AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 9 kwietnia

Fot. Karol Budrewicz  

Patrzę na dzisiejszą datę i uświadamiam sobie, że dokładnie trzy lata temu na Cmentarzu Prawosławnym w Warszawie w niewielkim gronie uczniów i przyjaciół pożegnaliśmy Jerzego Timoszewicza. Pożegnanie miało charakter symboliczny. Timoszewicz zmarł 24 marca 2015 roku. Przed śmiercią życzył sobie, aby jego pogrzeb był niejako tajny i ograniczony do kilku osób z rodziny. Postronni o wszystkim dowiedzieli się po fakcie.

Jerzy Timoszewicz był jedną z najważniejszych postaci w moim życiu i w życiu wielu z nas: absolwentów pierwszych czterech roczników Wydziału Wiedzy o Teatrze, historyków teatru, redaktorów czasopism teatralnych i edytorów. Napisałem o nim krótkie wspomnienie do książki przygotowanej sumptem przyjaciół na siedemdziesiąte urodziny Barbary Toruńczyk, założycielki i redaktorki naczelnej „Zeszytów Literackich”. Timoszewicz był wiernym czytelnikiem i doradcą tego kwartalnika. Książka – w gruncie rzeczy druk prywatny – ukazała się w mikroskopijnym nakładzie i rozdana została wśród najbliższych jubilatki. Pozwalam sobie, zamiast nowego felietonu, powtórzyć mój tekst in memoriam Pana Jerzego…

***
Ex libris – ad libros

Basi Toruńczyk

Od blisko trzydziestu lat chodzi za mną (ze mną?) wiersz Czesława Miłosza Ale książki. Wpadł mi w oczy w 18. numerze „Zeszytów Literackich” i wrył się w pamięć, chyba na zawsze. Wypadałoby przytoczyć go w całości – nie jest długi – ale poprzestanę na fragmencie:

Wyobrażam sobie ziemię, kiedy mnie nie będzie
I nic, żadnego ubytku, dalej dziwowisko,
Suknie kobiet, mokry jaśmin, pieśń w dolinie.
Ale książki będą na półkach, dobrze urodzone,
Z ludzi, choć też z jasności, wysokości.

Będąc po trosze flâneurem, po trosze bibliofilem, wędruję, prawie każdego dnia, po mieście trasami, które wyznaczają księgarnie, antykwariaty, stoiska bukinistów. Ci ostatni rozkładają się przy sprzyjającej pogodzie na Chmielnej, w małym wgłębieniu, skąd przesmyk między domami prowadzi do kamienicy, w której mieszkał Tadeusz Konwicki. Dziś widnieje na niej tablica upamiętniająca pisarza, którego całymi latami można było napotkać w pobliżu. Przygarbiony, maszerował szybkim krokiem – zimą w długim, ciężkim kożuchu – przemierzając Nowy Świat (i okolice).

Któregoś dnia przeglądałem książki wyłożone przez bukinistę. Zaciekawiły mnie stare pozycje wydane przez Instytut Literacki, niektóre z lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych. Wiele z nich było w moim posiadaniu w nowych krajowych wydaniach, ale paryskie pierwodruki zawsze stanowią rarytas, więc zacząłem je łapczywie przeglądać. Otwierając poszczególne tomy: Miłosza, Czapskiego, Stempowskiego, zobaczyłem, że są podpisane ręką człowieka, którego dobrze znałem i miałem za mentora, a który kilka miesięcy wcześniej zmarł. Wiedziony jakimś przeczuciem, zbadałem metodycznie egzemplarz po egzemplarzu i nie omyliłem się: bukinista wystawił na sprzedaż fragmenty księgozbioru Jerzego Timoszewicza.

Wśród książek – obok edycji Giedroycia – były pamiętniki, eseistyka i, rzecz jasna, teatralia. Drobnym, starannym pismem właściciel podpisywał je swoim nazwiskiem, dodając niekiedy także datę ukończenia lektury lub zakupu. Czasami stawiał uwagi na marginesach albo – z nawyku surowego redaktora – poprawiał błędy, zwłaszcza w indeksach. Wkładał między stronice wycinki prasowe z recenzjami albo notatki. Miał też swoje pieczątki i ekslibrisy.

Trafiłem również na publikacje podarowane Timoszewiczowi przez autorów i opatrzone ich dedykacjami – od Andrzeja Dobosza, Tadeusza Nyczka, Jana Kotta, Wojciecha Karpińskiego…

Stałem nad tymi znaleziskami, czując naglącą chęć zakupienia wszystkich – byłem pewien, że nie powinny trafić w niepowołane ręce i rozproszyć się wśród przypadkowych przechodniów, którzy nie znali Timoszewicza i zapewne nie wiedzieli, kim był. Ale nie mogłem sobie pozwolić na wszystko, więc wybrałem te książki, w których Timoszewicz pozostawił najwięcej śladów. Potem jeszcze wiele razy wracałem na Chmielną – większość upatrzonych pozycji na mnie czekała. Ale nie wszystkie – zostałem uprzedzony. Jedna z zaprzyjaźnionych osób wcześniej ode mnie zdobyła Eseje dla Kassandry z dedykacją Stempowskiego dla znakomitej aktorki, Zofii Małanicz, i z jej wpisem informującym o przekazaniu tomu Timoszewiczowi. Unikat.

Jerzy Timoszewicz… Pierwszy raz zobaczyłem go, nie mając pojęcia, kim jest, w 1978 roku na egzaminie wstępnym w Szkole Teatralnej. Zdawałem na Wydział Wiedzy o Teatrze, mając przed sobą kilkunastoosobową komisję, w której kojarzyłem jedynie twarze Jerzego Koeniga, Marty Fik i Jerzego Adamskiego. Gdy odpowiadałem na kolejne pytania, przyglądał mi się ironicznie i badawczo tajemniczy osobnik słusznej postury, o okrągłej, pełnej twarzy, z włosami zaczesanymi do góry na modłę lat pięćdziesiątych, w jasnym letnim garniturze, majstrujący przy fajce. W końcu, jakby rozbawiony tym, co mówię, zapytał, jaką znam najgrubszą książkę o teatrze. Wypaliłem bez namysłu, że Teatralia kaliskie – bagatela, ponad tysiąc stron. Najwyraźniej zrobiłem na nim wrażenie, bo zaczął się tubalnie, ale z uznaniem śmiać. Wkrótce miałem go spotkać na zajęciach z nauk pomocniczych, wiedząc już od starszych kolegów, że to doktor Jerzy Timoszewicz – redaktor „Pamiętnika Teatralnego”, znawca Leona Schillera, postrach i legenda Wydziału, człowiek niebezpiecznie dowcipny.

Był humor Timoszewicza i były humory Timoszewicza. Trafiało się raz na jedno, raz na drugie. W pierwszym przypadku dominowała złośliwość, często mordercza; w drugim – złość, nieprzyjemna i groźna. Ale czy złośliwy, czy rozeźlony Timoszewicz zawsze kierował się wyostrzonym poczuciem przyzwoitości i lojalności, cenił wierność zasadom i poglądom, wreszcie miał dar i odwagę mówienia prawdy, a nawet – rąbania jej prosto w oczy, choćby za cenę zrywanych kontaktów. Był okazem weredyka, co przyjmowaliśmy bez mrugnięcia okiem, my, którzy pragnęliśmy mieć w Timoszewiczu nauczyciela i mistrza. Nie było łatwo, ale było warto.

Wciąż słyszę jego głos w słuchawce telefonu: „Panie Januszu, to znowu ja, pański stary belfer. Chciałbym panu coś miłego powiedzieć, ale pan mnie zna, mam też do powiedzenia coś bardzo niemiłego…”.

Belfer… Timoszewicz uczył nas korzystania z bibliotek, bibliografii i kompendiów, wbijał do głowy zasady sporządzania przypisów, fiszek i indeksów, ale zarazem uczynił ze swoich zajęć coś w rodzaju prywatnego seminarium z historii kultury literackiej. Bo jak inaczej to nazwać, skoro klucząc pośród niezliczonych dygresji w obłokach dymu z fajki lub, niekiedy, cygara opowiadał o „Wiadomościach Literackich” i paryskiej „Kulturze”, o swoim ukochanym Stempowskim i o Bobkowskim, o Tymonie Terleckim, Janie Kotcie i Erwinie Axerze… No i oczywiście o Wilnie. Wszystko to, u schyłku lat siedemdziesiątych, stanowiło pedagogiczną kontrabandę.

Czasami wprawiał nas w osłupienie, gdy powołując się na zalecenie Witkacego z Appendixu do Narkotyków, pouczał nas, jak się golić. Do dziś pamiętam tę instrukcję i co więcej – stosuję: „Należy od razu wszystkie miejsca (nawet wąsy) golić pod włos, i to raz tylko, a nie golić raz w kierunku rośnięcia, potem mydlić znowu i golić za drugim razem dopiero pod włos. Jest to tylko niepotrzebne rozdrażnianie skóry i strata czasu”.

Dzięki Timoszewiczowi odkrywaliśmy nieznane lądy, zafascynowani, ale i z duszą na ramieniu. Jeśli Mickiewiczowska fraza stosowała się do kogoś w sposób doskonały, to właśnie do Timoszewicza: śmieszył, tumanił, przestraszał… Ale równocześnie zarażał swoimi pasjami, poglądami, lekturami. Pamiętam, jak pokonując drżenie głosu i rąk, zapytałem go – student pierwszego roku! – czy nie pożyczyłby mi Szkiców piórkiem, którym poświęcił jakieś zajęcia. Pożyczył. Wręczając mi dwutomowe wydanie Instytutu Literackiego, wygłosił dodatkowy wykład o roli tej „książki zbójeckiej” w życiu profesora Raszewskiego…

Timoszewicz, znudzony czy rozczarowany, odszedł z Wydziału po czterech latach, ale zostawił legendę, którą jeszcze długo sobie przekazywano. Wytworzyła się niejako druga generacja „ofiar” Timoszewicza, studiujących już po jego odejściu – jak Marek Zagańczyk.

Timoszewicz zarzucił nie tylko zajęcia ze studentami. W jakimś momencie przestał pisać – najpierw teksty do rozmaitych periodyków, potem rzeczy naukowe. Możliwe, że uznał, iż nie dorówna pisarstwu tych, których wywindował do poziomu niedoścignionego ideału: Stempowskiego, Kotta, Raszewskiego. Po ogłoszeniu znakomitej, dziś już klasycznej książki o Dziadach w inscenizacji Schillera, zajął się wyłącznie pracami redakcyjnymi i edytorskimi. Te ostatnie zresztą od pewnego momentu nie miały związku z teatrem: opublikowawszy większą część pism Schillera, poświęcił się wydawaniu tekstów Stempowskiego często mało znanych, dobytych z periodyków, niekiedy zapomnianych. Przygotował kilka tomów jego esejów, w tym dwutomowe Szkice literackie i takiż Notatnik nieśpiesznego przechodnia. W dziedzinie sztuki edytorskiej doszedł do mistrzostwa. Jako autor najwyraźniej spełniał się w dziedzinie not od wydawcy.

Nigdy nie był osobą publiczną. Outsider, nie występował, nie udzielał się, strzegł prywatności – można by rzec, iż taką miał naturę (nie wolną zresztą od lenistwa i sybarytyzmu), ale sądzę, że za tym rozmyślnym usuwaniem się w cień krył się wybór wynikający z niezgody na polityczną rzeczywistość PRL (podobny rodzaj splendid isolation uprawiał również profesor Raszewski). Zarazem wywierał ogromny wpływ, nie tylko przecie na studentów. Sporo zawdzięczają mu polscy badacze Witkacego, z którymi się przyjaźnił: Anna Micińska, Janusz Degler. Był po trosze mentorem, po trosze szarą eminencją. Inspirował, radził, pomagał, komentował, chwalił i ganił. Dzwonił, gdy wysłuchał kogoś ze swoich wychowanków w audycji radiowej – był słuchaczem II programu PR – albo gdy przeczytał ich tekst w „Dialogu” lub „Zeszytach Literackich”, których komplet trzymał na podręcznej półce.

Któregoś razu brałem udział w radiowej dyskusji o wydanym właśnie Dzienniku Mrożka. Byłem nim co najmniej rozczarowany, choć Mrożek należy do moich najważniejszych autorów. Wypowiadałem się bardzo krytycznie, mając przeciwko sobie entuzjastów publikacji: Macieja Englerta i Tadeusza Nyczka. Znęcali się nade mną, aż nieoczekiwanie zadzwonił telefon – program szedł na żywo. „Dobry wieczór, mówi Jerzy Timoszewicz. Chciałem powiedzieć, że w pełni zgadzam się z panem Januszem”. I broniąc mojego poglądu, zaczął wywodzić, dlaczego zapiski Mrożka nie powinny były ujrzeć światła dziennego, a jeśli już, to w przyszłości, w zbiorowym wydaniu dzieł, jako coś w rodzaju kuriozalnego suplementu.

Warto pamiętać, że obok życia, by tak rzec, telefonicznego Timoszewicz prowadził – zjawisko całkiem niedzisiejsze – obfitą i obszerną korespondencję: z Janem Kottem, z Tymonem Terleckim, z Deglerem. Wydana, będzie może stanowić jego opus magnum.

Prywatność Timoszewicza objawiała się też w żartach, przeznaczonych dla jednej osoby, czasami dla kilku; Anglicy mówią: private jokes. Kiedyś otrzymałem pocztą kopertę z wycinkiem prasowym. Była to recenzja teatralna pewnego autora, którego Timoszewicz nie znosił i uważał za durnia. Wycinkowi towarzyszyła karteczka z rozkazem: „Proszę natychmiast wykonać egzekucję!”. I podpis: „Jerzy Timoszewicz”.

W latach osiemdziesiątych, gdy przyjaciel Timoszewicza, Konstanty Puzyna, redagował „Dialog”, na łamach tego pisma od czasu do czasu ukazywał się list do redakcji. Dotyczył zwykle jakichś błędów w artykułach, coś prostował, coś wyjaśniał, a przy okazji stanowił popis żartobliwej złośliwości. Autorką listu była za każdym razem niejaka Mariola Mikuła, wykreowana na czytelniczkę z prowincji. Nikt nie miał pojęcia, kim jest ta osoba, choć wielu wyczuwało, że za listami kryje się jakaś mistyfikacja. W końcu wyszło na jaw, że to Timoszewicz się bawi.

Bywało, że bawił się kosztem konkretnych osób. Uczestniczyłem w pewnej sesji naukowej w Krakowie. Mieszkaliśmy w Hotelu Francuskim, Timoszewicz dzielił pokój z zaprzyjaźnionym historykiem teatru, łysym jak kolano. Siedziałem z Martą Fik przy śniadaniu, gdy zjawili się obaj panowie. Na nasz widok Timoszewicz już od drzwi jadalni grzmiał: „Czy wiecie, jaka z tego E. świnia? Nie chciał mi pożyczyć na noc siatki do włosów!”.

W ostatnich latach nasze kontakty ograniczały się niemal wyłącznie do telefonów. Timoszewicz prawie nie wychodził z domu. Raz dał się skusić, gdy uczniowie urządzili mu osiemdziesiąte urodziny. Hanka Baltyn przywiozła go wtedy do Instytutu Teatralnego, widać było, że jest słaby i kruchy. Czekało na niego wielu jego wychowanków i przyjaciół. Były mowy, wspomnienia i wręczenie bibliofilskiej publikacji zawierającej Świstki teatralne – materiały z rubryki, którą Timoszewicz jako Theatralski prowadził w „Teatrze” za redakcji Koeniga.

Pierwszy i ostatni raz widziałem Timoszewicza wzruszonego. Bronił się, jak to on, złośliwościami i ironią, ale głos mu się łamał, a w oczach miał łzy. Było to 9 września 2013 roku. 

