AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Udawanie Greka

 

Pani Ewa T. Szyler, wybitna tłumaczka z literatury nowogreckiej, przysłała mi pół roku temu teksty kilku dramatów granych obecnie w Grecji. Współczesnych, ciekawych, inspirujących, ze świetnymi rolami dla aktorów.

Każda z tych sztuk zasługuje, w moim odczuciu, na wystawienie.

Każda ma w sobie walory nie do końca rozpoznane w polskiej kulturze.

Rozesłałem teksty do znajomych kierowników literackich i kilkorga przyjaciół, ale słabo to widzę.

Grecy są biedni.

Nadzieja, że jakiś teatr dostanie dofinansowanie od greckich sponsorów, jest minimalna.

Nie tylko Grecy są biedni.

Polak, Węgier, dwa bratanki, ale nawet György Spiró, którego powinniśmy hołubić, nosić na rękach i wyrażać non stop wdzięczność za jego zasługi dla Polski, z trudem się przebija na nasze sceny.

Współcześni dramatopisarze – Rumuni, Turcy, Portugalczycy, bracia ze wspólnoty europejskiej – właściwie nie są znani naszej publiczności.

Z drugiej strony – polscy dramatopisarze w Europie. Przebili się trochę Tadeusz Słobodzianek i Małgorzata Sikorska-Miszczuk, ale mógłbym z marszu wymienić dziesiątkę autorów, którzy napisali utwory godne szerokiego rozpropagowania w Europie, niestety dotarcie z nimi do Holendrów, Szwedów, Greków czy Serbów to droga przez mękę.

Po pierwsze – tłumaczenie.
Po drugie – reżyser.
Po trzecie – teatr.

Instytucje powołane na terenie Europy do organizowania wymiany kulturalnej działają dużo chętniej w regionach oszczędnych i bezpiecznych.

Dobry kwartet muzyki dawnej ma szansę objechać wszystkie stolice Europy – jest łatwy w eksploatacji i przyzwoicie wygląda w sprawozdaniu.

Dawniej mówiło się, że liczy się tylko literatura krajów, które mają bombę atomową.

Paradoksalnie, w czasach żelaznej kurtyny wzajemna wiedza o tym, co się dzieje u nas i „na Zachodzie”, była większa, bo miała smak owocu zakazanego.

Opowieści profesora Jana Kulczyńskiego, który wystawiał Wesele Wyspiańskiego w Niemczech, to była dla mnie poruszająca lekcja. Mówiąc kolokwialnie – co przechodzi, a co nie przechodzi do widza.

Niezwykłe doświadczenie. Własną przygodę teatralną w Tel Awiwie uważam do dziś za cudowny prezent od losu i dyrektora Szmula Atzmona.

Dlaczego o tym piszę?

Bo zaczyna się nowe rozdanie. W Polsce i w Europie. Autostrady są oczywiście ważne i należy je nadal budować, ale czy nie udałoby się poruszyć jakichś sprężyn na szczeblu strategicznym, najwyższym, aby kultura Europy zaczęła budować jakieś swoje autostrady?

Jakieś teatry partnerskie na wzór miast partnerskich?

Koszty wcale nie będą takie zawrotne. Jeden spektakl kosztuje tyle, co dziesięć metrów autostrady.

Tylko do kogo taki apel skierować?

Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia.

Mam oczywiście cichą nadzieję, że mój felieton przeczyta pani minister Wanda Zwinogrodzka, a może nawet sam premier Gliński, ale nawet jeśli to się wydarzy, to droga do Europy i stworzenie paktu dla promowania sztuki teatralnej krajów średnich wydaje się bardzo odległa.

Musieliby się w to zaangażować europosłowie i to nie tylko nasi ale i greccy, rumuńscy, portugalscy.

Musieliby uwierzyć, że droga przez teatr jest drogą cenną, drogą mądrą, drogą, w której właśnie „Europa ojczyzn” mogłaby się odnaleźć.

Trzeba by eksportować i importować reżyserów, scenografów, dramatopisarzy.

Trzeba by ułożyć wielostronicowy program ramowy, wymagający wielu narad, dyskusji i decyzji.

I zdobyć gdzieś tam w Europie znaczące fundusze.

A jednak... program „Erasmus” zakończył się sukcesem. A jednak… żal mi znakomitych greckich autorów, takich jak Nina Witali, Chrisa Spilotti, Nina Rapi, Andreas Flurakis. A jednak… widzę potencjał Beniamina Bukowskiego, Pawła Demirskiego, Elżbiety Chowaniec, Marka Modzelewskiego, Marka Kochana, Marty Guśniowskiej, Maliny Prześlugi i jeszcze kilku osób, które obraziłem (proszę o wybaczenie), nie włączając do tej listy. Widzę potencjał młodych polskich reżyserów i reżyserek.

Oczami duszy widzę premiery, na których można by napisać „dofinansowane z funduszy europejskich” i które nie wymagałyby od dyrektorów teatrów heroicznych oszczędności.

Że coś by się nie udało? To, że jakiś student na „Erasmusie” mało skorzystał z otrzymanej szansy, nie przekreśla ogromnych pożytków płynących z tej inicjatywy.

Autostrady kultury, teatry Europy. Ładnie brzmi.

Mrzonka? Bądźmy realistami, ale nie wyrzekajmy się marzeń.

27-11-2019

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: