AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 27 marca

Fot. Karol Budrewicz  

Chcecie bajki? Oto bajka. W pierwszych latach powojennych krążył po naszym kraju zespół artystów-liliputów. Tworzyli trupę teatralną o nazwie Gnom. W „Rzeczpospolitej” z 1948 roku można przeczytać, że teatrzyk „wędrujący po najbardziej zapadłych zakątkach kraju – miał wszędzie olbrzymie powodzenie”. Autorka artykułu przytomnie zauważyła, że brało się ono z zaciekawienia osobliwością fizycznego wyglądu liliputów. Poziom ich produkcji pozostawiał, jak pisała, wiele do życzenia.

Bohdan Korzeniewski w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Małgorzacie Szejnert, twierdził, że na pomysł stworzenia Gnoma wpadł ówczesny wiceminister kultury Włodzimierz Sokorski. Amatorzy gry półsłówek nazywali go Wujek Chłodek. Polecił on jakoby znaleźć kilkunastu liliputów, przeszkolić ich i wysłać na Śląsk, gdzie mieli zabawiać ludzi pracy.

Więcej na ten temat pisze Tomasz Mościcki w swojej imponującej (bagatela, 1300 stron) książce Warszawskie sezony teatralne 1944–1949. Przekopawszy się przez archiwa, ustalił, że wiosną 1948 roku do dyrekcji Miejskich Teatrów Dramatycznych wpłynęło pismo z prośbą o udzielenie Zespołowi Teatralnemu Gnom sali teatru Jaskółka, który działał pośród ruin przy Marszałkowskiej. Kierowniczka Gnoma, Jadwiga Śliwińska, informowała, że trupa zamierza wystawić bajkę dla dzieci pod tytułem Jak się leniuszki w grzyby przemieniły. Przy okazji nadmieniała, że zespół składa się z siedmiu liliputów i czterech osób normalnych (!). Do pisma dołączono urzędowe poparcie Ministerstwa Kultury i Sztuki, które – jak wynika z innego dokumentu – udzieliło liliputom pomocy finansowej.

Według Mościckiego prośba wzbudziła nieufność – dotychczasowe produkcje Gnoma, mające wszelkie cechy szmiry, cieszyły się wątpliwą sławą i obawiano się wpuścić trupę do Jaskółki. Podjęto decyzję o próbnym pokazie – urzędnicy mieli wypowiedzieć się o wartościach artystycznych widowiska.

Opinia musiała wypaść niezbyt korzystnie, bo do występów w Jaskółce nie doszło. Bajkę o leniuszkach przemienionych w grzyby liliputy ostatecznie zagrały na Powiślu w sali Polskiego Czerwonego Krzyża. Recenzentka „Rzeczpospolitej” podkreślała walory pedagogiczne spektaklu oraz czystość dykcji aktorów. Pisała, że niektórzy wyróżniają się wyraźnym talentem scenicznym: „liliputki mają wymarzone dla siebie role, w których wcale nie razi ich anormalny wygląd”. Co więcej: „Warto poważnie zastanowić się nad wykorzystaniem tego rodzaju zespołów w akcji upowszechniania teatru”.

Dokumentacja działalności Gnoma urywa się w roku 1951. W tradycji ustnej przetrwała anegdota, którą Mościckiemu opowiedział Jarosław Kilian. Dzieci na widowni odnosiły się do liliputów z okrucieństwem, szydziły i kpiły z ich wyglądu. Któregoś razu jeden z aktorów lilipuciego teatru nie wytrzymał dręczenia i rzucił się na małego widza z nożem.

Za mojej pamięci liliputa można było zobaczyć co najwyżej w cyrku, ale nie mam z tym związanych żadnych osobistych wspomnień, może dlatego że cyrk nigdy mnie nie pociągał. Owszem, w dzieciństwie oglądałem parę razy widowiska cyrkowe – bez entuzjazmu. Zamiast podziwu dla popisów wytresowanych zwierząt i ludzi ogarniało mnie współczucie. A z liliputem w teatrze zetknąłem się raz, gdy do Warszawy przyjechał zespół Theater an der Ruhr z Mülheim. Jego lider, Roberto Ciulli, zatrudniał aktora-liliputa, zresztą Polaka. Na scenie był świetny. Potem na prywatnym przyjęciu, które urządziła Małgosia Dziewulska, golił wódkę, aż zmorzony zasnął. Zresztą i tak nie miałem odwagi, żeby z nim pogadać.

Tyle o teatrzyku Gnom, który zapisał się jako osobliwy incydent w powojennych dziejach polskiego teatru, choć rzecz jasna fenomen liliputów czy karłów był w kulturze znany od dawna – wystarczy spojrzeć na obrazy Velazqueza (Mościcki i o tym pisze).

Ale miała być bajka… No więc zadumawszy się nad przypadkiem Gnoma, snuję sobie taką oto wizję: może ten teatrzyk wcale nie zniknął? Może krąży wciąż po kraju, a tylko my nie umiemy go rozpoznać? Na przykład dlatego, że liliputy już nie w grzyby się przemieniły, lecz w olbrzymów i w tej nowej postaci nie budzą żadnych podejrzeń, przeciwnie – cieszą się ogólnym podziwem i mają się dobrze jak nigdy? Aż któregoś dnia czar pryśnie i wtedy…

Wszystkiego najlepszego w Dniu Teatru!

27-03-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany nauczycielka
    nauczycielka 2017-04-04   02:32:10
    Cytuj

    3=

  • Użytkownik niezalogowany Od autora:
    Od autora: 2017-03-28   23:51:36
    Cytuj

    Kilian nie twierdzi, że widział zdarzenie na własne oczy. Może usłyszał o nim np. od Kiliana-seniora? JM

  • Użytkownik niezalogowany Jarek
    Jarek 2017-03-28   21:51:22
    Cytuj

    Jarosław Kilian urodził się w 1962 roku. Nie mógł być świadkiem wydarzeń opisanych przez Pana.

  • Użytkownik niezalogowany Lech
    Lech 2017-03-27   23:38:53
    Cytuj

    Miał teatrzyk liliputów swoją scenę - przy ul. Świerczewskiego 76b (dzisiaj Al. Solidarności). Odnotowali to Ryszard Pracz, Andrzej Drawicz, Andrzej Jarecki.Dlaczego oni właśnie? Bo parę lat później miejsce stało się, metodą "zaboru", siedzibą (na 20 lat) Teatru STS.

  • Użytkownik niezalogowany Krzysztof Sielicki
    Krzysztof Sielicki 2017-03-27   17:24:27
    Cytuj

    Albo jestem stary i zgrzybiały, albo Gnom przetrwał próby likwidacji. NA PEWNO widziałem "teatr liliputów" gdzieś na przełomie lat 50 i 60 . Jakaś straszna opowieść..., dzieci krzyczały. (To były gastroli w Białymstoku, w sali TPPR!)

  • Użytkownik niezalogowany Liliput
    Liliput 2017-03-27   11:31:36
    Cytuj

    Majcherek, zastanów się, co piszesz. Tekst jak z prasy po marcu 1968 roku.