AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: Zaduszki

Fot. Karol Budrewicz  

Od śmierci Marcina Jarnuszkiewicza minęły prawie dwa miesiące, ale dopiero Dzień Zaduszny skłania mnie do paru wspomnień. Nie łączyła nas zażyła przyjaźń, widywaliśmy się raz na jakiś czas, ale gdy już się spotkaliśmy, to nie mogliśmy się nagadać. Marcin był w gruncie rzeczy teatralnym outsiderem, więc paradoksalnie szukał akceptacji dla swojego myślenia. Ja podziwiałem go jako artystę, który chodzi własnymi drogami, i bardzo ceniłem jego zdecydowane, niezależne opinie. Myślę, że miał we mnie wdzięcznego słuchacza, w wielu kwestiach podzielałem jego poglądy na sztukę. Powiedzmy, że Marcin był konserwatystą, a mnie ta postawa – w kulturze – jest nieobca.

Kiedy czterdzieści lat temu oglądałem Balladynę Hanuszkiewicza w Teatrze Narodowym, nazwisko scenografa nic mi nie mówiło. Balladyna była trzecią czy czwartą pracą Marcina, a burzliwy spór o to legendarne już przedstawienie skupiał się na interpretacji reżyserskiej. Niemniej pamiętam do dziś masywne bryły liter, które w głębi pustej sceny układały się w tytuł sztuki Słowackiego. To było coś nowego.

Chwilę później widziałem Sprawę Dantona w Teatrze Powszechnym, ale i w tym przypadku najwięcej rozprawiano o Wajdzie i o aktorach, zwłaszcza o fenomenalnym Pszoniaku w roli Robespierre’a. I tak było jeszcze wiele razy. Chcę powiedzieć, że Marcin dość długo wybijał się na niepodległość: najpierw jako scenograf, potem jako reżyser, w końcu jako artysta teatru, który połączył obie profesje i stworzył jedyny w swoim rodzaju styl. Jego narzucającą się cechą był minimalizm środków, upodobanie do pustej przestrzeni, muzyczność; celem nadrzędnym – eksponowanie duchowego czy metafizycznego wymiaru przedstawienia i skłonienie widza do kontemplacji czystego piękna. Walory tego stylu widoczne były w pracach scenograficznych Marcina, zwłaszcza w okresie jego współpracy z Bogdanem Cybulskim i Maciejem Prusem, ale w pełni autorski wyraz uzyskały w Scenach pasyjnych (Teatr Nowy w Warszawie, 1987; druga wersja w Guliwerze 1991), a zwłaszcza w Do Damaszku (Szwedzka 2/4, 1994 – kto dziś pamięta ten niezwykły teatr?).

Czyste piękno opuściło teatr już dawno. Każda próba jego poszukiwania uchodzi za przejaw oderwania od rzeczywistości, estetyzmu i konserwatyzmu właśnie. O takie grzechy oskarżany był Grzegorzewski za czasów swojej dyrekcji w Narodowym – pod koniec lat dziewięćdziesiątych jego wyrastający z modernizmu teatr wielu moich młodych (wtedy!) kolegów po piórze uznało za zjawisko passé. Na fali był nowy brutalizm, teatr publicystyczny, dokumentalny, polityczny.

Marcin był poniekąd w trudniejszej sytuacji. Swój styl uprawiał, rzec by można, pokątnie, nie stała za nim tak potężna instytucja jak Teatr Narodowy, o jego przedstawienia nie spierali się krytycy. Tworzył w niszy, dystansując się do głośnych i modnych przejawów nowego teatru, a nawet je lekceważąc. Jego twórców miażdżył bez pardonu, na sposób właściwy weredykom, ale że pozostawał poza przestrzenią debaty, jego tyrady miały charakter prywatny. Powiedziałbym, że Marcin był mentorem bez rozgłosu.

W tej roli znałem go najlepiej. Napotykałem go na Miodowej, gdzie prowadził zajęcia o przestrzeni teatralnej. Przeważnie siedział w bufecie w towarzystwie dwojga czy trojga studentów (WoT-u) i perorował, próbując sprowokować słuchaczy jeśli nie do sprzeciwu, to bodaj do rozmowy. Studenci albo się na nim poznawali, albo nie. Zwykle znajdowało się paru, których fascynował, większość go olewała. Czasami zastawałem go samego, wtedy się przysiadałem i ucinaliśmy sobie pogawędkę. Ale widziałem, że jest coraz bardziej zniechęcony – czuł, że rozmija się z młodymi, którzy mieli swoich idoli i swoje fascynacje. W końcu porzucił pracę w Szkole i całą swoja aktywność pedagogiczną skupił w ASP, gdzie cieszył się większym wzięciem.

Parę razy zdarzyło się nam pracować w jury na rozmaitych festiwalach, głównie bodaj w Opolu. Pewnie wtedy się najbardziej zbliżyliśmy. Marcin nie stronił od życia towarzyskiego, ale nie znosił choćby i najweselszej pustoty i nocne bibki zamieniał w tak zwane rozmowy istotne. Zwłaszcza gdy część uczestników się już wykruszyła i zostały bratnie dusze.

We wrześniu ubiegłego roku pojechaliśmy wspólnie do Kijowa. Marcin miał w Teatrze Polskim robić scenografię do Ukraińskiego Dekamerona w reżyserii Włada Troickiego, który na stałe pracował w Kijowie. Chodziło o to, żeby panowie porozumieli się co do kształtu przedstawienia i ustalili warunki współpracy.

Gdy ujrzałem Marcina na Okęciu, byłem oczarowany: przyszedł w białym kapeluszu typu panama, jakby wybierał się na Lido, z niewielkim bagażem, uśmiechnięty, młodzieńczy. Zza szkieł okularów w cienkich oprawkach o kształcie elipsy patrzył wesołe oczy. Wiedziałem o jego przejściach ze zdrowiem, zwłaszcza z sercem, więc ucieszyłem się, że jest w tak świetnej formie – bądź co bądź dobijał do siedemdziesiątki.

Podczas pobytu mieliśmy sporo czasu na rozmowy, szczególnie podczas długo celebrowanych posiłków. W trakcie doskonałych śniadań, odbiegających od hotelowego standardu, obserwowałem, jak Marcin z gargantuicznym apetytem pochłania kolejne nieznane nam potrawy. Strasznie trzęsły mu się ręce, sądziłem nawet, że cierpi na chorobę Parkinsona, ale wyjaśnił, że to jakaś inna przypadłość neurologiczna, dziedziczna. Jedząc, nie przestawał mówić o teatrze, o sztuce, o muzyce. No może raz wpadliśmy w sztubacki nastrój, widząc przy sąsiednim stoliku parę z jakiejś islamskiego kraju, pewnie z byłej azjatyckiej republiki sowieckiej. On nie odznaczał się niczym szczególnym poza widoczną gburowatością, ona nosiła burkę, a twarz miała zakrytą czarnym czarczafem, z wąską szparą na oczach. Marcina intrygowało, czy kobieta, jedząc, uniesie czarczaf. Ale nie dowiedzieliśmy się tego: została przez męża usadzona tyłem do nas i niczego nie mogliśmy podpatrzyć.

Marcin snuł różne opowieści. Gdyśmy poszli obejrzeć teren byłych targów na peryferiach Kijowa – prawdziwy okaz architektury socrealistycznej – usłyszałem historię o tym, jak ojciec Marcina, ceniony rzeźbiarz, pod koniec lat czterdziestych dostał zamówienie na figury zdobiące budynki powstającego wtedy MDM-u. Można je oglądać do dziś, wszystkie w duchu epoki: wizerunki klasy robotniczej. Ale wśród figur jest podobizna chłopca – pozował do niej Marcin. Nawet pojechałem kiedyś specjalnie, żeby go w tej kamiennej postaci obejrzeć.

Gdyśmy w hotelowym westybulu czekali na taksówkę na lotnisko, Marcin otworzył laptop i pokazał mi niezwykłe zdjęcia kosmosu. „To mnie teraz fascynuje” – powiedział i wdał się w iście pascalowskie rozważania na temat czasu i przestrzeni.

To znowu zeszło na muzykę. Chciałem pójść do sklepu z płytami, licząc, że znajdę nagrania Wałentyna Sylwestrowa, którego wydaje niemiecka wytwórnia ECM, ale kto wie, może są krążki ukraińskie? Obyłem się smakiem; zdaje się, że w Kijowie nie ma sklepów z płytami, w każdym razie żadnego nie znalazłem. Podzieliłem się tą wiadomością z Marcinem, a on aż podskoczył: „Słuchasz Sylwestrowa? To jeden z moich ulubionych kompozytorów, a zwłaszcza Stille Lieder – genialne!”.

No jasne, mogłem się był tego spodziewać, znając upodobanie Marcina do minimalizmu. Przecież nieraz wykorzystywał w przedstawieniach utwory Satiego. Więc zeszło na gusty muzyczne. Bach oczywiście, a potem długo nic, aż wreszcie rozmaici dwudziestowieczni minimaliści, często mało znani.

Ale już zupełnie mnie zaskoczył, gdy późnym wieczorem, wróciwszy z przedstawienia Włada, rozchodziliśmy się do swoich pokojów. W cichym korytarzu starego hotelu tuż przy Majdanie, jakby lekko się wahając, wyznał: „Wiesz co, piszę teraz sztuki. Jakbym ci przesłał, przeczytasz?”.

No pewnie, że przeczytałem. Sztuka opowiadała o spotkaniu artysty ze śmiercią. Marcin wyraźnie napisał ją dla siebie, to znaczy na taki instrument teatralny, który od lat najbardziej mu odpowiadał i z taką aurą, jaka była mu najbliższa.

Już w Warszawie napisałem do Marcina, że jestem pod wrażeniem sztuki. Snuliśmy plany, żeby zrealizował ją w Teatrze Polskim, zwłaszcza że wspomniał o jubileuszu. W marcu przyszłego roku skończyłby siedemdziesiąt lat.

Jeszcze w Kijowie Marcin ponowił zaproszenie na swój spektakl w Baju: Gęś, śmierć i tulipan. Obejrzałem go i równo przed rokiem poświęciłem mu felieton, dając wyraz swojemu zachwytowi. Marcin jeszcze żył, mieliśmy się jeszcze nieraz zobaczyć, gdy przychodził na próby Ukraińskiego Dekamerona, nieraz rozmawiać. Dziś mogę tylko powtórzyć, co wtedy napisałem: „Śmierć, która w przedstawieniu przychodzi do Gęsi, nie zabiera jej od razu, przeciwnie – zaprzyjaźniają się. Gdy wreszcie, by tak rzec, Śmierć wyprawia gęś na śmierć, sama odczuwa, jak się zdaje, pustkę i utratę. To jest Śmierć owładnięta melancholią. I Śmierć, która poza śmiercią nie ma nic do zaoferowania, żadnych łatwych pocieszeń, żadnej nadziei. Gdy Gęś pyta: »Co się stanie ze stawem, gdy ja odejdę?«, Śmierć odpowiada: »Nic. Staw odejdzie razem z tobą…«”.

2-11-2016

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: