczną wizytę zaprzyjaźnionej pensjonariuszce.

Rzadko bywam w Skolimowie, więc rozglądałem się z ciekawością po wnętrzach – kto wie, czy nie przyjdzie mi spędzić starości w takim czy innym azylu dla ludzi zbędnych. Akurat Skolimów nie byłby najgorszą perspektywą – samo oglądanie fotografii na ścianach i dokumentów w gablotach stanowiłoby dobre zajęcie na koniec życia.

Zawsze mnie intrygowała nazwa: Dom Aktora Weterana. Słowo „weteran” ma konotacje wojskowe: zasłużony albo wysłużony żołnierz, weteran wojenny albo weteran walk. Stąd tylko krok do Starego Wiarusa i już jesteśmy na scenie, po której chwiejnym krokiem przemieszcza się Ludwik Solski. Ale powiada się też: teatr wojny, więc związki Melpomeny, Talii i Marsa mają widać jakieś głębsze podłoże.

Wojna jako wielkie theatrum nie wydaje mi się pasjonująca, chyba że skreślona jest piórem Tołstoja. Natomiast teatr jako wojna – wszystkich ze wszystkimi – to, owszem, zajmujące widowisko. Teatr bywa oblegany, a nawet oblężony, czasem stanowi twierdzę, innym razem przyczółek, przez teatr przebiegają okopy i fronty, w teatrze zawiązują się pakty i sojusze, serdeczne porozumienie walczy z trójprzymierzem, mnożą się taktyki i strategie, awangarda napiera, ariergarda wlecze się w ogonie, kurz bitewny nigdy nie opada i krew się leje, póki co nieprawdziwa.

Tak to w każdym razie się przedstawia z perspektywy recenzentów, publicystów, teatrologów i uczestników rozmaitych debat i paneli. Sam w tych kampaniach brałem kiedyś udział, więc poniekąd też jestem weteranem. Żałuję tylko, że tytuł ewentualnych wspomnień: Moje walki nad Bzdurą, jest od dawna zajęty przez Antoniego Słonimskiego.

Co innego jednak komentować czy nawet prowokować artystyczne i ideologiczne boje, a co innego obserwować od wewnątrz wojnę, by tak rzec, domową – tę mianowicie, która toczy się pomiędzy artystami. Jest to wojna osobowości i charakterów, talentów wielkich i mniejszych, próżności i egoizmów. Zajazdy i podjazdy odbywają się w zaciszu garderób, w mroku kulis, w salach prób. Myślę, że nic się w tej dziedzinie nie zmienia, zresztą liczne pamiętniki nie pozostawiają złudzeń: aktorowie żyją wedle własnego dekalogu, w którym pierwszym i najważniejszym przykazaniem jest: „Tiepier` ja!”. I mogą sobie różni reformatorzy teatru i nawiedzeni idealiści rozprawiać o metodach zespołowych czy kreacjach zbiorowych, mogą krytykować system gwiazdorski, mogą nawet od czasu do czasu uzyskiwać na scenie pożądane przez siebie rezultaty – spod spodu i tak prędzej czy później wylezie jedyna w swoim rodzaju i niepowtarzalna indywidualność solisty.

Piszę to bez kpiny i bez przygany. Prawdę mówiąc, uwielbiam te wszystkie zabiegi o zabłyśnięcie, chytre podchody, słodkie jady i jawne awantury, które towarzyszą próbom. Te uwodzenia reżysera albo scenografa, pokątne naciski, telefony niby to w zupełnie innej sprawie. Te fumy, dąsy, spazmy, furie, histerie, sceny zazdrości – ach, to dopiero są manewry, które zresztą nie ustają, gdy przedstawienie wchodzi do codziennej eksploatacji. Często przyglądam się spektaklom z kulis i widzę, jak podczas ukłonów aktorka, na pozór niechcący, wypycha do tyłu koleżankę/konkurentkę, a sama kłania się tak zamaszyście, że starcza za dwie. Wierzcie mi, naprawdę to uwielbiam, bo jest w tym jakiś odwieczny archetyp teatru: tak było za Bogusławskiego, tak za Modrzejewskiej i tak jest dzisiaj. Za naszej świeżej jeszcze pamięci okazało się, że dwie wybitne aktorki nie są w stanie koegzystować w jednym sporym teatrze, co było sytuacją, powiedzmy, ekstremalną, ale nie niespotykaną. Na co dzień obserwujemy współistnienie, rywalizację i podgryzanie.

Jakie to jednak ma znaczenie z perspektywy Skolimowa? Myślę, że ma, bo nawet tam prawa życia na scenie nie ustają. Można już nie pamiętać, jak się nazywa koleżanka przy sąsiednim stoliku w jadalni, ale tego, że była mniej utalentowana, nie zapomni się nigdy.

22-01-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany nauczycielka
    nauczycielka 2018-01-25   03:15:32
    Cytuj

    3=

  • Użytkownik niezalogowany kzj
    kzj 2018-01-22   13:33:16
    Cytuj

    to s m u t n e ale i charakterystycznem że JKZ dziś swoje poparcie dla ekipy w MKiDN rozmienił na słowne ataki na swoim blogasku. I wszystko mu się z Mikosem i Starym kojarzy. Z niejaką Dominiką robi tam też "dialogi na cztery nogi" - dlaczego tak je nazwać wypada - wspomnijcie fragment piosenki "bo dobry Bóg już zrobił co mógł, teraz trzeba zawołać fachowca". I tym fachowcem ma być JKZ i uratować Stary od katastrofy. Nazwać trzeba to bzdurą! Już Skolimów? Nie Tworki.

  • Użytkownik niezalogowany kpp
    kpp 2018-01-22   13:28:59
    Cytuj

    Panie Jacek, nie prowokuj pan...