AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Tu produkuje się czarne anioły (felieton zaduszny)

Fot. Karol Budrewicz  

Opublikowany kilka tygodni temu na tych właśnie łamach świetny tekst Jolanty Kowalskiej o książce Tomasza Platy oprócz widocznej w nim wielkiej erudycji pozwalającej umieścić tezy autora w niezwykle szerokim kontekście, prócz przenikliwości sądów krytycznych ma jeszcze tę jedną, podstawową według mnie, zaletę recenzji – zachęca do przeczytania omawianej książki.

Z tego też powodu Pośmiertne życie romantyzmu Platy leży na moim biurku i czeka niecierpliwie, aż uporam się z doraźnymi zobowiązaniami i będę mógł oddać się lekturze. Bowiem recenzja Kowalskiej postawiła kilka ważnych pytań o romantyzm oraz jego pogrobową, wampiryczną nieco egzystencję z wyraźnym podkreśleniem jednego, dla mnie zresztą podstawowego, problemu, a mianowicie – czy każde odrzucenie racjonalizmu lub zdrowego rozsądku ma swą szacowną, z romantyzmu wywodzącą się genealogię, czy też może jest tylko wynikiem nieuctwa i zwyczajną bzdurą, z którą mieliśmy do czynienia długo przed tym zanim Mickiewiczowi przyszło do głowy pisać Ballady i romanse.
 
Czy więc obrońcy krzyża z Krakowskiego Przedmieścia byli świadomymi dziedzicami Księdza Marka, czy może grupką rozhisteryzowanych nieudaczników, którzy dobrze się poczuli w roli gwiazd medialnych szczególnego rodzaju?

W lutym 1848 roku Juliusz Słowacki zapisał w swoim Dzienniku: „Chłopek, który wie, że modląc się do Boga, może odwrócić wiatr od płonącej stodoły, wie to samo, co ja, że w duchu Bożym stanąwszy, można być silniejszym od wiatru, rządzić piorunami. Cóż mu wiedza pana, który piorun nazwał elektrycznością i w duchu nie wie, co on znaczy, ani jego duchowej natury przeczuwa”.

A więc – był ów „chłopek” romantykiem, czy też zwyczajnym kretynem, który zamiast założyć piorunochron, wolał na kolanach klepać zdrowaśki, póki mu się stodoła nie sfajczyła?

W 1930 roku, w Wydawnictwie Mortkowicza wyszła praca Gustawa Bychowskiego Słowacki i jego dusza. Studium psychoanalityczne. Bychowski, jeden z pierwszych polskich freudystów, studiował we Wrocławiu, Heidelbergu, Leydzie i Lozannie, a doktorat obronił na uniwersytecie w Zurychu. Pracował potem w Wiedniu, gdzie stykał się z Freudem i Bleuerem, a w 1922 roku wrócił do Warszawy i rozpoczął praktykę psychiatryczną, równocześnie przez cały czas intensywnie pisząc i publikując. Wielkie zasługi położył zwłaszcza w badaniach psychologii dziecięcej, walcząc z – jak pisał – „łatwym i dogodnym fatalizmem i nihilizmem terapeutycznym”, który w zaburzeniach rozwojowych dzieci widział przede wszystkim wpływ wrodzonych czynników biologicznych (złe geny...).

Osobną pozycję w dorobku Bychowskiego stanowią prace, w których narzędzia psychoanalizy wykorzystywał w rozważaniach historycznych i filozoficznych. Taka była jego książka o dyktatorach (Od Cezara do Stalina) czy, wydana już na amerykańskiej emigracji, praca Evil in Man: The Anatomy of Hate and Violence. Jedną z pierwszych w tym nurcie rozważań jest właśnie książka o Słowackim.

Powiedzmy na samym początku: Bychowskiego, podobnie jak Gałkiewicza, Słowacki przeszywał. Praca Gustawa Bychowskiego pełna jest więc licznych i absolutnie szczerych wyrazów zachwytu potęgą poetyckiej wizji autora Króla Ducha. We wstępie podkreśla z całą mocą: „Zbliżając się do obiektów o wysokiej wartości duchowej, psychoanalityk nie ma wcale zamiaru ich wartości pomniejszać. (…) Znamy wielkich twórców, którzy czy to kończyli swoją drogę cierpieniem psychicznym (z poetów np. Hölderlin), czy długi czas pracując, z nim się nie rozstawali (np. Strindberg, van Gogh), a nigdy nie można twierdzić, że wartość ich twórczości w ten czy inny sposób została określona przez charakter ich cierpienia psychicznego. Rzecz inna, że cierpienie to wycisnęło na twórczości swoje piętno. Zbadanie tego związku stanowi jedno z najpiękniejszych zadań tego rodzaju pracy naukowej, którą nazywamy patografią”. 

Cóż więc patograf Bychowski odnajduje u Juliusza S.? Jakiż to rodzaj cierpienia odcisnął na twórczości analizowanego swoje piętno? Odpowiedź brzmi zdecydowanie – dziecinny narcyzm, z którym S. nie mógł sobie dać rady przez całe życie, swoiste zahamowanie rozwoju psychicznego na tym wczesnym stadium.

