AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 28 stycznia

Fot. Karol Budrewicz  

Żadna tam przyjaźń, po prostu długoletnia znajomość, na tyle jednak nieobojętna – dla mnie – że parę słów o Ryśku Perycie muszę napisać.

Salve, bracie!” – wołał od stolika w bufecie Szkoły Teatralnej. Zgodnie z rytuałem odpowiadałem: „Ojcze, salve!”. Jeśli to był piątek, Rysiek z dezaprobatą patrzył na mój talerz z mięsem i wzdychał: „Inteligencja humanistyczna”. Co miało znaczyć, że bezbożników i wolnomyślicieli prędzej czy później czeka piekło, ale że on, ze swoją ewangeliczną wyrozumiałością, nie będzie tym, który pierwszy podłoży ogień pod stos.

Wcale nie jestem pewien, czy Rysiek nie miał zadatków na inkwizytora. Takiego, który uwodzi absolutną pewnością czy raczej koniecznością wiary. Mnie jakoś uwodził. Chodził pod rękę z Panem Bogiem, a że kochał Słowackiego i zawsze miał na podorędziu Króla Ducha albo Samuela Zborowskiego, zdawał się wciąż mówić: „U Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi”. Co zresztą miało swój realny wymiar: był przecież oblatem u Redemptorystów. Oblat to taki zakonnik, który nie przyjął święceń i wiedzie życie świeckie, ale ma różne prawa, na przykład do prowadzenia rekolekcji. Wcale to zresztą nie znaczy, że Rysiek gardził zmysłową stroną życia. Ach, wręcz przeciwnie…

Im bardziej wiara Ryśka nie znosiła sprzeciwu, tym większy dawała asumpt do przekomarzania się. Chętnie odgrywałem rolę kieszonkowego Woltera, na co Rysiek przyzwalał, bo jako niespełniony aktor uwielbiał grać, ba, nawet zagrywać się w teatrze życia codziennego. Fechtowaliśmy się na żarty, nigdy do pierwszej krwi. Jednak czasami wierzgał. Gdy towarzyszyłem mu w próbach ostentacyjnie konfesyjnego wieczoru poetyckiego Maranatha w Teatrze Polskim (nasi aktorzy od razu przechrzcili tytuł na Marynata), przekonywałem go, żeby ze scenariusza usunął fragment Dzienniczka siostry Faustyny. „Rysiu – mówiłem – cały scenariusz składa się z wysokiej poezji, a nagle wyskakuje ta natchniona wizjonerka i obniża ton”.

„Inteligencja humanistyczna” to była najłagodniejsza obelga, jaką usłyszałem. Ale za dzień czy dwa, gdy kurz bitewny opadł, Rysiek Faustynę wycofał.

Wadziliśmy się też o Dostojewskiego i Grotowskiego, w związku z Wielkim Inkwizytorem. Rysiek, który, zdaje się, towarzyszył pracom nad Apocalypsis cum figuris, nie mógł darować Grotowskiemu, że ten, inspirowany poematem Iwana Karamazowa, chciał jakoby wypędzić Jezusa („Idź i nie wracaj więcej”). Odpowiedzią daną po latach Grotowskiemu miało być właśnie Maranatha (co po aramejsku znaczy „Przyjdź, Panie Jezu” i pojawia się w Apokalipsie).

Podczas prób Odprawy posłów greckich Rysiek wygłaszał wzniosłe homilie, zwykle zaczynając od słów: „Mój nieżyjący już przyjaciel, Norwid…”. Ale przetykał je, jak rasowy człowiek teatru, wybornymi anegdotami. Być może przejął ten obyczaj (opowiadania anegdot, a nie wygłaszania homilii) od swojego mistrza, Erwina Axera. Dostał od niego w sukcesji baskijski beret, który nosił z wielkim upodobaniem. W latach siedemdziesiątych Rysiek był aktorem w Teatrze Współczesnym, musiałem go widzieć na scenie, choć dalibóg nic nie pamiętam, grał epizody w Kordianie, w Wiśniowym sadzie. Tam też zaprzyjaźnił się z Haliną Mikołajską i był jej, rzec można, bodyguardem, chroniąc ją przed prześladowaniami SB.

Naprzeciw historii spuszczonej z łańcucha stanął znacznie wcześniej. Był współinicjatorem, wraz z Małgorzatą Dziewulską i Andrzejem Sewerynem, protestu studentów przeciwko zakazowi grania Dziadów Dejmka.

Mało znany, a ciekawy epizod w biografii artystycznej Ryśka to praca w teatrze działającym na początku lat siedemdziesiątych w puławskich Zakładach Azotowych. Tworzył tam wspólnie z Dziewulską, Ewą Benesz i Piotrem Cieślakiem Studio Teatralne – wysublimowany teatr poetycki z ducha Grotowskiego. W Puławach notabene wystawił Misterium Buffo Majakowskiego. Studia uduchowionych pomyleńców nie akceptowały lokalne władze, nie spotkało się też z zainteresowaniem publiczności. Opowiadał mi Rysiek, jak zaprosił na swoje przedstawienie ojca. Ten zjechał z Zielonej Góry i był jedynym widzem na pustej widowni.

Zastanawiam się, kiedy po raz pierwszy widziałem przedstawienie Ryśka i wychodzi mi, że w latach studenckich, około roku 1980, gdy Rysiek wystawił w PWST Dyrektora opery Mozarta. Był to bodaj dyplom muzyczny, grał w nim na pewno Marcin Rudziński, później śpiewak Warszawskiej Opery Kameralnej i, jeśli dobrze pamiętam, Agnieszka Fatyga i Ewa Iżykowska. Potem chodziłem na Ryśkowe „Mozarty” na Leszno. Wszystkich nie widziałem, ale w pamięć zapadł mi Czarodziejski flet, Cosi fan tutte, Don Giovanni

W ostatnich latach Rysiek zmagał się z rakiem, znosząc okresy remisji i nawrotów z godną podziwu dzielnością. Imponował mi hartem ducha i wspierał w moich własnych potyczkach z nowotworem. Udręczony w sposób widoczny coraz bardziej łapczywą chorobą, pracował niemal do końca. Całkiem niedawno dał premierę Strasznego dworu w Operze Królewskiej, której dyrekcję powierzył mu minister Gliński.

Tu wchodzimy na grząski grunt, gdzie sztuka wikła się w politykę. Nie wiem, czy Rysiek sprzyjał PiS-owi, zasadniczo nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Niewątpliwie jednak PiS sprzyjał Ryśkowi i, by tak rzec, urządził mu iście po królewsku ostatnie lata życia. Na Straszny dwór osobiście przybył Kaczyński, który w teatrach raczej nie bywa. Pogrzeb Ryśka w ostatniej chwili ze skromnego pochówku w kwaterze Redemptorystów na Woli zmienił się w uroczystość państwową. Po podniosłej mszy w Świątyni Opatrzności Bożej ciało złożono w panteonie wielkich Polaków, znów w obecności Kaczyńskiego i ministra/premiera Glińskiego. Ze strony obecnych władz, także prezydenta RP, padły wielkie słowa. Myślę, że władza, cierpiąca na deficyt wybitnych artystów choćby z nią sympatyzujących, rozegrała śmierć Ryśka w sposób dość cyniczny. Co rzecz jasna w niczym nie zmienia skali i rangi jego dokonań.

Ryśku, bardzo Cię lubiłem. I mimo niedowiarstwa chciałbym, żebyś spotkał swego Boga, czymkolwiek on jest. Salve, ojcze…

28-01-2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Krzysztof
    Krzysztof 2019-01-29   17:55:00
    Cytuj

    Ryszarda Peryta jkz napisał(a):

    PS: bo "rozegranie" śmierci Adamowicza w bazylice z urzędnikami anty-Kościoła to dobra wola, aha. W takich opiniach jest intelektualna ślepa uliczka obłudnego kodziawerstwa.

  • Użytkownik niezalogowany Jendrek
    Jendrek 2019-01-28   17:04:27
    Cytuj

    Piękne

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2019-01-28   15:12:52
    Cytuj

    PS: bo "rozegranie" śmierci Adamowicza w bazylice z urzędnikami anty-Kościoła to dobra wola, aha. W takich opiniach jest intelektualna ślepa uliczka obłudnego kodziawerstwa.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2019-01-28   14:11:07
    Cytuj

    może jednak kimkolwiek jest...? Od siebie dodam radiową rozmowę z końca lat 70-tych, gdzie On występował jako obrońca warsztatu, a ja (pierwszoroczny na reżyserii), jako rzecznik misji i tych sprawek... W audycji, jak dziś pamiętam: "Reżyseria - misja czy warsztat". Dziś by pewnie było odwrotnie?