Choroba tylko po części tłumaczy wycofanie się Timoszewicza. Wydaje się, że większą rolę grały czynniki psychiczne: jego świat kończył się, ubywało najbliższych. Najpierw odszedł Jan Kott – Timoszewicz był jego uczniem na Uniwersytecie Warszawskim, uważał go za mistrza. Potem odeszła żona, pani Marianna Gdowska, z którą tworzyli jedyną w swoim rodzaju parę: on, zanim zaczął chorować, rosły, postawny, zażywny, grzmiący i gromowładny; ona – mała, drobna, cicha, bardzo ciepła. Wkrótce Timoszewicz stracił przyjaciela, Jerzego Koeniga. Ich przyjaźń trwała od lat pięćdziesiątych i miała zmienne koleje. Timoszewicz nie zawsze akceptował decyzje i wybory przyjaciela i o swojej dezaprobacie powiadamiał go wprost, nie bacząc na zażyłość. W ich stosunkach zdarzały się okresy ochłodzenia, ale w gruncie rzeczy nie mogli bez siebie żyć. Wreszcie zabrakło Erwina Axera, z którym Timoszewicz, póki jeszcze wychodził z domu, odbywał słynne spacery w Łazienkach, rodzaj – wyobrażam sobie – perypatetycznych sympozjonów.

Najbardziej oddalił się Timoszewicz od teatru – właściwie go odrzucił, wprost mówiąc, że teatrem przestał się interesować. Nie akceptował, ba, nie tolerował zmian, jakie od połowy lat dziewięćdziesiątych zapanowały w teatralnej estetyce. Odnosił się do niej z zachowawczą wzgardą, pamiętając świetność przedstawień Axera, Dejmka, Swinarskiego. Po raz ostatni w teatrze widziałem go na Czarownicach z Salem w reżyserii Cywińskiej. Przyszli razem z Koenigiem, ale myślę, że Timoszewicza – „konserwatywno-liberalnego socjalistę” wychowanego na „Wiadomościach Literackich”, „Tygodniku Powszechnym” i paryskiej „Kulturze” – zwabił kontekst polityczny. Był rok 2007, a Timoszewicz zawsze czuł – i głośno to wyrażał – odrazę do wszelkiej prawicowej ideologii, zwłaszcza tej o endeckiej proweniencji. Potrafił kończyć stosunki towarzyskie z ludźmi, którzy, długo mu bliscy, zmienili poglądy, sprzyjając tak zwanej IV RP – casus Andrzeja Dobosza, z którym przyjacielskie stosunki utrzymywał od czasu studiów na polonistyce, gdzie byli na jednym roku u Kotta. O „pustelniku z Krakowskiego Przedmieścia” długo wyrażał się z największą estymą aż do momentu, gdy Dobosz przeniósł się ze swoimi felietonami z „Tygodnika Powszechnego” do wspierającej PiS „Rzeczpospolitej”. Wtedy spadł „poniżej Chwistka”.

Większość naszych rozmów przez telefon kończyła się zapowiedzią spotkania, gdy tylko Timoszewicz będzie w lepszej formie. Czasami bywał, więc odwiedzałem go w mieszkaniu na Nabielaka. Spędzałem z nim zwykle dwie, trzy godziny, słuchając opowieści, anegdot, komentarzy, złośliwości.

Patrząc na Timoszewicza, przypominałem sobie malarstwo Carla Spitzwega, przedstawiciela biedermeieru, którego zresztą dzięki Timoszewiczowi odkryłem, on zaś poznał go za sprawą Marka Zagańczyka. Marek ze swoich podróży po europejskich muzeach przysyłał „pustelnikowi z Dolnego Mokotowa” kartki z reprodukcjami monachijskiego malarza, narażając się zresztą na szyderstwa. Timoszewicz kpił z peregrynacji Marka, docinając mu, że zawsze pisze z Monachium, Wiednia czy Wenecji, a nigdy ze Skierniewic albo Grudziądza. Zarazem jednak kolekcjonował te reprodukcje i pokazywał je swoim gościom. Twierdził, z właściwą sobie ironią, że w obrazach Spitzwega rozpoznaje siebie. Jeden z nich – Mól książkowy – przedstawia człowieka stojącego na wysokiej drabinie przed sięgającymi od podłogi do sufitu regałami domowego księgozbioru. Człowiek lewą ręką trzyma książkę, którą czyta; w prawej ma drugą; trzecią ściska pod pachą, a czwartą między kolanami. Czytelnik ów mógłby zapewne, jak Borges, powiedzieć, że wyobraża sobie raj jako bibliotekę. Nie wiem, czy Timoszewicz znał to zdanie – o lekturę Borgesa raczej bym go nie podejrzewał.

Inny obraz przedstawia literata, który, w szlafmycy, z gęsim piórem w ustach leży w obłożonym książkami łóżku i sam czyta książkę czy może pisze. Nad łóżkiem wisi parasol – widać w skromnej izdebce przecieka dach. Nie chcę przez to powiedzieć, że Timoszewicz schyłek życia spędził w abnegacji. Nic z tych rzeczy. Ale wizerunek odizolowanego od świata dziwaka w jakiś sposób przystaje do osoby Timoszewicza.

Wizyty zwykle kończyły się tak samo: Timoszewicz znikał na chwilę w drugim pokoju swojego niedużego mieszkania i wracał ze stosem książek. „Wie pan, ja już się pozbywam, a panu mogą się jeszcze przydać”. W takich momentach serce skakało mi z radości, a zarazem bolało. Bo pożądliwość książkowego maniaka to jedno, a świadomość, że mój gospodarz rozstaje się z książkami – więc ze światem – to drugie.

Dostałem od Timoszewicza wszystkie pierwsze wydania Mrożka, i mnóstwo innych rzeczy, które w końcu pozwolił mi wyciągać z półek. Na książkach, które były mu szczególne bliskie, wpisywał dowcipne akty przekazania. Na przykład Eseje Camusa zdobi wklejona karteczka z drukowanymi słowami: „Ex libris Jerzego Timoszewicza”. Na dole ręczny dopisek zielonym atramentem: „Ad libros Janusza Majcherka”. Ilustracja na ekslibrisie przedstawia dżentelmena we fraku i w cylindrze, który siedzi w fotelu i czyta wielką płachtę gazety o tytule „Głos wolny wolność ubezpieczający”. To zgoła inna projekcja niż ta, którą wyraża Spitzweg.

Podarował mi też sporo pozycji, które sytuują się gdzieś między cymelium a curiosum, na przykład broszurki propagandowe, jakie około 1968 roku publikował Witold Filler – osławiona Literatura małej emigracji – albo napisane na zlecenie sowieckich władz wspomnienia żony Sołżenicyna, albo takie horrenda jak pisma Mao Tse Tunga poświęcone kulturze czy Krótka historia WKPb. Obdarowywanie mnie tego typu prezentami najwyraźniej sprawiało Timoszewiczowi uciechę – wiedział, że je docenię. To też był rodzaj private joke.

Ale najbardziej prywatny żart Timoszewicz wykonał na sam koniec: wyreżyserował swoje odejście. Przed śmiercią wydał dyspozycje dotyczące papierów i listów. Napisał własny rzeczowy nekrolog i zażądał, aby wiadomość o jego śmierci i pochówku na cmentarzu prawosławnym ukazała się post factum.

Jego życzeniu stało się zadość. Odszedł niepożegnany. Utajniony pogrzeb odbył się z udziałem nielicznych bliskich, jacy mu pozostali (dzieci nie miał). Paręnaście dni później, 9 kwietnia 2015 roku, w słoneczny, piękny dzień poszliśmy na grób w małym gronie uczniów i przyjaciół. Przejmującą mowę nad grobem wygłosił profesor Degler.

Nie wiem, jak to się stało, że zasoby Timoszewicza trafiły do bukinisty. Być może nie zdążył wszystkiego rozdać i rodzina, zresztą daleka, pozostałości sprzedała na pniu. Tak czy inaczej szczególny to los: wydawca wydany na pastwę ulicznego handlarza książek. Zarazem szczególna, kierowana może tym samym losem, cyrkulacja księgozbioru: ex libris – ad libros. Ale co dalej?  …Książki będą na półkach, prawdziwe istoty?

Będą.

09-04-2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Jarosław Murzicz
    Jarosław Murzicz 2018-04-09   22:03:21
    Cytuj

    1. Dobre. Dziękuję. 2. Dobrze, że są. Bukiniści...