O rozdmuchanym przez troskliwą mateczkę narcyzmie poety piszą często jego współcześni (Odyniec). Dla freudysty narcyzm jest jednak nie tylko ukochaniem samego siebie, ale też – charakterystycznym dla dziecka – przecenianiem własnej mocy i potęgi swych pragnień, których w tym stadium rozwoju jaźni nie odróżnia się ściśle od rzeczywistości. Marzenie staje się więc spełnieniem, a wiara we wszechmoc własnych myśli i pragnień ma w sobie coś wręcz magicznego.

Naturalnie owa magia (modlitwa chłopa klęczącego przed płonącą stodołą) zawodzi i to niesie cierpienie. Idealne miłości przeżywane przez poetę uniemożliwiają związek realny. Gdy w podróży na wschód wpada mu w oko piękna dziewczyna z Florencji, ucieka przed nią przerażony, bo przecież, jak zwierza się potem mamie, skaziłaby ona tę czystość, jaką w sobie S. chroni i pielęgnuje od wczesnego dzieciństwa. Jaki układ damsko-męski byłby więc do przyjęcia? Niewolnicy i Pana. „W podróży mojej wschodniej żałowałem trochę, że nie jestem dobrze złotem nadziany, bo mi przychodziła myśl romansowa: kupić na rynku kairskim ładną Abisynkę... zdawało mi się nawet, żebym kochał szalenie tak nieszczęśliwą dziewczynkę, która by nikogo oprócz mnie na ziemi nie miała”. J.S. natychmiast zaczyna za to zwierzenie przepraszać i się tłumaczy: „we mnie na nowo jakiś wulkan zaczyna wybuchać” i napełnia serce „nieograniczonymi zachceniami”...

Wszystko to byłoby po prostu tylko bardzo smutne i może nieco śmieszne. Jak w owym epizodzie spaceru po bretońskiej plaży, gdy S. znajduje świeżo ściętą różę. (A któż to ją dla mnie zostawił?... Wiadomo: duchy dawnych druidów!) S. rzuca ją dwa razy do wnętrza groty, a ona, zamiast normalnie jak każda róża mistyczna zapłonąć niebiańskim światłem, leci między kamienie i blasku żadnego nie wydaje! „W tem być musi jakaś tajemnica i nauka duchów, ale jej odgadnąć nie mogę”.

Kłopot pojawia się w momencie, gdy swój indywidualny narcyzm S. rozszerza na całą Polskę. „Nie tylko odkrycie systematu słonecznego i odkrycie Ameryki do Polski należy – ale wszelkie rewelacyjne, to jest Boskie, syntetyczne wiedze z niej wyszły – i przez innych narodów rzemieślnicze rozumowe moce zostały wypracowane”. Dziś wiemy już z całą pewnością, że oprócz Ameryki Polska odkryła również widelec. System genezyjski J.S. jest w końcu także niczym innym jak teorią ewolucji (rozpracowaną potem rzemieślniczo przez niejakiego K. Darwina). Właściwie jedynie kolej nie jest polskim wynalazkiem, gdyż, jak wiadomo, została wymyślona przez uralskiego chłopa pańszczyźnianego, Iwana Iwanowicza Parowozowa.

Wyposażony w tę wiedzę ścisłą S. postanawia wziąć czynny udział w życiu politycznym. 27 kwietnia 1848 roku przemawia podczas obrad powstańczego Zgromadzenia Narodowego w Poznaniu, które – świadome słabości militarnej insurekcji – radzi nad rozpoczęciem rozmów z Niemcami: „Cóż wy myślicie? Wam się zdaje, że dzisiaj potrzeba jeszcze jak dawniej armat, pułków, oficerów? A ja wam powiadam, że dzisiaj przyszła epoka świętej anarchii!”. S. radzi więc natychmiast zaatakować Kernwerk, czyli Cytadelę poznańską, kozikami i... mieć wiarę.

W czasie Wiosny Ludów wpływ poety był jeszcze zbyt słaby, aby owa śmiała myśl militarna została wcielona w życie. Słuchający S. zawodowi wojskowi odpowiadali, że gros ich oddziałów stanowią zgonieni z wiosek kosynierzy, którym w starciu z regularną armią żadna wiara nie pomoże, i walka zakończy się rzezią. Apelowali do wieszcza, aby się „przynajmniej nad chłopkami tymi ulitował”.

Ale już w niespełna sto lat później całe pokolenie po wysłuchaniu lekcji u profesora Bladaczki nie miało żadnych wątpliwości co do tego, że warto z kozikiem i wiarą atakować niemieckie bunkry. W efekcie dokonał się przewidziany przez wieszcza cud transmutacji: w dwa miesiące ćwierć miliona zjadaczy chleba zostało przerobionych w aniołów.

03-11-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2017-11-03   16:29:43
    Cytuj

    za to Kopka Krzysztof kacapskości nie wymyślił, tylko naśladuje