AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Verbatim znaczy dosłowny (felieton zawierający lokowanie produktu)

Fot. Karol Budrewicz  

Za kilka tygodni w ramach Otwartego Uniwersytetu Poszukiwań, organizowanego przez Instytut Grotowskiego, zacznę prowadzić kurs wiodący sezonu 2017/18 poświęcony teatrowi dokumentalnemu. Z tej okazji zapytano mnie w audycji radiowej, co to właściwie jest owa „technika verbatimu”, która ma być tak charakterystyczna dla „współczesnego teatru dokumentalnego” i czym ów teatr odróżnia się od fali inscenizowanych reportaży, jaka w ciągu dwóch ostatnich sezonów przetoczyła się przez polskie sceny.

Ten zwrot ku literaturze faktu rzeczywiście ma miejsce w teatrze, a jego przyczyny są dosyć oczywiste. Wynik ostatnich wyborów i to, co po nich nastąpiło, sprawiło, że środowisko teatralne – w znakomitej większości swojej przecież lemingowate, liberalne, europejskie i lewicowe – poczuło, że niebo zwaliło im się na głowy, i nagle – z miesiąca na miesiąc – zaczęło żyć w nowym, nieznanym sobie kraju. Chęć poznania owej Polski rodem z Alfreda Jarry’ego skłaniała naturalnie do sięgnięcia po reportaże. Bo jak naprawdę wygląda nasze miasto, w którym tuż obok nas żyją nasi nieznani sąsiedzi głosujący przeciw Europie i szczepionkom?

Tego rodzaju intencje tkwiły zapewne u źródeł decyzji dawnego kierownictwa Teatru Węgierki o sięgnięciu po reportaż Marcina Kąckiego Białystok. Biała siła, czarna pamięć. Nie widziałem spektaklu i już go nie zobaczę: po kilkunastu prezentacjach został ściągnięty z afisza (wraz z dyrekcją, która go tam wprowadziła). Poniższe uwagi opierają się więc na fragmentach, które obejrzałem w Internecie.

Zasadą konstrukcyjną Białej siły jest dialog zmieniającego się protagonisty z chórem. Bernard Bania raz jest sprzedawcą pizzy, raz – owym prokuratorem, który w swastykach malowanych przez narodowców ujrzał buddyjski symbol szczęścia. Słowom protagonisty towarzyszy komentarz czteroosobowego chóru. Zmiana postaci następuje wraz ze zmianą wypowiadanego tekstu. Inne środki aktorskie stosowane są bardzo oszczędnie: i Bernard Bania, i cały spektakl koncentrują się przede wszystkim na słowach, które mają w jak największej obfitości dotrzeć do widowni.

Przy wszystkich swoich niewątpliwych zaletach książka Kąckiego nie przynosi zresztą zbyt wiele materiału mogącego posłużyć do budowy pełnokrwistych postaci scenicznych. Jaka jest na przykład Basia z Teremisek, członkini ONR-u? „Ładna”, „z długimi czarnymi włosami”, „o dziewczęcym uśmiechu”... Gdy rozmawia z Kąckim przez płot (nie wpuszcza go do domu) – przestępuje z nogi na nogę. Czy to drobienie kroczków i dziewczęcy uśmiech to wyraz onieśmielenia niezapowiedzianą wizytą reportera? Nie dowiemy się tego. Na Fejsie Basia jest całkiem inna – ostra, zdecydowana, pryncypialna. „Z zarzutami mordowania przez wyklętych kobiet i dzieci rozprawia się w krótkich zdaniach. «Wyłącz bajki chłopcze i zobacz, jak świat wygląda. Wojna to nie gra w scrabble... a kobiety i dzieci, bla bla bla»”.

Z reportażu Marcina Kąckiego nie dowiemy się więc, jaka jest Basia, gdyż na innych sprawach autor się koncentruje. Daje fantastyczny opis owego fenomenu „czarnej pamięci”, owego współczesnego podpięcia się pod skrajnie zmitologizowany i ucukrowany obraz dawnej Rzeczpospolitej Wielu Narodów, kraju bez stosów, pełnego tolerancji dla odmiennych wiar i ras... Równocześnie opisuje precyzyjnie i w oparciu o fakty, jak z owej pastelowej mozaiki usuwa się cichcem lecz systematycznie innowierców i obcych. Jak owa idealna Rzeczpospolita staje się wypraną z treści wydmuszką, której dzisiejszą funkcją jest oddalanie zarzutów o rasizm i ksenofobię. Dlatego też białostocka policja nie jest w stanie schwytać sprawców podpalenia mieszkania polsko-hinduskiej rodziny, gdyż nie może określić grupy, z której by podpalacze mogli pochodzić. Narodowcy? Rasiści? Neofaszyści? Takich u nas, „U Pana Boga za piecem”, po prostu nie ma.

Jak – w porównaniu – wygląda spektakl dokumentalny? Weźmy choćby Godzinę osiemnaście Teatru.doc. Tytuł spektaklu to czas agonii Sergieja Magnitskiego, moskiewskiego adwokata. Pozwolono mu umrzeć w więzieniu, gdyż protestował przeciw zagrabieniu przez generała FSB firmy, której interesy reprezentował. Tyle też, godzinę osiemnaście, trwa przedstawienie. Składa się na nie dziewięć minimonodramów – prezentujących „racje” kolejnych osób, jakie przyczyniły się do śmierci prawnika. Fałszywie oskarżająca pani prokurator, sędzina zgadzająca się na – słabo umotywowane względami prawnymi czy tak zwanym dobrem procesu – długotrwałe osadzenie w areszcie śledczym, lekarz z Łubianki, który odmawia leczenia pacjentowi przeżywającemu kolejne ataki zapalenia trzustki, wreszcie – sanitariusz karetki pogotowia, w której umiera Magnitski. Aktor grający sanitariusza ani przez chwilę nie odrywa wzroku od ekranu nowo kupionej komórki. Mamrocze pod nosem, trochę dla nas, trochę dla siebie. Opowiada o fantastycznych funkcjach swojego aparatu. Cieszy się z dodatkowej pamięci... „Poczti smartfon” (prawie smartfon) – konkluduje, a za cienką blaszaną ścianą umiera człowiek.

Jeden z najbardziej przejmujących portretów jednego z tych stu milionów „szarych ludzi”, dzięki którym trwa panowanie Władimira Władimirowicza Putina. Jednego z tych, którzy zawsze i odruchowo zagłuszą nieodległe krzyki bólu melodyjką z komórki, którzy nigdy nie zajrzą za mur, na którym napisano „wejście zabronione”.

Kierownik artystyczny Teatru.doc, Michaił Ugarow, powiedział kiedyś, że i dla reportera, i dla twórcy teatru dokumentalnego podstawowym narzędziem pracy jest wywiad. Ale tylko reporterowi wywiad może się nie udać. Reporter szuka przecież informacji, jeśli jego rozmówca jej nie udzieli – cel nie został osiągnięty. Nie zdarza się to teatralnemu dokumentaliście: dla niego informacją jest przecież to jąkanie się jego rozmówcy, to ocieranie potu z czoła, owijanie wszystkiego słowną watą, te wymowne pauzy i głębokie westchnienia, ta cała męka, gdy ukrywa prawdę, którą nie chce się podzielić... Gdy usiedliśmy do rozmowy, ona nawet na chwilę nie ustaje, choćby nawet nie padały słowa.

Teatralnego dokumentalistę mniej interesują poglądy jego rozmówców od ich – aby użyć terminu Pierre’a Bourdieu – habitusów, czyli „nabytych umiejętności i kompetencji jednostki, takich jak sposoby postrzegania świata czy reguły działania i myślenia”. Habitusy, czyli te wszystkie nasze strategie życiowe, które rozwijamy, aby poczuć się w życiu bezpiecznie, aby móc uznać, że nasza egzystencja ma sens. Z boku widać, że te strategie dziurawe są, kuse, zgrzebne i niewystarczające, i my to też widzimy, ale – co robić? – innych nie mamy. Dokumentalista nie ocenia, nie wystawia stopni. Pyta, dlaczego jego rozmówca przepuścił ewidentną szansę, ba!, nawet jej istnienia nie zauważył. „A bo to nie dla mnie, nie dla takich jak ja” – odpowiada rozmówca i wszystkie jego dotychczasowe zuchowate miny biorą w łeb, a my wiemy, co naprawdę o sobie myśli, z jak rozpaczliwie niską samooceną musi się zmagać. Ale też ten cały sekret (ukrywane zakompleksienie) nie jest wcale naszym celem. Niska samoocena o tyle jest istotna, o ile tłumaczy dziwne wybory naszego bohatera, nagłe wybuchy agresji, nad którymi nie panuje. Tu nie toczy się gra jak między pacjentem (ukrywam swój sekret) a analitykiem (odkrywam skryte źródła wszystkich twoich zachowań). Wywiad dokumentalisty to nie terapia, ale rozmowa.

Do czego ta rozmowa ma doprowadzić? Do poznania kawałka rzeczywistości, w której żyjemy.

Wybitna poetka i autorka pisanych klasycznym wierszem tragedii, Jelena Isajewa, pracowała w Teatr.doc nad „dramatem rodzinnym”. Wstępnym hasłem organizującym zbieranie materiału było: „Moja mama i ja”. Rozmówczynie Isajewej szczerze opowiadały o problemach, jakie miały ze swymi matkami. Były one niesprawiedliwe, wciąż się czepiały, a wszystko to płynęło z zazdrości. O co? O miłość! Matki zazdrościły córkom ich pierwszych miłości. Tego, że On jest taki wspaniały, taki czuły, taki kochany, niezwykły... Kim był ten wspaniały On? Ten cudowny pierwszy kochanek? Rozmówczynie Isajewej wahały się przez chwilę nim odpowiedziały, że był...

...Ojcem.

Isajewa wspomina, że była zszokowana niepowstrzymaną erupcją tych opowieści. Gdy już tajemnica została ujawniona, wspomnienia popłynęły jak strumień lawy. Jakby trzeba było je z siebie wyrzucić. Podzielić się nimi. Wyspowiadać. Opowiedzieć o swoim złamanym życiu. U wszystkich bohaterek Isajewej ceną za tę wspaniałą pierwszą miłość była kompletna niemożność stworzenia związku w dorosłym życiu.

„Jeśli jest wśród nas – mówiła Jelena Isajewa – jakiś procent kobiet cierpiących przez to, to powinny one zrozumieć, że ten problem nie tylko ich obchodzi, że z tym można żyć, że to można przezwyciężyć i znaleźć wyjście inne niż samobójstwo. Oczywiście, jest masa problemów, o których mówi się trudno, o których w ogóle nie wiadomo, jak mówić. Ale dusić to wszystko w sobie i po cichutku popadać w szaleństwo?... To też przecież nie jest wyjście. Wyjściem jest stworzenie możliwości wypowiedzenia się, zapytanie – co ty o tym sądzisz, a nie osądzanie. Poza tym doświadczenie rocznej już eksploatacji spektaklu pokazuje, że budzi on zainteresowanie nie tylko u tych nielicznych, których to bezpośrednio dotyczy, ale też u większości widzów, gdyż problem zniewalania i panowania, manipulowania najbliższymi, zdobywania miłości za wszelką cenę – istnieje w tej czy innej formie w każdej rodzinie i dotyczy każdego”.

15-11-2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: